REKLAMA
  1. Rozrywka
  2. Filmy

"Gdybym wiedziała, nie zgodziłabym się na to" - aktorka z "50 twarzy Greya" szczerze o pracy nad filmem

"50 twarzy Greya" było hitem kasowym i klapą artystyczną. Po latach aktorka wcielająca się w główną bohaterkę, Dakota Johnson, opowiedziała, jak wyglądała praca na planie. Przyznaje, że do tej pory nie mogła mówić o tym swobodnie.

30.06.2022
10:29
dakota johnson 50 twarzy greya
REKLAMA

Już samo oglądanie "50 twarzy Greya" można nazwać trudnym doświadczeniem - praca na planie tego filmu, choć momentami z pewnością zabawna, nie kojarzy się raczej z przyjemną fuchą (wiecie, te wszystkie żenujące sceny i krępujące dialogi). Okazuje się, że było jeszcze gorzej - co po latach w końcu przyznała sama Dakota Johnson. To dość ironiczne, jeśli weźmie się pod uwagę rzekomą prokobiecość serii.

REKLAMA

Dakota Johnson wybroniła swoją karierę - mimo udziału w popularnej, ale mieszanej z błotem adaptacji cyklu "50 twarzy Greya", jej aktorstwo nie jest uparcie postrzegane wyłącznie przez pryzmat tej trylogii, która skutecznie wywindowała popularność artystki. Przed, w trakcie i po okresie wcielania się w Anastasię Steele, Johnson pojawiała się w solidnych produkcjach i nie pozwalała wątpić w swój potencjał komediowy czy dramatyczny.

Być może dała się zwieść twórcom filmu, którzy obiecywali jej udział w serii silnie pro-kobiecej, odważnie mówiącej o kobiecej seksualności i w ogóle przełomowej. Jak wiemy, ostatecznie "Grey" nie miał z żadną z tych kwestii nic wspólnego, ale pierwotny scenariusz został gruntownie przebudowany. Co gorsza, praca na planie odbywała się w atmosferze tyranii. Cztery lata po premierze ostatniego epizodu Johnson wreszcie skomentowała swój udział w serii w szczerych i dosadnych słowach.

Dakota Johnson: praca na planie 50 twarzy Greya to psychotyczne doświadczenie

50 twarzy Greya

W rozmowie z "Vanity Fair" Johnson wreszcie otworzyła się w temacie pracy przy trylogii, której udało się zgarnąć ponad 1,3 mld dolarów przy budżetach 40-55 mln na film, niezależnie od niszczycielskich recenzji i kolekcji Złotych Malin. Okazuje się, że za kulisami tej tylko pozornie postępowej serii panował prawdziwy zamordyzm. A odpowiedzialna za niego była… E.L. James, autorka książek. Rzecz w tym, że James bardzo dbała o to, by mieć jak najwięcej do powiedzenia w kwestii kształtu adaptacji - pełniła rolę producentki i czuwała nad wiernym przełożeniem swojej książki na film. Universal dał jej w tej kwestii spore pole do popisu - chyba nieco zbyt spore.

Johnson w istocie dała się zwieść - rzecz w tym, że scenariusz i wizja reżyserska filmu znacząco odbiegała od tego, czego oczekiwała James, zachowująca kontrolę nad aspektami kreatywnymi. Poprawiony raz jeszcze scenariusz został odrzucony przez pisarkę. Było zatem tak, że aktorka zgodziła się współtworzyć zupełnie inny film od tego, który ostatecznie został zrealizowany.

Miała olbrzymią kontrolę twórczą - dzień po dniu, od rana do wieczora - i po prostu żądała, by pewne rzeczy w filmie się wydarzyły. Również te fragmenty książek, które po prostu nie pasują do filmu - między innymi wewnętrzne monologi, które czasem brzmią bardzo tandetnie. Nie można było powiedzieć tego na głos. To była nieustanna bitwa. (…) Najpierw kręciliśmy sceny, które chciała Erika, potem robiliśmy ujęcia, które my chcieliśmy zrobić. (...)

Gdy się zaczęło, byłam młoda, miałam 23 lata - to było przerażające, stało się czymś zupełnie szalonym. Pojawiało całe mnóstwo różnych nieporozumień. Nigdy nie mogłam o tym mówić zgodnie z prawdą, ponieważ chcesz wypromować film we właściwy sposób. (…) Gdybym wtedy wiedziała, że tak to będzie wyglądać, nie zgodziłabym się na to. To było psychotyczne doświadczenie. (…) Są rzeczy, których nadal nie mogę powiedzieć, ponieważ nie chcę zaszkodzić niczyjej karierze i reputacji.

W ten sposób Johnson ucięła spekulacje o rzekomym konflikcie z wcielającym się w Greya Dornanem - potwierdziła, że zawsze świetnie się dogadywali, ufali sobie nawzajem i chronili się. Jest dla niej "jak brat". Ostatecznie dodała też, że nie żałuje i jest wdzięczna za wiele aspektów tej pracy - było to jednak "dziwne" doświadczenie.

50 twarzy Greya to jedno wielkie oszustwo

Nie było żadnej rewolucji. Nikt nie otworzył nowych wrót do kobiecej seksualności, nie obalił mitów, nie zabrał głosu w kwestii, dajmy na to, tradycyjnych ról w relacjach międzyludzkich. Nikt nie postarał się nawet, nie wiem, pomóc zrozumieć widzom natury praktyk BDSM.

"50 twarzy Greya" to źle napisana, kiepska opowieść propagująca przemocowe zachowania na tle seksualnym, gloryfikująca agresję i budująca fałszywe wyobrażenia. Wersja filmowa nie sprawdza się nawet jako kino erotyczne - pozbawiona jest bowiem przekonujących obrazów zbliżeń czy choćby chemii między bohaterami. Kwestionowanie konserwatywnych poglądów na role kobiet i mężczyzn to tylko slogan - "Grey" rzuci czasem delikatne aluzje, którym daleko do prób obalenia czegokolwiek. Zwłaszcza, że cały ten scenariusz ostatecznie okazuje się typową romantyczną historią, korzystającą z klisz, czerpiącą utartych schematów i - jakżeby inaczej - tradycyjnych układów czy stereotypowych ról.

Nowy komentarz aktorki sprawia, że "50 twarzy Greya" (również książkowe) jawią się jako wielopiętrowa mistyfikacja. Oszustwo, której ofiarą padła nawet wcielająca się w główną rolę aktorka.

REKLAMA

Disney+ zadebiutował w Polsce. Tutaj kupisz go najtaniej.

Publikacja zawiera linki afiliacyjne Grupy Spider's Web.

Tekst opublikowano w czerwcu 2022 roku.

REKLAMA
REKLAMA
Najnowsze
Zobacz komentarze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA