Influencerki idą do „normalnej” pracy. Nowe reality-show wypacza rzeczywistość bardziej niż filtry na Insta
„Instaidolki” nowe reality show w ramówce Puls 2 jest połączeniem „Dam i Wieśniaczek” oraz „Gogglebox”, w którym spełnia się sen wielu z nas: influencerki poczują wreszcie, czym jest prawdziwa robota. W praktyce tak pięknie to jednak nie wygląda.

Niedawno mieliśmy okazję obejrzeć premierę polskiej wersji „Magii nagości”. Brytyjski oryginał wywoływał ogromne kontrowersje, ale z drugiej strony przełamywał stereotypy na temat wyglądu i pokazywał, że ludzie nie wyglądają jak w wysokobudżetowych filmach porno. Polska odpowiedź niestety nie wypadła tak dobrze, a mogła wręcz pogłębiać kompleksy.
„Instaidolki” z założenia również miały wyłamywać się schematom i pokazać influencerki od ludzkiej strony. „Tu nie będzie egzotycznych wyjazdów, szalonych imprez, drogich samochodów, markowych ciuchów i pięknych zdjęć. Zobaczymy za to bohaterki w obliczu wyjątkowo trudnych dla nich zadań do wykonania” — czytaliśmy w zapowiedzi.
Influencerki kontra zwykła praca. Na czym polega reality show „Instaidolki”?
Program miał premierę 15 września, a ja miałem okazję zobaczyć drugi odcinek. Zasady powtarzają się w każdym z nich, a zmieniają się tylko tytułowe „Instaidolki”. W środę wieczorem mogliśmy więc podpatrywać, jak z zadaniami radziła sobie wicemiss Polski z 2012 roku Klaudia Wiśniowska oraz 50-letnia influencerka i projektantka Dorota Mon, na co dzień mieszkająca w Wiedniu.

Panie rywalizowały ze sobą w różnych konkurencjach. Na początek musiały zrzucić z siebie drogie fatałaszki i stworzyć kreację z ciuchów z lumpeksów. Następnie starsza myła szyby w salonie samochodowym i była ekspedientką w sex shopie, a druga zasuwała z mopem w supermarkecie i była hostessą w stroju kurczaka. Obie sprzedawały też kwiatki na ulicy.
Wszystkie zadania wykonywały pod krytycznym okiem jury złożonym z pięciu osób w różnym wieku – łączyło je to, że nie są influencerami. Zaproszeni „Kowalscy” oglądali ich zmagania na telewizorze jak w „Goggleboksie”, a na koniec dawali kciuki w górę i dół niczym Juliusz Cezar.

Instagramerka, która zdobyła najwięcej łapek, wygrywała... złoty pierścionek. Jednak, z tego co widzę na Instagramie, również spory przypływ followersów. Tego już z pewnością nie miały zagwarantowane w umowie.
Nie chcę oceniać uczestniczek sprzed ekranu jak jury, ale były momenty, w których miałem ciarki żenady. Szczególnie w konkurencji z kwiatkami, w której internetowe celebrytki napadały na przechodniów, błagając ich o kupno goździka za 5 złotych.
Starsza uczestniczka w pewnym momencie bezwstydnie skłamała zapewniając, że to na biedne dzieci... Na szczęście ta młodsza obroniła honor instagramerek, wykupując wszystkie kwiatki od babiny, która w innym razie musiałaby stać z nimi na słońcu.

Pomysł tylko z pozoru był genialny. „Instaidolki” tylko utrwalają stereotypy.
Nie to jednak było najgorsze. Po pierwsze prace, do których zostały zaprzęgnięte panie, to wielka ściema, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Wiadomo, że zostało to dogadane pomiędzy firmą a telewizją, a instagramerki przyszły na gotowe. Nie mają też na plecach dzieci, domu i kredytów, więc mogły mieć totalnie wywalone na robotę. Pani Dorota nawet na głos oznajmiła, że „pierd*lone okna, jakieś tłuste” i rzuciła myjką. Zadanie było dla niej za trudne, bo ponoć nigdy w życiu nie myła okien.
Do tego co jakiś musiały borykać się z podstawionymi ludźmi. Przykład: do seks shopu przyszedł dżolero w łańcuchach na szyi i wielkim napisem PIMP na koszulce. Prosił, by (również zresztą podstawiona) sprzedawczyni strzeliła z bicza i przymierzyła fikuśne wdzianko. Ewidentnie było widać, że to statysta i mamy do czynienia z ukrytą kamerą. Takie teatrzyki zupełnie grzebią cały sens zadań, bo de facto influencerki nie poznają zwykłej pracy. To bardziej „show” niż „reality”.
Z drugiej strony program jest nastawiony na wyśmiewanie influencerek. Nawet nie jest pokazany jeden dzień z ich życia jak w „Damach i wieśniaczkach”. Owszem, spora część to pewnie takie „księżniczki”, którym sława i pieniądze łatwo przychodzą lub zrobią dla nich wszystko, w tym będą wciskać dzieciakom scam. Jest jednak też grono Instagramerek, które ciężko pracują.
Nieraz widziałem influencerki w akcji i jak to wygląda od drugiej strony: nie pozwiedzasz sobie na luzie, bo musisz kręcić relacje dla wygłodniałych fanów, nie zjesz normalnie, bo cykasz foty dla sponsora. Do tego 24/7 musisz się stroić, malować, pozować, dbać o sylwetkę, użerać z hejterami i mediami, wymyślać kreatywne posty oraz prowadzić firmę (już samo to w Polsce jest hardcorem) i ogarniać współprace. A to tylko wycinek codziennych obowiązków. Możemy się z tego śmiać, ale ja na pewno im tego nie zazdroszczę.
„Instaidolki” można oglądać co środę na antenie Puls 2 o 22:00. Powtórki są we wtorki o tej samej porze.
* zdjęcie główne: kadr z Puls 2