Wakacje to na pewno najmniej lubiany sezon przez wszystkich telemaniaków. Wszystkie seriale godne uwagi już się skończyły, a stacje telewizyjne emitują powtórki, przypominając nam, że do jesieni jeszcze dużo czasu zostało.

Początkowo zupełnie niechcianym przeze mnie dzieckiem była Męska Robota (Men at Work) na kanale Comedy Central. Co rusz widząc jakąś zajawkę w telewizji kręciłem tylko głową z politowaniem. To, co widziałem wtedy było tak nieśmieszne, że szybko zapominałem o tym. Problem w tym, że im bliżej czerwca, tym moje oceny stają się łagodniejsze i jestem w stanie więcej wybaczyć. I tak się stało w przypadku Męskiej Roboty.
To jeden z tych sitcomów, które nie zostaną w pamięci na długo. Nie będziemy się identyfikować z bohaterami albo dyskutować o nich z przyjaciółmi. Nie podzielimy się ze światem informacją (nie licząc mnie) o tym, że go oglądamy, a fabuła zostanie tajemnicą między widzem, a telewizorem. Tylko skoro tak krytykuję, to dlaczego oglądam? Odpowiedź zawarta jest w formule, czyli 20 minut niezobowiązującej zabawy plus niższe wakacyjne oczekiwania = całkiem udana rozrywka. Na bezrybiu i rak ryba, więc przestałem grymasić.
Fabuła Męskiej Roboty dotyczy męskiej, heteroseksualnej czwórki przyjaciół, pracujących w tej samej redakcji magazynu wydającego raczej mało znaczące artykuły i felietony. Trudno się dziwić, gdyż bohaterowie, czyli: Milo (Danny Masterson - Różowe Lata 70-te), Tyler (Michael Cassidy), Neal (Adam Busch) i Gibbs (James Lesure) nie robią w pracy nic poza piciem kawy i omawianiem nocnych „przygód”. Producent musi być najśmieszniejszym człowiekiem świata, zgadzając się na czołówkę pokazującą najbardziej męskie i najcięższe zawody świata.
Postacie są strasznie stereotypowe, ale w tym przypadku uznam to na plus. Nie muszę się zastanawiać nad przeszłością bohaterów, nie dbam o to, który odcinek z serii obejrzę. Patrząc na pojedynczy epizod wszystko już wiem. Milo, który wygląda jak bezdomny (albo podstarzały hipster) szuka nowej dziewczyny natrafiając na „dziwne okazy” , co jest motorem napędzającym całą serię. Tyler wygląda jak typowy zły charakter filmu dla młodzieży, który jest popularny, ma najładniejszą dziewczynę, bogatego tatusia i zaczesane do tyłu włosy. I prawdę mówiąc swoim zachowaniem, aż tak daleko nie odbiega od tego schematu. Jest bardzo pewny siebie, podrywa dziewczyny bez najmniejszych kłopotów i ubiera się jak yuppie. Pozostaje nam nerd Neal, który jako jedyny z grupy żyje w stałym związku i czarny Gibbs. A jak każdy wie, czarni są wyluzowani, najlepsi w łóżku i szukają tylko okazji żeby przespać się z pierwszą lepszą kobietą. Paradoksalnie ma to wszystko swój urok.
Wystarczy tylko wyłączyć myślenie, otworzyć puszkę ze złocistym trunkiem i rozkoszować się bezproduktywnie mijającym czasem. Dialogi są proste, przewidywalne i nawet śmieszne, ale nie zostają w głowie na tak długo, żeby niepotrzebnie zajmować myśli. I o to w tym wszystkim chodzi. Dlatego jeżeli ktokolwiek z was tęskni za swoimi serialami, a ma chwilę wolnego czasu, niech usiądzie przed telewizorem i włączy Męską Robotę. Od poniedziałku do czwartku o 22:00, na kanale Comedy Central.