REKLAMA

Takiemu Kornowi to ja już dziękuję

Kiedy po siedmiu latach nieobecności do Korna wrócił Brian "Head" Welch, to liczyłem - jak i wielu fanów - że do Korna wróci dawna forma jak za czasów "Untouchables". No cóż, nadzieja matką głupich, a w tym wypadku matka nie chciała kochać swego dziecka.

Takiemu Kornowi to ja już dziękuję
REKLAMA

Po przesłuchaniu "The Paradigm Shift" poczułem się oszukany. Miał być znowu Korn wściekły, rockowy, wyzwalający emocje. Został tylko "rockowy", i to na siłę. Jest darcie mordy, jest jakiś czad, ale wszystko brzmi totalnie wymuszone. Kiedy ukazał się pierwszy okrutnie poprockowy singiel "Never Never", miałem nadzieję że to jedynie zmyłka. Na szczęście, jest - ale minimalna. Cały krążek cechuje podobne, denne brzmienie, które nie wie samo czy chce być rockiem czy mainstreamem.

REKLAMA

Parę mocniejszych riffów i uderzeń w "Mass Hysteria", "Paranoid & Aroused" czy w "Love & Meth" wiosny nie czynią. W dodatku można mieć wrażenie że dubstepowy "The Path Of Totality" zostawił na zespole mocne piętno, bowiem jest tu sporo elektronicznych wpływów, przez które "The Paradigm Shift" jako całość brzmi niemal poprockowo. Osobiście nic nie mam do "The Path Of Totality", uważam ten album za ciekawy eksperyment, a nawet udany. Ale tym zajęli się profesjonaliści od brzmienia elektro. Tu nad brzmieniem siedział facet od Avril Lavigne i wczesnego Linkin Park.

Dobra, może trochę przesadzam. "Prey For Me" i "Spike In My Veins" da się jeszcze słuchać bez bólu uszu. Ale tylko dlatego, że z początku to aż tak nie nudzi. Bo wałkowanie takich samych patentów przez jedenaście kawałków naprawdę woła o pomstę do nieba. Próbując słuchać płyty do samego końca czułem się jak na torturach, i utworów nie potrafiłem od siebie odróżnić.

REKLAMA

Zastanawiałem się też co się stało ze śpiewem Jonathana Davisa. Kiedyś potrafił tak cudownie manewrować strunami głosowymi, że słychać było pięć głosów w jednym facecie. A teraz jedynie się głośno wydrze, albo słodko zarecytuje słowa. "Lullaby For a Sadist" z początku brzmiało jak ratunek, ale później zrobiło się gorzej i tak samo jak na wcześniejszych ośmiu utworach. I dziękuję Kornowi że cała męka trwa tylko czterdzieści minut.

Chciałbym napisać po prostu tylko "nowy Korn jest słaby". Bo więcej słów naprawdę nie trzeba. Mam dosyć, idę posłuchać "Follow the Leader".

REKLAMA
Najnowsze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA