"Crystal Lake" próbuje odpowiedzieć na pytania, których nikt nie zadawał. Serialowy prequel "Piątku trzynastego" nie był nam więc potrzebny. Ale czy przynajmniej sprawia radochę?

"Piątek trzynastego" to Jason. Choć dzięki "Krzykowi" każdy z nas wie, że w pierwszej części kultowej serii slasherów zabijał nie zdeformowany mężczyzna w hokejowej masce, a jego matka. To właśnie na losach Pameli Voorhees skupia się "Crystal Lake". Twórca i showrunner Brad Caleb Kane zabiera zabiera nas na dobrze znany obóz, abyśmy wreszcie mogli odkryć wszelkie tajemnice kobiety, która popadła w obsesję i zabijała każdego, kto choćby zbliżył się do miejsca śmierci jej syna.
Pamela Voorhees urosła do rangi ikony horroru. Nie dość, że dostała własny komiks, to jeszcze Chat Pile nagrało o niej piosenkę. Złotymi zgłoskami zapisała się na kartach popkultury, choć przecież "Piątek trzynastego" i jego kolejne odsłony nic tak naprawdę o niej nie powiedziały. Luka w jej historii jest ogromna, co daje Kane'owi pole do popisu. Twórca chętnie to wykorzystuje. Opowiada własną historię, wchodzącą w dialog z oryginalną serią.
Crystal Lake - recenzja horroru na HBO Max
Według mitologii "Piątku trzynastego" Jason zginął w 1957 roku. Akcja "Crystal Lake" rozgrywa się natomiast w latach 70. Mimo to w pierwszym odcinku zobaczymy, jak matka opiekuje się swoim zdeformowanym synem, aż w końcu ginie on przez nieuwagę opiekunów, którzy nie potrafią utrzymać rąk przy sobie. Bo Kane nawet jeśli zmienia lore, dobrze wie, czego oczekują fani oryginalnej serii.
Twórca ma już doświadczenie w pracy nad prequelami horrorów. Był przecież współshowrunnerem "To: Witajcie w Derry". Tylko, w przeciwieństwie do głośnej adaptacji Stephena Kinga, "Piątek trzynastego" nigdy nie bawił się pogłębione portrety psychologiczne bohaterów, z których wynika cała groza opowieści. Ba! W slasherach sama atmosfera jest drugorzędna. Morderca musi mordować. Zabijać. Im bardziej pomysłowo tym lepiej. Byle tylko krew lała się strumieniami, a ludzkie wnętrzności latały po ekranie.
Brutalne morderstwa są wizytówką "Piątku trzynastego". Nikt nie potrzebuje psychologicznego realizmu, kiedy Jason chwyta za śpiwór z dziewczyną w środku i naparza nim o drzewo. Kończą się zbędne pytania, gdy strzała przebija szyję Kevina Bacona, z której wypływa bulgocząca krew. Najmocniejszym punktem całej serii od zawsze były efekty specjalne - szczególnie te zrobione przez Toma Saviniego na potrzeby pierwszej i czwartej części. Dlatego Kane też stawia w większości na practicale, żeby CGI nie psuło nam zabawy.
Tak jak każdą odsłonę "Piątku trzynastego", "Crystal Lake" ogląda się dla killsów. Twórcy się pod tym względem nie ograniczają. Już na początku pierwszego odcinka zobaczymy zakrwawioną Pamelę Voorhees, aby za chwilę zobaczyć jak brutalnie rozprawia się z dwójką mężczyzn. Dwa epizody później zastraszona i zapędzona w kozi róg, chwyta w desperacji tłuczek do mięsa, aby zmasakrować kobiecie szczękę. Po uderzeniu ofiara odwraca się do kamery, żebyśmy mogli zobaczyć zwisające z jej twarzy mięso. To jest właśnie slasherowa jazda bez trzymanki. Choć dużo morderstw nie ma, ich ekstrawagancja na swój sposób to wynagradza.
Crystal Lake - co prócz morderstw?
Przemocowy eksces to tylko jeden ze sposób na podlizanie się fanów. Prócz niego twórcy chętnie serwują nam easter eggi i stosują zabiegi znane z oryginalnej serii. Widok z oczu mordercy, nieraz w towarzystwie charakterystycznej muzyki z pourywanym "Zabij ich, mamusiu" to standard. Do tego dochodzi Jason, który wyskakuje z jeziora jak na koniec "Piątku trzynastego". "Crystal Lake" wypełniają rozpoznawalne motywy i tropy fabularne, bo tak jak w slasherach i tu nie warto ćpać, pić, a w ogóle to żeby przeżyć, trzeba być dziewicą. Jedna z bohaterek mówi nawet, że złe rzeczy się dzieją, kiedy uprawia seks. Ta samoświadomość to jasny sygnał, że Kane wie, co robi. Też jest fanem. Chciałoby się zbić z nim nawet piątkę, gdyby w międzyczasie nie popełniał paru błędów.
Trzeba przyznać, że osadzenie akcji w latach 70. to całkiem dobry wybór. Paleta psychodelicznych barw doskonale sprawdza się na ekranie. Kolory są nasycone i jaskrawe, jakby miały przyćmić fabularny bełkot. Cała stylówka wizualna jest tylko płaszczem, bo twórcy oczywiście przerysowują, wyolbrzymiają i przepuszczają seventiesy przez nostalgiczny filtr. Tytułowe miasteczko wygląda więc ładnie, chce się w nim przebywać, nawet jeśli jego mieszkańcy czy odwiedzający je turyści nie są zbyt interesującymi osobami.
Slashery mają to do siebie, że są szybkie i dynamiczne. Opieranie się tylko na ich formule przez osiem długich odcinków byłoby więc skazane na porażkę, choć przecież w "Chuckym" się sprawdziło. Ale tam na przestrzeni trzech sezonów twórcy uciekają w coraz większy absurd, więc serial ogląda się, żeby zobaczyć, jak daleko się posuną. Kane buduje napięcie, posiłkując się masą wciskanych na siłę i rozciąganych w czasie wątków. Nie potrafi ich przy tym rozwinąć na tyle, żeby zaczęło nam zależeć na powiązanych z nimi bohaterach. Bo przecież jak hipiska zaczyna rozprawiać o wolnej miłości i łyka LSD, wiadomo że zaraz musi zginąć.
Crystal Lake - Jason wkracza do akcji
Najmocniejszym emocjonalnie wątkiem jest relacja Pameli z Jasonem. To jest serce "Crystal Lake". Tylko Kane bardzo długo jedynie krąży wokół pytań, skąd wziął się zdeformowany chłopiec, czemu nazywa się go "Argonautą", jakie eksperymenty przeprowadzono na jego matce. Przez większość czasu główna bohaterka niezbyt przejmuje się, że tajemnicza korporacja próbuje ją dorwać. Ona po prostu sobie żyje w tym małym amerykańskim miasteczku, zapoznając nas z jego kolorytem. Aż w końcu przychodzi czas na odpowiedzi.

Ostatnie odcinki "Crystal Lake" pokazują, jak szalony mógłby być to serial, gdybyśmy nie musieli spędzać czasu ze straumatyzowanym weteranem wojny w Wietnamie czy policjantem, który niegdyś przyjął łapówkę. Świat przedstawiony zamieszkują klisze, a dopóki nie giną w brutalny sposób, cała ta opowieść przemyka obok nas. Żeby w końcu stała się interesująca, gdy dochodzi do konfrontacji Pameli z korporacją i dostajemy epizod cofający nas jeszcze dalej w przeszłość. Wtedy nagle okazuje się, że te żarty o Jasonie, na którego można by zrzucić bombę atomową, a on i tak by przeżył, wcale nie są żartami.
To jest paradoks "Crystal Lake". Niby opowiada o Pameli, ale koniec końców to Jason kradnie całe show. Nie do końca tak to powinno wyglądać, bo jednak na poziomie dramaturgicznym cała opowieść się wykrwawia. Na szczęście nie na tyle, żeby uleciały z niej resztki frajdy. W tym wypadku próba uszlachetnienia slashera kończy się porażką. Bo pomimo starań twórców, wciąż przyciąga uwagę tylko, gdy pokazuje swoje zakrwawione trzewia.
Na potrzeby tej recenzji obejrzałem wszystkie odcinki "Crystal Lake" udostępnione mi przedpremierowo przez HBO Max.
Premiera "Crystal Lake": 15 października na HBO Max.
W serwisie Rozrywka.Blog zajmuje się przede wszystkim filmem. Jest miłośnikiem kina gatunkowego. Kiedy nie ogląda naparzających się superbohaterów Marvela, to prawdopodobnie rozpływa się nad eksploatacyjną obskurą. Poza tym jego teksty można znaleźć m.in. w „Kinie”, „Netfilmie” czy „Magazynie filmowym”. Jest współautorem monografii „Europejskie kino gatunków 2” i leksykonu „1000 filmów, które tworzą historię kina”. Zdarzyło mu się też publikować opowiadania. Znajdziecie je m.in. w antologiach „Mapa Cieni” i „Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2020. Tom 2”.