Lada moment na wielki ekran, po bardzo długiej przerwie, powróci He-Man. Tym razem będzie miał on twarz Nicholasa Galitzine'a - jednego ze zdolniejszych aktorów młodego pokolenia.

Dla fanów filmowej fantastyki początek czerwca 2026 to ważny moment - w pierwszy weekend miesiąca na ekrany kin wchodzą "Władcy Wszechświata" w reżyserii Travisa Knighta. Bohaterem tej produkcji jest Adam Glenn (Nicholas Galitizine) - książę Eternii, który dzięki Mieczowi Mocy zostaje sprowadzony po latach do domu. Ojczyzna pod jego nieobecność legła w gruzach. Adam, będący He-Manem musi stawić czoła potężnemu Szkieletorowi (Jared Leto) i pokonać zło.
Nicholas Galitzine został nowym He-Manem. Znacie go z głośnych filmów
Prawie 40 lat temu na ekranach kin He-Man ukazał się po raz pierwszy - wówczas mając twarz Dolpha Lundgrena. Taki przedział czasowy zdaje się zupełnie wystarczający, by przekazać pałeczkę i dać tej postaci nową twarz. O nowym filmie mówiło się od wielu lat - początkowo planowanym odtwórcą roli był Noah Centineo, jednak po jakimś czasie zrezygnował z niej. Następny w kolejce był Kyle Allen, ale ostatecznie, gdy Amazon MGM Studios kupiło prawa do filmu, potwierdzono, że He-Manem zostanie Nicholas Galitizine.
Galitzine jest reprezentantem młodego pokolenia aktorów - obecnie ma 32 lata i na koncie coraz więcej głośnych ról. Jego debiut kinowy miał miejsce w 2014 roku, kiedy to w "Pulsie pod stopami" wcielił się w główną rolę zamkniętego w sobie nastolatka marzącego o muzycznej karierze. Początki jego filmowej działalności to przede wszystkim tytuły, które można uznać za okołomłodzieżowe: "Miłość zaklęta w muzyce", "Piękny drań" (z Andrew Scottem!), czy "Szkoła czarownic: Dziedzictwo".
Sam o tym aktorze pierwszy raz usłyszałem przy okazji "Kopciuszka" z 2021 roku - wówczas wystąpił w roli księcia Roberta. Sam film, podobnie jak dotychczasowy dorobek Galitzine'a, był dość średni i równie dobrze mógłby stanowić czołówkę oferty Disney Channel, natomiast młody aktor wyszedł z tego wyzwania obronną ręką. Kolejne projekty, których Galitzine się podejmował, cierpiały na dość podobny stan - choć on sam miał w nich pole do popisu i wykorzystywał je całkiem sprawnie, całościowo ciężko było nazwać je dobrymi i w pełni satysfakcjonującymi filmami. Mowa o hitowych "Purpurowych sercach", podbijającym serca fanów gejowskim romansie "Red, White & Royal Blue", czy "Na samą myśl o Tobie", w którym aktor partnerował Anne Hathaway.
W zasadzie najlepszy tytuł, w którym Galitzine pokazał swoje wszechstronne zdolności, jest "Mary & George" - serial kostiumowy, w którym gra młodego bohatera, próbującego zaistnieć na królewskim dworze dzięki swojej wyjątkowej urodzie i intrygom matki (Julianne Moore). To chyba numer 1 wśród ról Nicholasa Galitzine'a - udało mu się w wiarygodny sposób pokazać przemianę swojego bohatera, ewolucję z nieśmiałego chłopaka w głodne władzy salonowe zwierzę.
W momencie pisania tego tekstu aktora jeszcze można oglądać na wielkim ekranie - we wciąż obecnej w kinowych repertuarach "Sprawiedliwości owiec" wciela się w młodego dziennikarza, Elliota Matthewsa. Nie jest to rola duża - bardziej kolejny krok Galitzine'a w celu uświadamiania szerokiej publiczności o swojej obecności. Rola He-Mana zapowiada się jako swoisty przełom - aktor dźwiga na swoich barkach jeden z najważniejszych tytułów w historii fantastyki i wciela się w kultowego bohatera, znanego przez niejedno pokolenie. Takiego wyzwania w swojej karierze jeszcze nie miał.
Pierwsze opinie o filmie zza oceanu każą sugerować, że Nicholas podołał wyzwaniu, a jego aktorstwo udanie wpisało się w komiksowy, zabawny ton filmu. Polska publiczność będzie mogła przekonać się o prawdziwości tych stwierdzeń już od 5 czerwca. Osobiście czekam i chcę się dowiedzieć, czy Galitzine utrzyma w moich oczach status dużego talentu.
"Władcy Wszechświata" od 5 czerwca w kinach.



















