W tym roku „Idiokracja” - komedia nie bez powodu nazywana kultową - skończyła 20 lat. Niedawno trafiła też do oferty Prime Video, gdzie nieoczekiwanie wdarła się do TOP 10 najpopularniejszych filmów w serwisie, a co więcej - wygrała też pewien prestiżowy plebiscyt. Wszystko wskazuje zatem na to, że wciąż odgrywa istotną rolę w kulturze popularnej. A to z kolei budzi kilka pytań - między innymi o to, czy film w istocie broni się po dwóch dekadach oraz czy rzeczywiście okazał się tak proroczy, jak niektórzy twierdzą?

Z okazji 250. urodzin USA „New York Times” przeprowadził wśród swoich czytelników plebiscyt, którego celem było wskazanie filmu najlepiej opisującego codzienne doświadczenia przeciętnego współczesnego Amerykanina. Zdecydowana większość respondentów zagłosowała na „Idiokrację” Mike’a Judge’a - komedię sprzed dwóch dekad. Mogłoby się wydawać, że to po prostu złośliwość, ale - jak możemy przeczytać w rzeczonym artykule - „niektórzy wydawali się wręcz zdołowani, gdy o tym wspominali, łącząc ten film z ich obecnymi odczuciami względem kraju; więcej niż jeden czytelnik określił produkcję mianem dokumentu”.
Co ciekawe, nieco wcześniej do „Idiokracji” nawiązał nawet polityk Partii Republikańskiej, Adam Kinzinger, komentując organizację gali UFC w Białym Domu. Powiedział wówczas, że jeśli ktokolwiek broni Donalda Trumpa, to w żadnym wypadku nie należy tej osoby słuchać. Mamy bowiem do czynienia „z fabułą Idiokracji z równie głupim prezydentem”. Przypomnę, że w rzeczonym obrazie Terry Crews portretuje głowę Stanów Zjednoczonych - prezydenta Dwayne’a Elizondo Mountain Dew Camacho, który był gwiazdą filmów dla dorosłych i mistrzem wrestlingu.
Wiele wskazuje na to, że nie są to zwykłe złośliwe docinki i wielu Amerykanów z rozczarowaniem, a nawet smutkiem konstatuje proroczą naturę dzieła Judge’a. Pytanie brzmi: czy mówimy o potężnej, wynikającej z frustracji hiperboli, czy „Idiokracji” faktycznie udało się zajrzeć w przyszłość? A przy okazji - czy to w ogóle jest dobry film?
Idiokracja - filmowe proroctwo 20 lat później
Fabuła jest prościutka. Joe Bowers, przeciętny żołnierz amerykańskiej armii, zostaje wybrany do tajnego eksperymentu hibernacyjnego. Jednak zamiast obudzić się po roku, budzi się pięćset lat później. Okazuje się, że ludzkość przez wieki pogrążyła się w intelektualnym regresie - nauka została wyparta przez pseudowiedzę, reklama zdominowała każdy aspekt życia, a najinteligentniejszym człowiekiem na Ziemi staje się… przeciętny Joe. Brzmi znajomo?
Choć czas akcji filmu obejmuje odległą przyszłość, widzowie dopatrują się wielu podobieństw już w naszej teraźniejszości. Dziś o „Idiokracji” nader często mówi się przecież nie tyle jako o komedii science fiction, ile jako o satyrycznym komentarzu do współczesnego świata. A przecież na początku tytuł nie wzbudził zbyt dużego zainteresowania.
Studio 20th Century Fox praktycznie nie promowało produkcji. Trafiła ona jedynie do garstki kin - bez szerokiej kampanii reklamowej i bez wcześniejszych pokazów prasowych. Nie dziwi, że zarobiła symboliczne pół miliona dolarów, stając się komercyjną porażką. Dopiero wydania DVD i późniejsze emisje telewizyjne pozwoliły jej znaleźć publiczność, która zaczęła polecać ją pocztą pantoflową. Z czasem wyrosła na klasyczny przykład filmu, który w kinach poniósł klęskę, by wyrosnąć na ikonę.
Co ciekawe, pierwsze recenzje też nie kipiały entuzjazmem.
Jasne, wielu krytyków doceniło pomysł oraz bezkompromisową satyrę wymierzoną w konsumpcjonizm, telewizję i antyinteligenckie tendencje amerykańskiej kultury. Zwracano uwagę, że Judge wyjątkowo trafnie kreśli świat zdominowany przez korporacje, populizm i kulturę natychmiastowej gratyfikacji. Jednocześnie trudno było przymknąć oko na wyraźne słabości filmu. Najczęściej zarzucano mu (słusznie!) jednowymiarowość satyry - bo w gruncie rzeczy Judge oparł cały film na jednym dowcipie. Znaczy się: że wszyscy w przyszłości są głupi. I nie zawsze potrafił rozwinąć tę koncepcję, przez większość czasu bazując na dość prymitywnym humorze. Ten natomiast bardzo się zestarzał. W efekcie dwadzieścia lat później seans nie okazuje się objawieniem - nie sprawia, że zaczynamy postrzegać „Idiokrację” jako niedoceniony przebłysk geniuszu, do którego musieliśmy dojrzeć. To po prostu przeciętna komedia oparta na fajnym pomyśle, momentami boleśnie celna, ale przez większość czasu raczej wtórna i płytka.
Nazywanie obrazu „dokumentem” jest, rzecz jasna, dalece przesadzone. Nie można jednak lekceważyć faktu: po dwudziestu latach wielu odbiorców pisze w internetowych dyskusjach, że coraz częściej rzucają im się w oczy podobieństwa między światem przedstawionym przez Judge'a a współczesnym życiem publicznym. I nie, nie chodzi tu o dosłowne spełnienie jego wizji, lecz o kierunek zmian.
Po pierwsze: triumf antyintelektualizmu. W filmie eksperci są wyśmiewani, nauka przegrywa z prostymi sloganami, a skomplikowane problemy próbuje się rozwiązywać intuicją i emocjami. W epoce mediów społecznościowych, dezinformacji i rosnącej nieufności wobec ekspertów i naukowych autorytetów nie da się nie dostrzec analogii.
Dalej: wszechobecność korporacji. W świecie „Idiokracji” wielkie marki zastąpiły instytucje państwowe, a reklamy są obecne dosłownie wszędzie. Współczesna dominacja globalnych gigantów technologicznych oraz ekonomia oparta na nieustannej walce o uwagę sprawiają, że ten aspekt filmu również wydaje się wyjątkowo aktualny.
Kolejny przykład to kultura krótkiej uwagi i rozrywki. Programy telewizyjne w filmie sprowadzają się do prymitywnych bodźców, a społeczeństwo oczekuje natychmiastowej satysfakcji. Dziś wielu komentatorów dostrzega tu analogię do świata krótkich filmów, algorytmów i treści projektowanych tak, aby maksymalnie przyciągały uwagę użytkownika.
I wreszcie: polityka.
Prezydent Camacho jest impulsywnym showmanem, który bardziej przypomina celebrytę niż polityka. Choć Judge nigdy nie tworzył bezpośredniej analogii do konkretnych postaci, po 2016 r. właśnie ten element filmu zaczął być wyjątkowo często przywoływany w publicznych dyskusjach. Nie muszę chyba tłumaczyć, dlaczego (inna sprawa, że porównania bywają niesprawiedliwe... względem Camacho. W przeciwieństwie do jego niektórych rzeczywistych odpowiedników, ma dobre intencje i nie jest skorumpowany).
Trzeba zatem przyznać Judge’owi - może i nie przewidział przyszłości, ale trafnie uchwycił procesy społeczne, które już wówczas zaczynały się rozkręcać. Można też dorzucić kilka mniejszych elementów, jak choćby wszechobecności butów Crocs (które w 2006 r. nie były jeszcze globalnym fenomenem), po automatyczne zwalnianie pracowników Brawndo przez program komputerowy. Jednocześnie należy skrytykować kontrowersyjny prolog filmu, sugerujący, że źródłem problemów jest przede wszystkim dziedziczenie inteligencji i różnice w reprodukcji między grupami społecznymi. To dość niebezpieczne uproszczenie odwołujące się do argumentacji eugenicznej.
Z drugiej strony: film niemal całkowicie pominął kwestię AI. Poza pojedynczą wzmianką sztuczna inteligencja praktycznie nie istnieje w świecie filmu. W filmowej przyszłości nadal funkcjonują telefony publiczne i tradycyjne sklepy stacjonarne. Jeśli jednak prymitywne rozrywki i nieustanne bodźce uzupełnimy o AI, metafora pozostanie aktualna - film opowiada bowiem przede wszystkim o rozleniwianiu, o rezygnowaniu z własnych zdolności intelektualnych.
Słowem: „Idiokracja” nie jest specjalnie udanym filmem, a dziś docenia się ją z nieco innych przyczyn niż kiedyś. Nie ma podjazdu do najlepszych filmowych satyr, ale należą się jej pochwały za trafność diagnozy kultury masowej i wysnucie ostrzeżenia przed światem, w którym - między innymi - impulsy i chłopski rozum wypierają wiedzę. Najbardziej niepokoi fakt, że u Judge’a ludzkość potrzebowała aż 500 lat, by dojść do takiego etapu. Wydaje się, że w rzeczywistości możemy osiągnąć go znacznie, znacznie szybciej.
Film obejrzycie w Prime Video i Disney+.
Dla Rozrywka Spider’s Web najchętniej bloguje o branży filmowej, krytycznym (lub pełnym uwielbienia) okiem przyglądając się nowościom na ekranach kin i w serwisach streamingowych. Kinoman, filmoznawca, szczerze miłujący zarówno arthouse, jak i naszpikowane akcją popcorniaki. Niemal cały swój czas wolny poświęca kulturze w najróżniejszych jej formach. Wciąż dokształca się filmoznawczo; o sztukach wizualnych pisze od lat, początkowo raczej hobbystycznie, a od dłuższego czasu – zawodowo. Gościł w Radiowej Czwórce czy telewizji publicznej; można go było przeczytać m.in. w miesięczniku „Kino”, „Nowej Fantastyce” czy na łamach innych serwisów (recenzje, felietony, newsy, wywiady).