REKLAMA

Koniec ulicy Dębowej wcale nie ma happy endu. To zakończenie jest mroczne

Choć „Koniec ulicy Dębowej” zaczyna się w najbardziej klasyczny z możliwych sposobów, charakterystyczny dla letniego blockbustera - niczym spielbergowski dramat rodzinny przesiąknięty fantastyką naukową - z czasem obiera inny kierunek, prowadząc opowieść do zaskakującego zakończenia. Zaskakującego o tyle, że - choć pozornie pozytywne - w gruncie rzeczy okazuje się wyjątkowo mroczne. Dlaczego? SPOILERY!

koniec ulicy dębowej zakończenie

To, czy taki ton przypadnie wam do gustu, zależy od indywidualnych upodobań, ale w moim odczuciu oglądanie Anne Hathaway i Ewana McGregora broniących swoich dzieci przed pierzastymi dinozaurami za pomocą strzelb i młotów sprawia kupę frajdy frajdy. Podobnie zresztą jak przeplatanie familijnych elementów z autentycznym ludzkim dramatem, napięciem, brutalnymi sekwencjami i wyjątkowo niepokojącym ostatnim aktem. „Koniec ulicy Dębowej” to - naraz - klasyczny blockbuster i autorska mieszanka. Ciekawe, prawda?

Zacznijmy od tego, że część rozwiązań fabularnych generuje pytania, niekoniecznie udzielając na nie bezpośrednich odpowiedzi. Kiedy jedna z podmiejskich dzielnic, zamieszkiwana przez rodzinę Plattóm zostaje w tajemniczy sposób przeniesiona miliony lat w przeszłość, skrywająca swój kryzys, potajemnie pisząca książkę Denise (Anne Hathaway), jej jeszcze bardziej skryty mąż-alkoholik Greg (Ewan McGregor), żądny przygód syn Brian (Christian Convery) oraz oczytana, studiująca córka Audrey (Maisy Stella) są zdani wyłącznie na siebie. Z czasem odkrywają pojawiające się w całej okolicy tunele czasoprzestrzenne, które szybko znikają, by pojawić się gdzie indziej. To, jak i dlaczego powstają, nie zostaje wyjaśnione - i w opowieści o rodzicach stojących na krawędzi rozwodu, którzy próbują ponownie nauczyć się współdziałać dla dobra swoich dzieci, wcale nie musi.

Tym bardziej dezorientujący okazuje się moment, w którym Greg zostaje zjedzony. Niedługo później Denise, Brian, Audrey oraz przygarnięta przez rodzinę sąsiadka - osierocona Jeannette (Jordan Alexa Davis) - ostatecznie przechodzą przez jeden ze wspomnianych portali. Trafiają z powrotem do 1982 r., na obrzeża miasta, dokładnie w tę samą deszczową noc, kiedy ich ulica została pierwotnie przeniesiona w przeszłość. Na chwilę przed incydentem.

Wówczas Denise wykonuje kilka telefonów z pobliskiej budki telefonicznej. Tym samym ratuje nie tylko drugoplanowe postacie, które zginęły w trakcie wydarzeń filmu - udaje jej się wywabić Grega daleko od domu za pomocą udawanego zamówienia pizzy. Greg po utracie pracy potajemnie pracuje bowiem jako dostawca.

Okolica ponownie znika, a ich dom zostaje zastąpiony fragmentem jurajskiego świata - wraz z jego florą i fauną. Prowadzi to epilogu, w którym amerykańskie wojsko, cóż, interweniuje i eliminuje dinozaury.

Mijają dwa lata i wszystko wydaje się być w porządku. Denise pisze książkę o wydarzeniach, których doświadczyła - oczywiście zatytułowaną „Koniec ulicy Dębowej” - a rodzina Plattów świętuje razem z rodziną Jeannette, którą również udało się ocalić. Happy end, prawda?

Tyle, że nie bardzo.

Koniec ulicy Dębowej z mrocznym zakończeniem. To żaden happy end

Zanim film przejdzie do napisów końcowych, widzimy rodzinę Plattów urządzającą grilla na podwórku. Ich jedynymi gośćmi wydają się być Jeannette, jej rodzice oraz... druga Jeannette, która pojawia się w kadrze w ostatniej chwili. Zostaje to przedstawione jako pozornie zabawny finałowy akcent, sugerujący, że Jeannette, której poczynania śledziliśmy wcześniej (nazwijmy ją Jeannette A), skutecznie ostrzegła swoją mamę i tatę, a także inną wersję samej siebie. Dzięki temu wszyscy zdążyli uciec poza zasięg tunelu czasoprzestrzennego.

Możemy nawet zignorować część potencjalnych problemów, jakie rodzi ta sytuacja. O tunelu dowiedział się cały świat, w związku z czym nikt nie musiał utrzymywać niczego w tajemnicy i Jeannette A - po, zapewne, odbębnieniu ogromu problematycznej papierologii, przesłuchań, badań - została wreszcie zaakceptowana, przyjęta w Rzeczywistości B. Tu, rzecz jasna, dostajemy materiał na ciekawą opowieść o tym, która Jeannette jest tą „prawdziwą” z perspektywy świata i jak odmienne doświadczenia związane z żałobą oraz dinozaurami wpłyną na ich dalsze życie. Przykładowo. Interesujących kwestii jest tu znacznie więcej.

Zakończenie filmu sugeruje również alternatywną wersję wydarzeń.

Cykliczna struktura historii zmusza nas do przyjęcia scenariusza rodem z „Tenet” albo „Avengers: Koniec gry”, w którym obowiązuje zasada: „co się wydarzyło, już się wydarzyło”. Oznacza to, że Denise, Brian i Audrey, których widzimy pod koniec filmu, i tak musieli przeżyć wszystkie wydarzenia, których byliśmy świadkami. Problem polega na tym, że podstęp Denise, która w odpowiednim momencie zwabia Grega z dala od domu, tworzy efekt domina: powstaje alternatywna „przeszłość”, w której Denise, Brian i Audrey nadal zostają uwięzieni w prehistorii i nadal muszą walczyć o przetrwanie wśród dinozaurów - tyle że tym we troje, bez ojca.

Jak dokładnie wyglądałby taki scenariusz?

Czy wszystko potoczyłoby się podobnie, czy brak Grega zmniejszyłby ich szanse na przeżycie? Pamiętajmy, że Greg zginął, ratując Denise przed allozaurem. Czy w alternatywnej rzeczywistości to właśnie ona zostałaby jego posiłkiem? Może cała rodzina ostatecznie skończyłaby jako karma dla gadów? A skoro uzbrojona w broń bibliotekarka, która później w kluczowym momencie uratowała pozostałych Plattów, też została ocalona, czy to oznacza, że wszyscy pozostali mieszkańcy tej wersji ul. Dębowej padną trupem?

To wszystko prowadzi do naprawdę mrocznych rozważań. Z jednej strony Denise i dzieciaki na pewno cieszą się, że odzyskali Grega. Z drugiej strony - muszą być świadomi tego, że odebrali go innym wersjom siebie, być może skazując je na śmierć, a na pewno na cierpienie związane z tajemniczym zniknięciem mężczyzny. Sam Greg B zapewne również zdaje sobie sprawę, że w gruncie rzeczy - nieświadomie, ale jednak - porzucił swoją „oryginalną” rodzinę. Być może kogoś zyskał, ale i stracił. Teraz dołączył do osób, z którymi nie dzieli tych traumatycznych doświadczeń - sam nie miał szansy przejść tej drogi, którą przeszli pozostali, nie jest zatem tak z nimi kompatybilny, jak byłby Greg A. Wersja Grega, która przyznała się Denise do utraty pracy, przestała pić i zaczęła naprawdę angażować się w życie rodziny, mieszka teraz, wybaczcie, w brzuchu dinozaura.

Pójdźmy dalej: być może jakaś kombinacja Plattów B przeżywa i wraca do jeszcze innej alternatywnej teraźniejszości, w której próbuje ostrzegać innych, uruchamiając reakcję łańcuchową prowadzącą do powstania nieskończonej liczby rodzin Plattów, które przemieszczają się i zastępują nawzajem na nieskończonej liczbie ulic Dębowych...

Ale jazda.

To zabawne pole do spekulacji, ale w gruncie rzeczy podstawowym pytaniem jest właśnie to: co właściwie dzieje się podczas ponownego spotkania Denise i dzieci z Gregiem B? Choć w finałowych ujęciach rodzina wydaje się szczęśliwa, można przypuszczać, że to pozory. Sytuacja, w jakiej postawiono Grega B, to wystarczający powód, by człowiek z problemem znów sięgnął po butelkę. Co więcej, wszystkie te doświadczenia nie wróżą też dobrze Denise, Brianowi i Audrey, którzy teraz muszą żyć z inną wersją człowieka, którego śmierć widzieli na własne oczy. I ze świadomością, że bardzo skrzywdzili inne wersje siebie samych.

Spójrzmy na to z jeszcze innej strony. Przez cały film Denise rozważa odejście od męża. Pisze książkę o swoim nieszczęśliwym małżeństwie. Z kolei Greg jest sfrustrowany, pije, nie radzi sobie z rolą żywiciela rodziny. Małżeństwo się rozpada. Później rozpada się cały ich świat. Dinozaury stają się materializacją kryzysu rodzinnego. Właśnie dlatego finał można czytać jako ekstremalną wersję pytania: czy rodzina - jako komórka - jest warta „uratowania” (najpewniej pozornego) za wszelką cenę? Denise odpowiada: tak. Dosłownie za wszelką cenę. Odpowiedź samego Mitchella może być jednak zgoła inna. Bo jeśli zastanowimy się nad konsekwencjami, dojdziemy do wniosku, że prawdopodobnie byłoby lepiej, gdyby bohaterka nie wywabiła Grega B z domu.

Tak oto „rodzina przede wszystkim” przestaje być niewinnym hollywoodzkim morałem, a staje się czymś moralnie niepokojącym.

I dlatego też „Koniec ulicy Dębowej” to film z pozornym happy endem. W istocie - jeśli chwilę się nad tym zastanowić - to bardzo mroczna końcówka, która rozsadza czaszkę. Czyżby Mitchell w przewrotny, satyryczny sposób zadrwił z dawnych zakończeń, które zdawały się mówić: „zapomnijcie o horrorze, który właśnie zobaczyliście! Spójrzcie, ostatecznie wszyscy są szczęśliwi i zadowoleni”? Jak wiemy, w przypadku wielu uśmiechniętych rodzin szczęście jest, niestety, jedynie udawane. Fasadowe.

Fajnie!

Michał Jarecki
Redaktor

Dla Rozrywka Spider’s Web najchętniej bloguje o branży filmowej, krytycznym (lub pełnym uwielbienia) okiem przyglądając się nowościom na ekranach kin i w serwisach streamingowych. Kinoman, filmoznawca, szczerze miłujący zarówno arthouse, jak i naszpikowane akcją popcorniaki. Niemal cały swój czas wolny poświęca kulturze w najróżniejszych jej formach. Wciąż dokształca się filmoznawczo; o sztukach wizualnych pisze od lat, początkowo raczej hobbystycznie, a od dłuższego czasu – zawodowo. Gościł w Radiowej Czwórce czy telewizji publicznej; można go było przeczytać m.in. w miesięczniku „Kino”, „Nowej Fantastyce” czy na łamach innych serwisów (recenzje, felietony, newsy, wywiady).