Kiepskie początki, wielkie przełomy i droga od maszyny stojącej w przejściu sklepu aż do kinowego ekranu. Historia „Street Fightera” to materiał na brawurowy dokument, a już 16 października na ekrany kin wchodzi nowa aktorska adaptacja kultowej bijatyki. Dlatego też, warto przypomnieć, jak to wszystko się zaczęło.

Fanom bijatyk „Street Fightera” przedstawiać nie trzeba. Jestem przekonany, że nawet niedzielni gracze przynajmniej o nim słyszeli. To jedna z najlepiej sprzedających się serii w historii gier, która od lat inspiruje nie tylko graczy, ale też filmowców i muzyków.
Na początku było skromnie
Pierwszy Street Fighter ukazał się w 1987 r. jako gra na automaty. Produkcja Takashiego Nishiyamy i Hiroshiego Matsumoto nie odniosła wielkiego sukcesu, ale już wtedy wprowadziła elementy, które stały się znakami rozpoznawczymi serii, na przykład ciosy specjalne wywoływane skomplikowanymi kombinacjami ruchów joysticka i przycisków. Świata jednak nie podbiła. Jeszcze.

Przełom nadszedł w 1991 roku.
Wtedy pojawił się „Street Fighter II” i była to prawdziwa rewolucja. Twórcy pierwszej części odeszli już z Capcomu, a nowy zespół postanowił rozwinąć to, co się sprawdziło, czerpiąc przy tym z „Final Fight”, innej gry studia.
Zmiany poszły bardzo daleko. W „jedynce” gracz mógł wcielić się tylko w dwie postacie, w „dwójce” było ich już osiem. Każda miała własny styl walki i unikalny zestaw ataków, co z czasem stało się standardem całego gatunku. Jak to często bywa przy wielkich dziełach, sporo zawdzięczamy przypadkowi. Noritaka Funamizu opowiadał w wywiadach, że możliwość łączenia ciosów w combosy była błędem, który wyszedł na jaw podczas testów. Zamiast go usunąć, twórcy go zostawili, a combosy stały się jednym z filarów serii.
„Street Fighter II” szybko stał się fenomenem i jedną z najlepiej sprzedających się gier dekady. Kluczowa okazała się rywalizacja z drugim człowiekiem: salony gier zapełniły się kolejkami chętnych do pojedynków. Capcom odkrył żyłę złota i wydawał kolejne, ulepszone wersje gry na automaty. Niedługo później tytuł trafił na konsole domowe i rozpoczął marsz po status światowego fenomenu.

Wielki sukces, wielkie plany
Sukces gry był tak ogromny, że zaledwie 3 lata po premierze „dwójki” do kin trafił film, w którym główną rolę zagrał Jean-Claude Van Damme. Fabuła była jedynie luźno związana z serią, ale wkrótce ukazało się kilka gier, zainspirowanych filmem, choć trzeba uczciwie powiedzieć, że nie spotkały się one z przychylnością graczy.
Po wielu projektach pobocznych i niezbyt udanej premierze 3. części (choć trochę niesłusznie), Capcom postanowił spróbować jeszcze raz, wracając do korzeni serii. Choć nie zawsze się to udaje, to tym razem był to prawdziwy strzał w środek tarczy. To był inny czas, inne były potrzeby graczy, przed firmą stawały wyzwania technologiczne, ale jednak się udało. W 2008 roku na automaty trafia „Street Fighter IV”, a rok później dociera również na domowe konsole. Ten powrót obudził nostalgię, na nowo zdefiniował ramy gatunku i stał się jednym z kamieni węgielnych współczesnego e-sportu.

Dziś „Street Fighter” to e-sportowa potęga. W maju 2026 roku turniej „Street Fightera 6” na Evo Japan, z udziałem 7168 zawodników, został wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa jako największy turniej w historii poświęcony jednej bijatyce. Capcom nie szczędzi też pieniędzy na nagrody: pula marcowego Capcom Cup 12 w Tokio przekroczyła 1,28 mln dolarów, z czego milion trafił do zwycięzcy, a finałowe turnieje obejrzało na żywo w hali rekordowe 20 tysięcy widzów.
Street Fighter przetarł szlaki
Choć na przestrzeni lat marka przeżywała wzloty i upadki, przechodziła rewolucje, cofała się do korzeni, a nawet rozmieniała na drobne, na zawsze wpisała się w historię gier wideo jako ta, która miała wpływ na cały segment bijatyk. To od niej pochodzą te elementy, które uznajemy za oczywiste w tym gatunku: wybór postaci z odrębnym zestawem ruchów, pasek życia, specjalne ciosy wykonywane joystickiem i tak dalej.
Seria od samego początku miała niski próg wejścia, ale bardzo, bardzo wysoki sufit. Gracz szybko mógł nauczyć się podstawowych ruchów, ale opanowanie gry czy nawet postaci do perfekcji było zadaniem bardzo, bardzo trudnym. Zwłaszcza jeśli przeciwnikiem jest żywy człowiek.
Seria miała również wpływ na popkulturę.
„Street Fighter” to seria, która wyszła daleko poza rozgrywkę na automatach. Przez prawie 40 lat żyła albo dzięki Capcomowi, albo dzięki wiernym graczom, którzy nigdy nie porzucili gry. Przez ten czas postacie stały się ikonami kultury masowej, sama marka przeniknęła do memów i potocznego języka graczy. Liczne crossovery pozwalały jej żyć dalej i wychodzić poza świat gier. Na przykład do kina.
Wspomniany film z Jean-Claude'em Van Damme'em stał się kultowy, choć był trochę kiczowaty. Z kolei japońska animacja z 1994 roku, czyli „Street Fighter II: The Animated Movie” jest doceniana do dzisiaj. Nadchodzący „Street Fighter” w reżyserii Kitao Sakuraiego zapowiada się zaś na hołd dla długiej historii serii. Akcja rozgrywa się w 1993 roku, w czasach największych triumfów „Street Fightera II”, a na pierwszym planie zobaczymy Ryu i Kena, bohaterów, od których wszystko się zaczęło. W obsadzie znaleźli się m.in. Andrew Koji, Noah Centineo, Callina Liang i Jason Momoa.
Zapowiada się nostalgiczny seans przenoszący nas do czasów, gdy tryumfy święcił „Street Fighter II”. Czy uda mu się przyciągnąć innych graczy? Tego nie wiem, jedno jest pewne: wierni fani na pewno pójdą do kina.
Więcej o filmie Street Fighter przeczytasz tutaj:
Szef serwisu Rozrywka.Blog. Współpracownicy wyobrażają sobie go jako dżentelmena w surducie i z cygarem w ręku. Na co dzień walczy na polu walki z brakiem kultury, prowadząc Rozrywka.Blog. Specjalista od seriali i ich historii. Kocha dobre fabuły również w komiksach i animacji. W wolnych chwilach gra w gry bez prądu, maluje figurki. Wcześniej zajmował się zawodowo grami planszowymi, pracował branży PR i marketingu internetowym.