Już po samym trailerze widać było, że "Strzępy" są kampowe. Otwartym pozostawało jedynie pytanie, czy ta uwielbiana przez Ryana Murphy'ego estetyka pasuje do wizji autora literackiego pierwowzoru i przy okazji współtwórcy serialu Breta Eastona Ellisa. Jeszcze jak!

Serialowe "Strzępy" to przede wszystkim stylizacja. Akcja zabiera nas do początku lat 80., ale Ryan Murphy i Bret Easton Ellis w żaden sposób nie próbują zadośćuczynić historycznej prawdzie. Raczej pokazują tamte czasy przez popkulturową soczewkę - widzą je przez różowe okulary i w pastelowych barwach. Estetycznie bardziej niż nostalgiczne "Stranger Things" naśladują melancholijnego "Donniego Darko", z którego soundtracku zapożyczają zresztą jeden utwór. Los Angeles pokryte jest więc miękkim światłem, jakby było za wieczną mgłą. Razem ze spowolnieniami tempa nadaje to opowieści onirycznego wymiaru. Bo to jest sen. Sen śniony przez młode elity.
W swojej książce Ellis, jak to zresztą ma w zwyczaju, odkrywa emocjonalną i egzystencjonalną pustkę, kryjącą się pod fasadą skrajnego konsumpcjonizmu, luksusu i uprzywilejowania. Serial oddaje tę ideę, bo już na początku Bret - alter ego Ellisa - narzeka z offu, że musi jeździć Mercedesem tatusia, choć wolałby bardziej sportową furę. Bo w jego świecie rzeczy definiują człowieka. Są wszystkim - sprawiają radość lub smutek, zastępują uczucia, wywołują wspomnienia, stają się wyznacznikiem statusu. Dlatego bohaterowie z upodobaniem recytują kolejne marki, sprowadzając siebie i innych do koszuli od Ralpha Laurena czy perfum Giorgio.
Strzępy - recenzja nowego thrillera Disney+
Problem z prozą Ellisa jest taki, że zamiast klasycznie prowadzić narrację, on woli oddawać stan w jakim znajdują się jego bohaterowie. Sama fabuła schodzi na drugi plan, bo ważniejsze jest odrętwienie, zawieszenie i znieczulenie, w których młodzi ludzie funkcjonują, przegapiając zbliżające się do nich zagrożenie - grasującego po Los Angeles seryjnego mordercę i panoszących się członków sekty. W serialu też zauważają ich, gdy jest już za późno. Bardziej zajęci są ćpaniem, seksem i braniem udziału w tanecznych konkursach telewizyjnych.
W przeciwieństwie do książki serial potrzebuje jednak historii, spójnej opowieści. Dlatego twórcy wykazują się bardziej tradycyjnym podejściem. Co prawda w pierwszych dwóch odcinkach dość mocno trzymają się literackiego pierwowzoru, dopiero potem korzystając z licentia poetica, ale i tak przedstawiane w nich wydarzenia nieco zmieniają i przesuwają. Już na samym początku Bret obnaża się ze swoimi uczuciami do koleżanki z klasy Susan i bardzo szybko dochodzi do porwania jego kolegi/kochanka Matta. Murphy z Ellisem po prostu przyspieszają akcję, żeniąc ze sobą dramat młodzieżowy z thrillerem. W ich rękach okazuje się to mieszanką wybuchową.
"Strzępy" to bardzo cielesny serial.
Bohaterowie co prawda nie obłapują się tak chętnie jak w książce, ale też nie lubią trzymać rąk przy sobie. Aczkolwiek zdarza się, że twórcy zamiast pokazywać, wolą oddziaływać na wyobraźnię, każąc Bretowi cytować spoza kadru cały ustęp z literackiego pierwowzoru o tym najbardziej gorszącym akcie seksualnym. Kiedy nie zajmują ich mniej lub bardziej romantyczne zbliżenia, skręcają w stronę atrakcji horrorowych. Odpinają przy tym wrotki, gdy przyglądają się chłopakowi na siłę karmionemu robakami czy odciętej głowie znajdującej się w szkolnej gablotce na trofea. Produkcja lubi bowiem na ostro. Ale bez przesady.
"Strzępy" nie dają się sprowadzić do serii pełnych seksu i przemocy scenek. Najbardziej interesuje je coś zupełnie innego. Możemy się o tym przekonać, gdy twórcy odchodzą od znanej z książki pierwszoosobowej narracji, dzięki czemu możemy ich zobaczyć w nowym świetle. Podejrzeć w bardziej intymnych sytuacjach. Dzięki temu matka Debbie - dziewczyny Breta - staje się kobietą zamkniętą w złotej klatce, kiedy z Oscarem męża w ręku ćwiczy przemowę, w której wylewa wszystkie swoje pretensje i żale, że nic w życiu nie osiągnęła. Ta perfekcyjna Susan okazuje się mieć dość swojej perfekcji i idącej z nią w parze presji, a jej chłopak Thom ciągle przeżywa odejście ojca. Wcale nie znaczy to, że twórcy próbują wzbudzić w stosunku do nich jakąś empatię. To wciąż zepsute dzieciaki, ale nabierają ludzkich cech. Choć wciąż współczuć im możemy na tyle, na ile współczujemy postaciom z oper mydlanych, bo przecież nie tylko plątają się w kolejnych machinacjach i manipulacjach, ale też lubią wskazywać palcem, kto z ich grupy jest najbiedniejszy.
Trudno wręcz bohaterów traktować jako prawdziwych ludzi. To też było obecne w książce. Wszyscy grają, udają kogoś innego, dopasowują się do oczekiwań reszty. W serialu motyw ten jest nawet mocniej obecny przez aktorów. Każdy, bez wyjątku, zachowuje się, jakby wiedział, że kamera na niego patrzy, obserwuje go, przygląda się poszczególnym częściom ciała. Dlatego ciągle pozuje, zastyga w bezruchu, wykonuje teatralne gesty. Szczególnie widać to u Roberta Mallory'ego, który przybywa do LA i od razu ściąga na siebie podejrzenia Breta, że to właśnie on jest grasującym po mieście mordercą. Nic dziwnego. W wykonaniu Homera Gere'a jest to chłopak śliski, pod uwodzicielskim uśmiechem ukrywający coś złowieszczego.
Bo w tym serialu nie ma miejsca na niskie tony. Wszystko jest bombastyczne, przerysowane i przeszarżowane. Nie aż w takim stopniu jak w "The Beauty", bo w tym wypadku Ellis ewidentnie trzyma w ryzach zapędy Murphy'ego. Nie zawsze mu się to udaje, bo odcinek, w którym bohaterowie zakładają stroje rodem ze sztuk Szekspira i mówią "Makbetem", "Romeem i Julią" czy "Hamletem" jest aż nazbyt umowny. Poza tym charakterystyczny dla Murphy'ego kicz nadaje ekranową formę typowo ellisowskiej pustce egzystencjalnej. I właśnie dzięki temu jednych ta produkcja odrzuci, a innych pozostawi w strzępach.
Na potrzeby recenzji obejrzałem dziewięć odcinków serialu, które udostępnił mi Disney+. "Strzępy" łącznie składają się z 10 odcinków.
- Tytuł serialu: Strzępy
- Lata emisji: 2026
- Liczba sezonów: 1
- Twórcy: Ryan Murphy, Bret Easton Ellis
- Aktorzy: Igby Rigney, Homer Gere, Graham Campbell
- Nasza ocena: 8/10
W serwisie Rozrywka.Blog zajmuje się przede wszystkim filmem. Jest miłośnikiem kina gatunkowego. Kiedy nie ogląda naparzających się superbohaterów Marvela, to prawdopodobnie rozpływa się nad eksploatacyjną obskurą. Poza tym jego teksty można znaleźć m.in. w „Kinie”, „Netfilmie” czy „Magazynie filmowym”. Jest współautorem monografii „Europejskie kino gatunków 2” i leksykonu „1000 filmów, które tworzą historię kina”. Zdarzyło mu się też publikować opowiadania. Znajdziecie je m.in. w antologiach „Mapa Cieni” i „Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2020. Tom 2”.