Nie jestem pewien, czy świat nadal potrzebuje Jaya i Cichego Boba
Kevin Smith był prawdziwym buntownikiem nowoczesnego kina. Jego alternatywne, punkowe wręcz podejście do kręcenia przysporzyło mu wielu fanów. Obawiam się jednak, że najlepsze czasy ów reżyser ma już za sobą, a jego nowy projekt powoduje głównie wzruszenie ramion.
Do pełnoprawnego docenienia jego dorobku, trzeba mieć otwarty umysł na więcej sposobów niż jeden. Bo Kevin specjalizuje się w komedii – wyjątkowo wulgarnej, opartej niemal wyłącznie na dialogach, prawie pozbawionej akcji. I przy tym, porusza setki problemów różnego sortu – od pracowników kontraktowych pracujących przy budowie Gwiazdy Śmierci, aż po problemy teologiczne. I Smith nijak nie próbuje uciec od rynsztokowych dowcipów, ale potrafi czasem napisać coś naprawdę poważnego dla odmiany, lub ukryć większą refleksję pod toaletowym humorem. „W Pogoni za Amy” był takim dziełem, które naprawdę pokazywało potencjał twórcy. Quentin Tarantino (zresztą, osobisty przyjaciel Smitha) nazwał to „skokiem kwantowym” w jego karierze.