Fryderykiem po polskiej scenie muzycznej – znamy nominacje!
25 kwietnia po raz 18 rozdane zostaną Fryderyki, przyznawane polskim artystom za fonograficzne sukcesy ubiegłego roku. Wczorajsze ogłoszenie nominacji świadczy jednak o tym, że rodzimy rynek muzyczny przeżywa poważny kryzys.
„Maria Awaria” zawiodła zapewne wielu telewizyjnych czy radiowych dziennikarzy – tylko parę utworów nadaje się do puszczania na antenie mediów, co nie przeszkadza jednak w marketingu – opinie na temat kontrowersyjnych, dosłownych tekstów aż zachęcają, by chociaż sprawdzić co bulwersuje tylu odbiorców. Przy pierwszym przesłuchaniu przekaz wydaje się być komiczny – dopiero po dokładniejszym zagłębieniu się w niego dostrzegamy tę mistyczność ukrytą w tekstach nazywanych przez niektórych „przemyśleniami godnymi licealistki”. Ona sama nie poczułaby się urażona takimi określeniami – tłumaczy, że nawet grafomania jest na swój sposób genialna. Ludzie naturalną ciekawością chcą sprawdzić co kryje się za „Hujawiakiem” – nie znajdują tam żadnych perwersji ani wulgaryzmów (poza odpowiednio użytymi „fuckami”), jedynie subtelny, erotyczny opis stylu życia podmiotu lirycznego. Artystka w „Hedonii” nazywa ciało „domem duszy” lub opisuje swoje fantazje na temat spędzenia miesiąca z właścicielem czułego wzroku, olbrzymiego wzrostu i cudnej urody napletka, czyli z menelem Mietkiem w „Miłości w systemie dolby surround” (w roli melorecytatora wystąpił tu Edek, wieloletni partner Marii). W tej piosence padają również słowa, które oddają stosunek poetki do życia: „Nie umiem żyć w mono, wybieram stereo / a w ogóle lubię life w dolby surround”. W singlowym zaś „Rosole” nasza Marysia śpiewa o tym, że lubi być kurą domową, że dobrze jest nie myśleć o niczym – i zdołaj słuchaczu nadążyć za taką kobietą… Oczywiście, występują na płycie treści, których nie sposób nie osądzić o tandetność, jak np. „Hej, hej, hej, tyś mój klej / superglue, I love you” (które w połączeniu ze zwrotkami brzmią jak nieudana parafraza „Polepionego” Fisza) lub „Poliż mnie, I’m polish” w „Hujawiaku”, reszta jednak balansuje na granicy tandety i błyskotliwości – okazuje się że te dwa pojęcia nieźle dają się połączyć.