Nie spodziewałam się, że "Awatar Aang: Ostatni władca wiatru" zostanie w mojej pamięci na dłużej. Tymczasem filmowa kontynuacja animowanego serialu sprawiła, że mam ochotę nadrobić oryginalny serial i zagłębić się w świat Aanga oraz jego przyjaciół. A skoro nawet mnie najnowsza produkcja chwyciła za serce, to co dopiero wiernych fanów tej serii. Co tu dużo mówić - fenomenalny powrót.

Świat Awatara Aanga rozwija się już od 2005 roku. Nieco ponad dwie dekady temu zadebiutował serial animowany "Awatar: Legenda Aanga", później "Legenda Korry", a relatywnie niedawno Netflix pokazał aktorską produkcję odcinkową "Awatar: Ostatni władca wiatru". Teraz do kolekcji dołączyła animacja, która stanowi kontynuację oryginalnego serialu o Awatarze Aangu, czyli "Awatar Aang: Ostatni władca wiatru". Obejrzałam ją i przychodzi mi na myśl jedno: trochę żałuję, że w dzieciństwie ominęłam to uniwersum, bo wrażenia z oglądania byłyby z pewnością dużo bardziej intensywne.
Awatar Aang: Ostatni władca wiatru - opinia o filmie animowanym w SkyShowtime
Najnowsza produkcja o Aangu jest osadzona ponad dekadę po wydarzeniach z oryginalnego serialu, czyli w czasie, kiedy konflikt między Plemieniem Wody, Królestwem Ziemi, Narodem Ognia i Nomadami Powietrza został zażegnany. Dzięki temu wszyscy mieszkańscy żyją w harmonii w Mieście Republiki. Przeskok czasowy oznacza, że bohaterowie są już dorośli, a Aang (w roli głosowej Eric Nam) zupełnie inaczej patrzy na świat. Teraz bohater spędza czas na poszukiwaniach swoich przodków, Nomadów Powietrza, aby nawiązać z nimi kontakt.
Nie jest jednak sam. Towarzyszy mu w tym przede wszystkim ukochana Katara (Jessica Matten) oraz wieloletni przyjaciele: mag ziemi Toph (Dionne Quan), mag ognia Zuko (Steven Yeun) oraz pozbawiony magicznych mocy brat Katary, Sokki (Roman Zaragoza). W dodatku przyjaciele ponownie łączą siły, aby odnaleźć starożytny artefakt, zanim znajdą go Wyklęci i wykorzystają do własnych celów. W ich rękach może on stać się niebezpieczną bronią. Szukając Sonam (Freida Pinto), tajemniczej Awatarki, która może pomóc bohaterom, po drodze nieoczekiwanie spotykają Tagaha (Dave Bautista), innego maga powietrza, który przez lata był zamrożony, zupełnie jak Aang na początku serialu.
Na seansie bawiłam się przednio, mimo że dopiero za sprawą tego filmu lepiej poznałam tych bohaterów. Produkcja została jednak tak skonstruowana, że w pigułce wyjaśniła, co wydarzyło się w serialu i dlaczego teraz poznajemy dorosłych bohaterów. Zostało to płynnie wplecione we wstępie, dzięki czemu widzowie, którzy nie znają tej historii, mogli się połapać, co i jak, a pozostali mieli okazję przypomnieć sobie minione wydarzenia.
Początkowo kręciłam nosem na nowego "Awatara". Teraz jest mi głupio. Mimo że anime to wciąż nie są moje klimaty, to styl, w jakim została narysowana ta animacja, jest doskonały. Kolory, przejścia, dynamika, przedstawienie scen walki, krajobrazy i natura - to wszystko zapiera dech w piersiach. Fani z pewnością dostrzegą, że produkcja bardzo się pod tym względem rozwinęła, a mimo to klimatem przypomina starego dobrego "Awatara". Czuję, że to będzie dla nich bardzo miły i otulony nostalgią seans.
Film "Awatar Aang: Ostatni władca wiatru" zadebiutuje w serwisie SkyShowtime 22 sierpnia.
Czytaj więcej w Spider's Web:
Absolwentka studiów dziennikarskich. Robi to, co lubi, czyli pisze – o serialach i filmach. Miłośniczka kryminałów tych na ekranie i na papierze. W słuchawkach raczej rap, ale często też metal. Na co dzień poukładana, chociaż często zdarza jej się nabałaganić w słowach. Zakochana w Norwegii, dobrej, czarnej kawie i świeczkach z Pepco. Uwielbia rozmawiać i słuchać ludzi, dlatego marzy jej się napisanie reportażu, tylko jeszcze nie wie, o czym.