REKLAMA

Robin Hood z Jackmanem niszczy legendę? Film na Prime Video zrobił to pierwszy

"Nie był żadnym bohaterem" - informuje nas hasło na oryginalnym plakacie "Robin Hooda: Końca legendy". To jasny sygnał, że będziemy mieć do czynienia z dekonstrukcją dobrze nam znanego mitu banity, który okradał bogatych i dawał biednym. Film z Hugh Jackmanem nie jest jednak pierwszym takim przypadkiem.

robin hood amazon prime video hugh jackman opinie co obejrzeć
REKLAMA

Legendę o Robin Hoodzie dobrze znamy. Na wielkim i małym ekranie wielokrotnie widzieliśmy przecież jak wraca z wyprawy krzyżowej i staje się bohaterem ludu. Rzuca wyzwanie uzurpującemu sobie prawo do angielskiego tronu księciu Janowi, partyzancko walcząc z szeryfem Nottingham. I choć ręce ma pełne roboty, gdzieś między jedną potyczką a drugą zawsze znajduje czas, żeby zdobyć serce pięknej Lady Marian. W ten sposób otrzymujemy cudowna historię, którą możemy oglądać w kółko i bez końca. No ale w dzisiejszych czasach w cenie nie jest już powtarzanie podobnych mitów tylko ich dekonstrukcja.

Odbrązowienia Robin Hooda zdecydował się Michael Sarnoski. W "Robin Hoodzie: Końcu legendy" zobaczymy więc Hugh Jackmana w roli styranego banity, który musi zmierzyć się z konsekwencjami życia przepełnionego zbrodnią. Brzmi świeżo? Ciekawie? Inaczej? Oryginalnie? Owszem, bo rzadko mamy do czynienia z takim podejściem do dobrze nam znanej opowieści. A jednak! Coś takiego już się zdarzyło. I to wiele, wiele, naprawdę wiele lat temu.

REKLAMA

Robin Hood na Prime Video - co obejrzeć?

Amerykańskie kino lat 70. też lubowało się w dekonstrukcjach. Kolejni twórcy brutalnie rozprawiali się z utrwalonomi przez Hollywood mitami. Nie oszczędzili przy tym nawet legendy o Robin Hoodzie. W 1976 roku banita stracił już chłopięcy urok Errola Flynna, który z łobuzerskim uśmiechem na twarzy skakał po murach i bez pudła strzelał z łuku do ruchomych celów. Stał się zmęczonym, cynicznym, przetyranym przez życie, a przez to posiwiałym Seanem Connerym.

W "Powrocie Robin Hooda" tytułowy bohater z opóźnieniem wraca z wyprawy krzyżowej i wojaczki u boku króla Ryszarda Lwie Serce, aby skonfrontować się ze swoją legendą. Starzy druchowie śpiewają mu krążące po Anglii piosenki na jego cześć, które on wyśmiewa. Co prawda świetnie się bawił walcząc z szeryfem Nottingham, ale większość doniesień o jego wyczynach jest mocno przesadzona. Ba! Choć mile łechta mu to ego, sam zaznacza, że to kłamstwa. Dlatego nie zgadza się na poprowadzenie buntu przeciwko zasiadającemu na tronie księciu Janowi. Chce spokoju.

Robin Hood zdanie zmienia dopiero, gdy spotyka się z Lady Marian. Bo stojący za kamerą Richard Lester teoretycznie dostarcza nam oczekiwanych atrakcji, tylko pokazuje je w zupełnie inny sposób. Owszem, romans kwitnie, ale ukochana głównego bohatera nie jest kobietą rzucającą mu się w ramiona. Ona przeżyła swoje życie. Została zakonnicą i teraz nawet jeśli na widok banity serce bije jej mocniej, rozum podpowiada, że to nie jest dobry pomysł. Wzbrania się przed swoim uczuciem, a kiedy mu się poddaje ze łzami w oczach dotyka blizn na ciele wybranka, tęskniąc za czasami, gdy miał gładkie ciało. Martwi się o niego i próbuje odwieść od pomysłu stawania w szranki z szeryfem Nottingham i jego ludźmi.

REKLAMA

Strzelanie z łuku, pojedynki na miecze - wszystko jest. Nadgorliwy żołnierz szeryfa Nottingham co chwilę zostaje pobity i ośmieszony. Choć przełożony ciągle powtarza mu, żeby wstrzymał konie. Tym razem nie mamy bowiem do czynienia z zażartą walką dwójki nienawidzących się wrogów. Oni się nawzajem szanują. Nawet kiedy sobie grożą, rozmawiają niczym prawdziwi dżentelmeni. Czarny charakter zawsze wypowiada się o głównym bohaterze z uznaniem. "Jak tylko wejdziesz w zbroi do Sherwood, on cię załatwi" - mówi swojemu człowiekowi.

Lester obdziera po prostu hollywoodzki spektakl z widowiskowości. Nawet w finałowym pojedynku zarówno Robin Hood jak i szeryf Nottingham z trudem prą na siebie, unosząc ciężkie miecze. Gdy unoszą przyłbice, dostrzegamy zmęczone, spocone twarze. Nie ma w tym krzty romantyzmu. Są kryjący się pod legendami ludzie. Reżyser zagląda pod maskę mitu, aby uczłowieczyć jego bohaterów. Dlatego w "Powrocie Robin Hooda" nie ma dynamicznej akcji, ani strzelania z łuku podpaloną strzałą. Jest trochę brudu i nieco znoju, a heroizm kosztuje wysoką cenę.

Nawet jeśli Robin Hood lubi sobie zażartować i z uśmiechem na ustach ukraść wóz, aby chwilę potem zapłacić jego właścicielowi, powolne tempo, przygaszona estetyka i nostalgiczne wspomnienia bohaterów budują melancholijny klimat. "Powrót Robin Hooda" opowiada przecież o tytułowym banicie, który próbując dorosnąć do swojej legendy, musi zmierzyć sę z własnym człowieczeństwem i śmiertelnością. Być może więc Lester okazuje się znacznie subtelniejszy od Sarnoskiego w "Robin Hoodzie: Końcu legendy", ale całkiem skutecznie dekonstruuje popularny mit. Ze swoim podejściem raczej w dziesiątkę nieprawda. Aczkolwiek jego strzała ląduje całkiem blisko środka tarczy.

"POWRÓT ROBIN HOODA" OBEJRZYSZ NA:
REKLAMA

Więcej o Robin Hoodzie poczytasz na Spider's Web:

REKLAMA
Rafał Christ
Redaktor

W serwisie Rozrywka.Blog zajmuje się przede wszystkim filmem. Jest miłośnikiem kina gatunkowego. Kiedy nie ogląda naparzających się superbohaterów Marvela, to prawdopodobnie rozpływa się nad eksploatacyjną obskurą. Poza tym jego teksty można znaleźć m.in. w „Kinie”, „Netfilmie” czy „Magazynie filmowym”. Jest współautorem monografii „Europejskie kino gatunków 2” i leksykonu „1000 filmów, które tworzą historię kina”. Zdarzyło mu się też publikować opowiadania. Znajdziecie je m.in. w antologiach „Mapa Cieni” i „Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2020. Tom 2”.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA