REKLAMA

Cotygodniowe premiery odcinków to strzał w dziesiątkę

W dzisiejszych czasach, zdominowanych przez platformy streamingowe, jednym z czołowych elementów debaty na temat tworzonych przez nie produkcji, są harmonogramy emisji ich odcinków. Moim zdaniem aktualnym liderem w podejściu do tego jest HBO Max, wypuszczające tytuły, na które chce się czekać. 

hbo max seriale odcinki
REKLAMA

Żeby nie było, że faworyzuję kogokolwiek: uważam, że każda z tzw. głównych platform streamingowych dostępnych na rynku, ma oferty godne uwagi i ekscytacji. Dla przykładu - Netflix wyraźnie dobrze czuje się w kryminalnych historiach, HBO Max - ponurych dramatach, Prime Video lubuje się w luźniejszych produkcjach. Dziś chciałbym się skupić przede wszystkim na drugim z wymienionych serwisów, miejscu spoczynku zwłaszcza kilku seriali, będących perfekcyjnym przykładem na to, że można wrzucać odcinki co tydzień i wcale nie niszczy to zainteresowania produkcją.

REKLAMA

HBO Max lubi dawkować emocje. Zwykle co tydzień 

Oczywiście, każdy serial na dowolnym streamingu rządzi się swoimi prawami, a jego emisja zależy z pewnością zarówno od twórców i ich intencji, jak i od decyzji podjętych "na górze". Jak będzie najlepiej? Co może najmocniej przyciągnąć uwagę widza? Ostatecznie też - co się opłaci? To naturalne pytania, przed którymi staje każdy, kto ma w swoich rękach decyzję związaną z częstotliwością pokazywania odcinków serialu. 

Dyskusja na ten temat była żywa zwłaszcza w ubiegłym roku, gdy Netflix podzielił 2. sezon "Wednesday" na dwie połówki, a jakby tego było mało, na tę drugą kazał czekać miesiąc. Umówmy się, fabule nie było to specjalnie potrzebne, a i też nie doszło do jakiejś przyspieszonej ewolucji jakości - niezmiennie odcinki wyreżyserowane przez Tima Burtona miały najlepszą jakość. Netflix ostatnimi czasy skłania się bardziej ku dostarczaniu całych sezonów seriali naraz i tak naprawdę został z tym na placu boju sam. Polska publiczność będzie miała wręcz specjalną szansę, by przekonać się o słuszności (lub braku) tej formuły - już 16 września na platformę trafi cała, sześcioodcinkowa "Lalka" Pawła Maślony. Czas, jak długo utrzyma się szum wokół fabuły oraz tonu serialu (ten drugi wzbudza kontrowersje jeszcze przed premierą, więc jest szansa, że potrwa trochę dłużej, niż zwykle).

W przypadku Prime Video zaś warto cofnąć się zaledwie parę miesięcy wstecz, gdy platforma zdecydowała, by "Spider-Noir", znakomity pod wieloma względami serial z wybitnym Nicolasem Cage'em w roli głównej, został opublikowany w całości. Efekt? Chwilę słusznego szumu, ale czy ktoś poza zaangażowanymi fanami dziś o nim wciąż mówi? Niestety niespecjalnie. Żeby jednak oddać sprawiedliwość Prime Video, zwłaszcza teraz ma ona czym rywalizować z innymi - mowa oczywiście o 4. sezonie "Reachera", na szczęście wypuszczanym co tydzień. W tym przypadku jest to decyzja właściwa i bardzo spójna - praktycznie każdy odcinek kończy się cliffhangerem, co naturalnie sprawia, że widz jest w połowie sfrustrowany, że akurat teraz się pojawiły napisy końcowe, a w połowie - czeka na kolejny dzień premiery, by poznać dalszy ciąg wydarzeń.

Silnym graczem w rozgrywce o uwagę widza jest również Apple TV. Streaming spod znaku jabłka od dawna udowadnia, że sprawdza się na bardzo wielu gatunkowych polach i wie, jak wywołać - a potem podtrzymać - u widza emocje. Za najświeższe przykłady niech posłużą tu dwa skrajnie różne od siebie tytuły - "Przylądek strachu" i "Ted Lasso" (aktualnie - sezon 4).

Na poziomie tematyki oba nie mogą się od siebie różnić bardziej - pierwszy opowiada o rodzinie prześladowanej przez mściwego psychopatę z przeszłości, drugi - o trenerze, który ze świata futbolu amerykańskiego przeniósł się do uniwersum angielskiej piłki nożnej i ma wyjątkowe, optymistyczne podejście do ludzi i świata. Oba jednak łączy to, że - tak, zgadliście - są emitowane tydzień po tygodniu. Sposób konstruowania napięcia przez twórców "Przylądka..." sprawiał, że byłem wciągnięty bez reszty w tę intensywną i przerażającą fabułę, zaś w przypadku serialu o Lasso - wyzwalał on we mnie emocje porównywalne do pragnienia spotkania się z dobrym kumplem i przyjemnego spędzenia razem czasu.

REKLAMA

Moją uwagę jednak najmocniej zwraca to, co dzieje się na HBO Max.

Platforma ta nie tylko serwuje świetne rzeczy, ale regularnie potrafi sprawiać, że widzowie czekają w napięciu na kolejne odcinki seriali z tej platformy.

REKLAMA

Jednym z dowodów na to jest chociażby buzz wokół serialu "Stamtąd". Jasne, sporą rolę odgrywa tu specyfika serialu - w oczach wielu mamy tu do czynienia z jak najbardziej świadomym mózgotrzepem, którego skomplikowana mitologia i zbudowana na niej fabuła jak najbardziej celowo miesza widzom w głowach. Cotygodniowy tryb emisji jak najbardziej wspiera to, byśmy, niezależnie od tego, jak postrzegamy rozgrywające się w serialu wydarzenia, mówili o nim. Pisali posty, analizowali to, co zobaczyliśmy w odcinku, metodą kroków uzupełniali swoją wiedzę o kolejne detale, szczegóły i decyzje bohaterów.

Możemy się wściekać, frustrować, mieć wrażenie, że twórcy za bardzo grają z nami w kotka i myszkę, ale ostatecznie i tak będziemy mieć poczucie, że chcemy zobaczyć, co wydarzy się za tydzień. Biorąc pod uwagę to, że przed nami ostatnia już, piąta odsłona "Stamtąd", czeka nas prawdopodobnie to samo. Zwłaszcza, że twórcy zapowiadają finisz skomplikowanych wątków - zamiast dodawać kolejne tropy, serial ma doprowadzać je do końca i ujawniać rozwiązania.

REKLAMA

Od nieco innej strony do konceptu cotygodniowej emisji odcinków wpasowuje się "The Pitt" - światowy fenomen, który przywrócił chwałę gatunkowi zdającemu się być na wymarciu, peryferiach telewizji. W świecie seriali medycznych już dawno nie było czegoś tak doskonale skrojonego - zwłaszcza scenariuszowo i aktorsko. Czegoś, co nie tylko czytelnie oraz specjalistycznie zarazem zaprasza nas w świat operacji, trudnych decyzji i przywracania ludziom zdrowia, ale również pozwala dostrzec w lekarzach więcej, niż popularne i nierzadko mające w sobie prawdę, stereotypy. Serial niezmiennie porusza się w formie "1 godzina - 1 odcinek". Biorąc to pod uwagę, opublikowanie całego sezonu naraz byłoby w sumie całkiem sensownym zabiegiem, pozwalającym, by za jednym zamachem spędzić - dosłownie i w przenośni - cały dzień z lekarzami z Pittsburgha.

Część mnie bardzo by tego chciała, ale ta inna część rozumie, że zafundowanie naraz takiego wysokiego poziomu przywiązania emocjonalnego do postaci mogłoby być po prostu jednym, mocnym strzałem. Dawkowanie go, stopniowe pozwalanie na odkrywanie charakterów, postaw i możliwych decyzji bohaterów, wydaje się czymś znacznie rozsądniejszym. Sam byłem w gronie osób, które po obejrzeniu jednego odcinka, lądującego na HBO Max w piątki, od razu oglądały zwiastun następnego, czytały cudze teorie na temat obrotu spraw (zwłaszcza w przypadku wątku Robby'ego), pozostawały cały czas w oczekiwaniu i nakręcały się.

REKLAMA

Najnowszym ("The Pitt" powróci z 3. sezonem dopiero w styczniu 2027 roku) tytułem, który idzie scharakteryzowaną już tu ścieżką są "Latarnie" - najnowszy owoc współpracy HBO Max i dowodzonym przez Jamesa Gunna DCU. W momencie pisania tego tekstu w serwisie można obejrzeć dwa odcinki, ale już teraz sytuacja się powtarza. Pierwszy epizod pod koniec zafundował bardzo mocny cliffhanger i twist w postaci śmierci Hala Jordana, drugi zasugerował nieoczywisty rozwój wydarzeń wokół Johna Stewarta. Każdy epizod dostarcza nam nowe informacje, poszerza wiedzę nie tylko o świecie przedstawionym, ale i o intrydze, która w nim się toczy. 

Choć twórcy "Latarni" zdają się póki co wychodzić z założenia zwanego "show, don't tell" i zaledwie sygnalizują pewne rzeczy, jesteśmy na tak początkowym etapie serialu, że można to wybaczyć. Zwłaszcza, że widzowie sami chętnie zabierają głos na temat tego co widzą w serialu, kształtują teorie na temat gothamskiego pochodzenia Kerry Kane, szukają Łowcy Ludzi, bawią się w zgadywanie tożsamości tajemniczego Sponsora. Mówiąc w skrócie: interesują się fabułą tego serialu, chcą ją odkrywać, nawet jeśli nie mają eksperckiej wiedzy na temat uniwersum Zielonych Latarni, a o postaci wiedzą tyle, że grał ją kiedyś Ryan Reynolds.

REKLAMA

To, że HBO Max wie, jak prowadzić swoje produkcje, nie znaczy, że wszystko, co ten streaming wydaje, jest wybitne jakościowo. "The Pitt" jest blisko tego stanu, ale ma swoje niewielkie wady, "Stamtąd" da się również wiele zarzucić - zwłaszcza, gdy plącze się w kółko i nie pozwala aktorom na ciekawe pole do popisu. Niemożliwe jest jednak zaprzeczenie temu, co jest faktem - to przede wszystkim seriale, które w ostatnim czasie oglądamy na HBO Max, są tematami dyskusji, powodem do rozważań. Ich scenariuszowa jakość to jedno, ale to, jak są one nam dawkowane jako widzom, to drugie - może nawet ważniejsze? Biorąc pod uwagę to wszystko, zdaje się, że emitowanie tydzień po tygodniu odcinków serialu jest kluczem do podtrzymania zainteresowania. To jednak jest system naczyń połączonych, w którym wszystko musi współgrać - bez dobrych twórców, aktorów i historii do opowiadania, nie ma szans na powodzenie.

Obserwuj nas w Google Discover
REKLAMA

Czytaj więcej o HBO Max w Spider's Web:

REKLAMA
Adam Kudyba
Redaktor

W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA