Netflix szuka słabego punktu swoich seriali. Widzowie nie wytrzymują

Netflix się głowi, dlaczego tak mało osób ogląda kolejne sezony jego seriali. A wystarczyło słuchać ludzi - bo wcale nie chodzi o to, że są kiepskie.

netflix-2-sezon-spadek-ogladalnosci

Serwisy streamingowe tchnęły w seriale drugie życie, ale jednocześnie platformy takie jak Netflix ukręciły łeb całej zagrodzie kur znoszących złote jaja. Chociaż widzowie od lat przebąkują o tym, co dokładnie im się nie podoba, to platformy VOD są głuche. A teraz mają problem i wcale mi ich nie żal.

Można oczywiście z przekąsem stwierdzić, iż robiąc głupie rzeczy wygrywa się głupie nagrody, a produkując kiepski kontent traci się widzów, no ale ich odpływ nie dotyczy jedynie kiepskich zapychaczy, ale też tych produkcji topowych. A tych taki Netflix nadal ma całkiem sporo…

Do sieci trafiła niedawno informacja, iż w przypadku tych topowych seriali Netfliksa od 30 do aż 70 proc. widzów, którzy oglądali pierwszy sezon danej produkcji, nie decyduje się na to, by obejrzeć kolejny. Szefostwo firmy rozkłada ręce i nie rozumie, czemu tak się dzieje. A są ku temu trzy podstawowe powody.

1. Jeden sezon, jeden dzień, jeden binge

Netflix spopularyzował termin „binge’owania” seriali i wprowadził model dystrybucji polegający na tym, by udostępniać pełne sezony seriali jednocześnie. Dekadę z okładem temu, gdy treści w internecie było jak na lekarstwo, to się sprawdzało - wygłodniali widzowie przychodzili i czerpali garściami.

Dzisiaj, gdy serwisy VOD z ciekawymi treściami liczymy w tuzinach, cierpimy na klęskę urodzaju - nie brakuje nam seriali do oglądania, tylko czasu, aby wciągnąć je wszystkie. Dekadę temu zarywałem noce, a teraz na samą myśl, by obejrzeć pełen sezon ciurkiem, robi mi się niedobrze.

Oczywiście nikt oczywiście mnie nie zmusza, by oglądać całość od razu, no ale nie oszukujmy się - im dłużej zwlekamy, tym większe ryzyko, iż trafimy przypadkiem na spoiler. Zdecydowanie wolę model, w którym raz w tygodniu pojawia się kolejny odcinek - wtedy czuję, że oglądam serial na własnych zasadach.

Do tego Netflix na własne życzenie pozbawia się… najlepszej możliwej reklamy, czyli za pośrednictwem poczty pantoflowej! Seriale od konkurencji żyją tygodniami w sferze social mediów, a widzowie oraz vlogerzy rozbierają na czynniki pierwsze każdy epizod, scena po scenie, w oczekiwaniu na kolejny.

Z mojej perspektywy takie śledzenie serialu w towarzystwie innych widzów np. na portalu Reddit to zdecydowanie wartość dodana, zwłaszcza w przypadku produkcji z jakimś twistem. W przypadku binge’owania całego sezonu możemy jedynie gdybać na temat tego, co przyniesie kolejna seria - która może nigdy nie powstać.

2. Dwa lata czekania i osiem odcinków

W czasach, gdy seriale były domeną telewizji, mieliśmy wrażenie, iż te nasze ulubione lecą w zasadzie „cały czas”. W praktyce mieliśmy tak z pół roku oglądania, pół roku czekania na kontynacuję. Sezony liczyły w końcu po 20-kilka odcinków, a do tego dochodziły przerwy w emisji związane ze świętami itd.

A teraz? Nawet jeśli pominąć model Netfliksa, to standardowa długość sezonu najpierw skróciła się do trzynastu, a potem do zaledwie ośmiu odcinków. Nawet jeśli takie sezony wychodziłyby co roku (a przecież tak nie jest!), to i tak czas oczekiwania na kontynuację historii jest cholernie długi.

Największy problem jest zaś w tym, że seriale nie tylko nie wychodzą co roku, tylko wychodzą, gdy wychodzą. Często na kolejne odsłony danej historii musimy czekać kilka lat, a do tego nigdy nie ma pewności, kiedy czas na nią nadejdzie. A przez ten czas odbiorcy zwykle zapominają, o co w ogóle chodziło…

Platformy zarzynają więc kury na własne życzenie - bo współcześnie czekają aż do premiery, by ocenić, czy w ogóle opłacalne jest kręcić 2. sezon danej produkcji. To trochę taka samonakręcająca się spirala - im dłużej firma się zastanawia, czy warto kręcić kontynuację, tym mniej osób będzie chciało ją obejrzeć.

Może po prostu Netflix i pokrewne mu firmy powinny zacząć wreszcie inwestować jedynie w takie projekty, co do których będą miały pewność, iż robią coś o wysokiej jakości? Wtedy mogłyby z czystym sumieniem zlecać ich twórcom kontynuację od razu. Przez dekady w przypadku telewizji to działało…

3. Trzecia seria, koniec pieśni

Skasowanie serialu nim jego twórca opowie historię do końca to jeden z największych dramatów, jakie mogą spotkać fanów. Serwisy wideo na żądanie mają zaś to do siebie, iż bezlitośnie wyrzucają do kosza produkcje, których oglądalność uznają za niezadowalającą - za co przecież mogą winić samych siebie.

Wielokrotnie słyszeliśmy o zasadzie „trzech sezonów”, której mają hołdować platformy VOD, a ta zakłada, iż spadek oglądalności po 3. serii danej produkcji jest tak duży, że nie ma sensu ciągnąć danej opowieści dalej. Czasem zostawiają je zaś w połowie - bez satysfakcjonującego zakończenia.

Z perspektywy widza, który i tak miałby czekać latami na ten trzeci sezon, oglądanie drugiego nie ma sensu - skoro i tak zapomniał już, co było w pierwszym. Netflix i spółka swoją strategią zachęciły nas do tego, by poczekać, aż się dowiemy, czy dana historia dostanie finał, czy też nie.

Do tego warto jeszcze wspomnieć o tym, iż współczesne seriale bardzo często decydują się co rusz dawać nam cliffhangery tylko po to, by utrzymać naszą uwagę przed ekranem. Problem w tym, że mamy już dość takich zwrotów akcji, które nie doczekają się satysfakcjonującej konkluzji - instynktownie więc ich unikamy.

Czytaj inne nasze teksty poświęcone platformie Netflix:

To oczywiście błędne koło - widzowie czekają na informację, czy twórcy dostali przestrzeń na opowiedzenie historii do końca, a tymczasem przez to, że mało kto oglądał dane dzieło, osoby trzymające łapę na kasie decydują się wyciągnąć wtyczkę. I to jest naprawdę smutny obraz całego rynku VOD w 2026 r.

Quo vadis, Netflix et consortes?

Bezduszne korporacje, zachłyśnięte danymi analitycznymi z Excela i AI, nie chcą tworzyć sztuki, tylko zarabiać. Ja z kolei przestałem żywić nadzieję, iż garnitury podejmujące decyzje dotyczące branży rozrywkowej, odseparowane od problemów, bolączek i oczekiwań zwykłych ludzi, zrozumieją swoje błędy.

Smutno mi tylko, iż moje ulubione IP są w rękach firm, które na własne życzenie strzelają sobie w kolano tak, iż przy okazji ranią stopę, no ale przynajmniej to nie ja zbankrutuję w obliczu złych decyzji. Czego tym przebrzydłym krawaciarzom, co moje ulubione cykle wpędzają do grobu, serdeczne życzę.

Piotr Grabiec
Redaktor

Dziennikarz działu technologie. W Grupie Spider’s Web od 2012 r. W swoich tekstach skupia się na Apple’u, telekomunikacji i grach wideo. Jest też felietonistą Rozrywka.Blog, gdzie prowadzi cykl #Nerdcorner poświęcony komiksom, superbohaterom, Gwiezdnym wojnom i wszystkiemu innemu, co geekowe. Jako nastolatek pisał do czasopisma Bike Action i administrował jego forum, a w latach 2011-2016 współpracował z IDG Poland przy magazynie PC World. Odwiedza najważniejsze branżowe targi na całym świecie, wizytuje plany zdjęciowe i pojawia się jako ekspert w telewizji oraz w radiu. W wolnym czasie jeździ na rowerze i łapie Pokemony, a w sieci używa nicka pgkrzywy.