REKLAMA

Bogaci i martwi to film jakich mało. Tego się nie spodziewaliście

Życie od dawna potwierdza, że tworzenie satyr na bogatych i wpływowych ludzi to coraz rzadziej tania próba wyśmianie, a częściej samonapędzający się proces, praktycznie dokumentowanie ich odklejenia i głupoty. "Bogaci i martwi" mogli być kolejnym, zrobionym na to samo kopyto filmem, który mówi nam to co już wiemy. Mogli, ale na szczęście nie są.

OCENA :
7/10
bogaci i martwi recenzja

"Bogaci i martwi" przeszli długą drogę, by znaleźć się w polskich kinach. Zdjęcia do filmu rozpoczęły się jesienią 2024, we wrześniu ubiegłego roku został on pokazany w Toronto na tamtejszym festiwalu, by dopiero teraz doczekać się pełnej premiery. Sam pamiętam, że usłyszałem o dziele Romaina Gavrasa już jakiś czas temu, byłem ciekaw jej losów, a potem słuch o niej w pewnym sensie zaginął. Było to dziwniejsze o tyle, że gdyby oceniać filmy tylko po obsadzie, to Evans, Hayek, Cassel, Taylor-Joy, Malkovich oraz Charli XCX są naprawdę obiecująco prezentującym się gwiazdozbiorem. Papier przyjął te głośne nazwiska, a reżyser stworzył z tej mieszanki całkiem intrygujące danie.

Bogaci i martwi - recenzja. Być Chrystusem w obliczu ekozagłady

Mike Tyler (Chris Evans) to gwiazda kina. Nie ta z gatunku błyszczących - raczej z tych przebrzmiałych, których blask zakłóciły osobiste problemy i role poniżej swojego talentu. Okazją do powrotu aktora na salony jest odbywająca się w jednej z kopalni gala dobroczynna, która docelowo ma wspierać zmiany klimatu, a w rzeczywistości jest kolejnym spędem obrzydliwie bogatych przedstawicieli elit, którzy chcą poklepać się po pleckach i pokazać, jak bardzo troszczą się o przyszłość. W trakcie wydarzenia na scenę wkracza Joan (Anya Taylor-Joy), przedstawicielka radykalnej grupy, której celem jest powstrzymanie nadchodzącej zagłady Ziemi.

Komentarze społeczne to prawdopodobnie najpopularniejszy kierunek filmowych twórców w ostatnich latach. Ciężko się temu dziwić - żyjemy w świecie, który jest skazany na zagładę przez dzierżących polityczną i medialną władzę, krótkowzrocznych idiotów, skupionych na tym, by ich nazwisko zapisało się w historii, a to, w jaki sposób, jest drugorzędne. Natura jest wyzyskiwana i eksploatowana w taki sposób, że koncept wulkanu, którego erupcja może zabić cały ludzki gatunek, wcale nie wydaje się tak absurdalna. Nawet ci najgłupsi bogacze wiedzą, że zmiany klimatu są prawdziwe, ale dobrze wiemy, że nie szukają odpowiedzi na pytanie "jak uratować świat?", tylko "jak dorobić się na uratowaniu świata i postawić się w roli boga?"

Wbrew pozorom, film Romaina Gavrasa nie jest o tym. A przynajmniej nie tylko. Francusko-grecki reżyser należy do grona twórców, którym nie jest obce opowiadanie o niesprawiedliwości społecznej ("Athena" to dobry przykład), to również fachura na poziomie obrazu, doświadczony autor teledysków dla takich postaci jak M.I.A., Kanye West i Jay-Z. To widać, bo jeśli na poziomie scenariusza da się mieć zastrzeżenia, to pod kątem technicznym (zwłaszcza świetnie dopasowanej muzyki i pomysłowych zabiegów w scenografii i zdjęciach), mamy do czynienia z naprawdę solidną robotą.

"Bogaci i martwi" to zaledwie czwarty film Gavrasa, pierwszy na anglojęzycznym podwórku. Debiut ten wyszedł reżyserowi naprawdę solidnie, zwłaszcza, że nie ma tu mowy o klasycznie rozumianej satyrze na bogaczy. Może przez pierwsze 30-40 minut roztacza iluzję opowieści, którą znamy i słyszeliśmy już nieraz. Mimo tego, że "Bogaci i martwi" zasadniczo nie mówią nam niczego nowego na temat zepsucia klasy wyższej, jest w stworzonej przez Gavrasa (będącego też współscenarzystą) historii jakaś świeżość. Kierunki, które obiera fabuła nie zawsze są oczywiste, nierzadko można odnieść wrażenie, że film skręca w rejony absurdu czy improwizacji. A jednak twórca sprawia, że całość trzyma się w ryzach i pomimo mocnej zmiany tonu, ta historia miała moją uwagę od pierwszej do ostatniej minuty.

Anya Taylor-Joy - kadr z filmu "Bogaci i martwi"

Z ironicznego spojrzenia na pławiących się we własnej quasi-empatii bogaczy, Gavras przerzuca się na bardziej refleksyjne, choć zdecydowanie nie powolne tempem, okolice. Ten zwrot, który na papierze może wyglądać sztucznie, w rzeczywistości okazuje się strzałem w dziesiątkę, oddalającym widza od tego, czego się spodziewa. "Bogaci i martwi" stają się czymś na kształt surrealistycznej, osobistej podróży głównych bohaterów, zwłaszcza Mike'a i Joan. On, połamany życiowo i próbujący się odbudować pośród drapieżników, dostaje szanse na prawdziwe, choć zarazem brzmiące średnio realistycznie, odrodzenie. Ona stoi na czele rewolucji, ma wystarczający zapał, by ją zrealizować, ale to, co serwuje jej scenariusz, zdaje się wystawiać te przekonania na próbę - tym bardziej, że jest tak naprawdę nowicjuszką w swoim "fachu".

To ich relacja, rozwijająca się w równie szalony, co autentyczny sposób, okazuje się mechanizmem napędzającym film.

"Bogaci i martwi" wypadają udanie jako historia o poszukiwaniu sensu w (z różnych powodów) pozbawionej nadziei rzeczywistości, o racjonalizowaniu sobie i dorabianiu idei do czegoś, na co realnie ma się mniejszy wpływ, niż by się chciało. Film sprawdza się też jako dość krótka, ale wyraziście przemawiająca z ekranu, pozbawiona karykaturalnego krytyka, wymierzona w tych, którym potęga pieniądza przetrąciła kręgosłupy i zmieniła w sygnalizujących cnotę wielbicieli tandety. Przede wszystkim jednak sprawnie zadaje, zgodnie ze swoim anglojęzycznym tytułem, pytanie: czym w obliczu problemów dzisiejszego świata jest poświęcenie?

Całość czasem traci swój impet (zwłaszcza na poziomie backstory postaci), ale mimo tego sprawia, że widz koniec końców kupuje przedstawiony dylemat. Dzieje się to również dzięki obsadzie. Chris Evans już od jakiegoś czasu udanie odcina się od szufladki o nazwie Marvel, a pod skrzydłami Gavrasa znów udowadnia, jak świetnym jest aktorem. Łapie doskonały balans pomiędzy swego rodzaju żałosną aurą rozpaczliwie próbującego znów zaistnieć aktora a rzeczywiście złamanym facetem, który niespodziewanie hoduje sobie kręgosłup i poczucie prawdziwego, pożytecznego celu. Evans jest najjaśniejszym punktem tej obsady, a choć jego chemia z Anyą Taylor-Joy wypada naprawdę dobrze, aktorka raczej miała lepsze momenty, w swojej karierze, niż ten.

Obsadzenie tej aktorki w roli wręcz uduchowionej ekoterrorystki to dość łatwy casting. Taylor-Joy udaje się wydobyć niuanse z roli Joan, ale czy jest to występ lepszy, niż inne - szczerze wątpię. Vincent Cassel ma mniej do pogrania, ale jako alternatywna wersja Jeffa Bezosa (z niezłą Salmą Hayek w roli jego żony), lubiąca docinać postaci granej przez Evansa, wypada bardzo dobrze. Charli XCX znów jest paprotką, której nazwisko zostało wpisane do obsady z marketingowych przyczyn (choć przyznam, że jej epizod jest zabawny), a z dłuższą (i znacznie ciekawiej zarysowaną oraz zagraną) obecnością mamy do czynienia w przypadku zabawnej Ambiki Mod, dość odjechanego Johna Malkovicha, a także wyrazistych epizodów dostarczonych przez Yung Leana i Jade Croot.

Vincent Cassel i Salma Hayek - kadr z filmu "Bogaci i martwi"

"Bogaci i martwi" to film, który trzyma wiele srok za ogon. Te ambicje są godne pochwały, nawet jeśli nie zawsze udaje się je realizować. Romain Gavras często odjeżdża w niekoniecznie spodziewane, ale i tak wciągające rejony. Serwuje film, który może nie zrewolucjonizuje własnego gatunku, ale zdecydowanie nie jest kolejną bezbarwną, pozbawioną werwy historią o złych bogaczach robiących złe rzeczy. Jedno z najbardziej pozytywnych filmowych zaskoczeń ostatnich tygodni.

"Bogaci i martwi" są dostępni do obejrzenia w kinach.

Czytaj więcej na Spider's Web:

Adam Kudyba
Redaktor

W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.