REKLAMA

Dusił Hogana i złamał żebra Foleyowi. Legenda wrestlingu opowiada o swojej karierze

Udało nam się porozmawiać z legendą wrestlingu. Paul Wight opowiedział nam o swojej niesamowitej karierze. Jest w końcu człowiekiem, który zawsze wiedział jak zrobić show. A nawet Big Show.

paul wight big show aew wrestling wywiad co obejrzeć
REKLAMA

Paul Wight, znany niegdyś jako Big Show, to legenda wrestlingu. Swoją karierę rozpoczął jeszcze w latach 90. Od razu zrobił ogromne wrażenie. Nie mogło być inaczej, skoro ma 213 cm wzrostu. Ten olbrzym skradł serca fanów w federacji WCW, a potem stał się ważną częścią WWE. W międzyczasie zdążył też grywać w filmach, a Netflix dał mu własny sitcom - "Big Show i jego show". Obecnie jako komentator i ekspert związany jest z All Elite Wrestling (AEW), którego programy i gale można w naszym kraju oglądać na antenie Extreme Channel.

Na zaproszenie stacji Paul Wight wpadł jakiś czas temu do Polski, aby promować galę AEW: All In. Udało nam się wtedy z nim porozmawiać. Opowiedział nam co nieco o swojej legendarnej karierze, o tym, jakie jego zdaniem zaszły zmiany w branży i zapewnił, że jego największe osiągnięcia dopiero przed nim.

REKLAMA

Paul Wight - wywiad z legendą wrestlingu

Rafał Christ: Pamiętasz kiedy i w jakich okolicznościach zakochałeś się we wrestlingu?

Paul Wight: Pamiętam dokładnie. Byłem wtedy dzieckiem. Dorastałem w Karolinie Południowej, gdzie działała federacja Georgia Championship Wrestling. Był w niej taki gość, co się nazywał Tommy "Wildfire" Rich. Był on wtedy wielką gwiazdą i uwielbiałem każde jego promo [wypowiedź narracyjna – przyp. red.]. Co ciekawe, występował tam też Ric Flair, w którego promo też się zakochiwałem. Właściwie to wpadałem przez to w tarapaty w szkole, bo cytowałem wypowiedzi Flaira podczas gry w koszykówkę. Mówiłem: "jeśli chcesz być gościem, musisz pokonać gościa" ("To be the man, you've got to beat the man"). Nawet się nie spodziewałem, że lata później Ric będzie moim kumplem.

Karierę we wrestlingu rozpocząłeś w połowie lat 90. od feudu z Hulkiem Hoganem. Popraw mnie jeśli się mylę, ale dwudzistoparolatkowie raczej nie dostawali takich szans.

Na pewno nie. Szczególnie jeśli nie mieli doświadczenia. Dzisiaj dochodzę do wniosku, że Hulk był szalony. Wtedy jednak tyle co przeszedł do WCW i razem z Randym Savagem szukali dla niego przeciwników. A on słynął z walk z gigantami, jednoosobowymi armiami i wielkimi bossami, niekoniecznie powszechnie znanymi. Nadawałem się więc idealnie. I z jednej strony była to ogromna szansa, ale z drugiej – zdawałem sobie sprawę, że może to być też jeden strzał. Gdybym nie dowiózł, albo jednak nie miał talentu, skończyłoby się na jednej walce. Hulk by mnie pokonał i moja kariera by się skończyła. Byłem przecież taki młody i nieopierzony. Nic nie wiedziałem, a trafiłem do grona gwiazd, które oglądałem w telewizji. Tam prócz Hogana i Savage'a był jeszcze Lex Luger i Sting, każdy co najmniej 14-15 lat starszy ode mnie, przez co czułem się jak taki głupkowaty młodszy brat, który lata dookoła i się wszystkich czepia. Na szczęście promotorzy dostrzegli we mnie potencjał i pozwolili mi zrobić w tej branży karierę. Dzięki temu mogłem później grać w karty ze Stingiem, ćwiczyć na siłowni z Hulkiem i Savage'em, a nawet jeździć wypożyczonym autem z Flairem. Przeszedłem niesamowitą drogę, bo kiedyś byłem najmłodszym w szatni, a teraz stałem się tym najstarszym.

Jak sam wspominasz, już na początku swojej kariery walczyłeś z prawdziwymi legendami wrestlingu. Czy ktoś cię szczególnie onieśmielał albo sprawiał, że czułeś wyjątkową presję?

Już przy pierwszej walce! Byłem przerażony. Wyobraź sobie: jedna z największych gal WCW, a ja walczę z Hulkiem Hoganem. Sprowadziłem go do narożnika i nie wiedziałem, co mam robić. Przeszedłem tylko krótki trening, w trakcie którego nie doszliśmy nawet do ofensywy w narożniku. Mózg mi się wyłączył. Byłem wręcz przekonany, że moja kariera właśnie dobiegła końca. Aż w końcu Hulk złapał mnie za rękę i zaczął krzyczeć: "nie! Nie duś mnie!". O! – dotarło do mnie. – Właśnie to mogę zrobić. I się udało. Tak to działało przez całą walkę. Musiałem tylko słuchać Hogana, a to było całkiem proste. Wiedział kim jest i czego ode mnie oczekuje, przez co bardzo łatwo się z nim współpracowało.

REKLAMA

Później sam stałeś się gwiazdą i walczyłeś z młodszymi zawodnikami. Czy czułeś, że musisz im pomóc? Być dla nich mentorem?

W 100 procentach. Musiałem przejść przez wszystkie etapy. Dużo się nauczyłem od Undertakera, Steve'a "Stone Cold" Austina, Hogana, Flaira, Stinga i tych wszystkich legend. Gdy do gry weszli Rusev, Roman Reigns, John Cena czy Brock Lesnar, byłem już doświadczonym zawodnikiem. Wiedziałem, że muszę im pomóc. Chciałem być dla nich dobrym przeciwnikiem, żeby zrozumieli, jak uczynić dane starcie lepszym. Co sprawia, że ja wypadam dobrze? Co sprawia, że oni wypadają dobrze? Co sprawia, że wszyscy są zadowoleni? Bo ja to już wiedziałem. Mogłem im przekazać choć część tego, czego nauczyłem się od swoich mentorów. Taki jest cykl w tej branży. Chcesz zostawić ją lepszą niż zastałeś.

Działasz w tej branży od ponad 30 lat. Zauważasz jakieś zmiany?

Zmian jest wiele i widać je już na najbardziej podstawowym poziomie. Obecnie jest więcej młodych, którzy przy okazji są znacznie bardziej wysportowani. Kiedy ja zaczynałem wszyscy byli starsi i dużo, dużo, dużo bardziej doświadczeni. Zarówno mężczyźni jak i kobiety byli twardzielami, ciągle walczącymi o swoją reputację i dobre imię. Nigdy nie wychodzili z roli. Zawsze zachowywali się tak, jak swoje postacie. Dla nich to był biznes. Ciągle pytali, ile osób kupiło bilet, ile koszulek się sprzedało. Interesowały ich liczby. Teraz młodzi nie są już tak poważni. Okazują entuzjazm, ekscytują się. Bo najbardziej zmienił się sposób promocji. Obecnie każdy wie, że wrestling jest rozrywką. Młodzi zawodnicy nie mają więc problemu z pokazywaniem ludziom kulis całej branży i potrafią rozdzielić sferę zawodową od prywatnej. Mówią wprost: to moja postać w telewizji, a taki jestem, kiedy kamery się wyłączają.

REKLAMA

W dobie mediów społecznościowych jest im co prawda znacznie łatwiej wyrobić sobie markę, ale nie mają przy tym miejsca na błędy. Kiedyś było więcej opcji. Jak gdzieś coś nie wyszło, można było pójść gdzie indziej i wciąż osiągnąć sukces. Teraz jest znacznie mniej takich możliwości, a co za tym idzie drastycznie skrócił się czas na naukę. Najmniejszy nawet błąd bywa brzemienny w skutkach, bo mnóstwo portali się o nim rozpisuje, komentuje i ocenia. Zawsze powtarzam młodym, żeby nie wierzyli we wszystko, co ktoś napisze na ich temat. Trzeba znaleźć medium, kilkoro osób, którym się zaufa i ich rzeczywiście słuchać, kiedy cię konstruktywnie krytykują. Trzeba próbować się tego trzymać i ciągle stawać się lepszym, ale pamiętać przy tym, kim się jest. Teraz jest to trudniejsze, bo jesteśmy narażeni na więcej zewnętrznych bodźców.

Byłeś w WCW, WWE, a teraz jesteś w AEW. Co ta federacja robi inaczej niż pozostałe?

W WWE filozofia była jasna: trzeba robić to, co najlepsze dla firmy. Firma, firma, firma. Przez wiele lat zrzucano na nas ogrom obowiązków. Pracowaliśmy po pięć dni w tygodniu przez ponad dwadzieścia lat i co osiem tygodni ruszaliśmy w trasę międzynarodową. Nie było wolnego, nie było świąt. To była część tej pracy. Od tamtej pory branża ewoluowała. Teraz w AEW robimy nasze cotygodniowe programy i jeździmy trochę po świecie, ale zawodnicy mają nieco oddechu. Mogą robić też inne rzeczy. Mogą wziąć wolne, grać w filmach, serialach, czy innych tego typu rzeczach. Czerpią profity z pracy w dużej firmie, ale nie mają ograniczeń, które narzucają inne duże firmy. Mogą budować własną markę, zyskiwać popularność i otwierać się na inne możliwości. A jest ich więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Kiedyś wszystko było z góry ustalone. Trudno było się przebić. Dostawało się rolę i trzeba było ją odgrywać, znać swoje miejsce w hierarchii. Patrząc na AEW widzę natomiast, że każdy, kto przekracza te drzwi ma mnóstwo możliwości. To dobrze dla młodych.

Dużo mówisz o młodych zawodnikach, więc daj mi konkrety. Kto według ciebie jest najlepszy w AEW?

REKLAMA

Z tych najmłodszych na pewno Nick Wayne. To jeszcze dzieciak, ledwo skończył 21 lat. Jest wrestlerem trzeciej generacji i ciężko pracuje. Ma odpowiednie gabaryty, dobrze wygląda i jest bardzo wysportowany. Z tych, co już mają wyrobione nazwisko, to Will Ospreay. On jest tak dobry, że to wręcz niepoważne. Jest przy tym strasznie miły i ciągle się uśmiecha. Jeśli mówimy o babyface'ach [pozytywne postacie - przyp. red.] w tradycyjnym rozumieniu, to właśnie Will. Patrzysz na niego i od razu go lubisz. Widać po nim, że ciężko pracuje i rozumie, o co w tym wszystkim chodzi. Tak jak MJF. On też to łapie, tylko nie chcesz tego przyznać.

Uwielbiam nienawidzić MJF-a.

Jest świetny. To oldschoolowy heel [czarny charakter - przyp. red.]. Jak Roddy Piper, gdy się go nienawidziło. Za każdym razem, gdy otwiera usta, chce się mu przyłożyć. "Stary, zapewniasz mi rozrywkę, ale cię nie cierpię, mam nadzieję, że ktoś skopie ci tyłek". Jest po prostu niesamowity na mikrofonie. Udaje największego i najbardziej aroganckiego skurczybyka w tej branży, aż czasami się zastanawiasz, czy on tak na serio. Jest bardzo ciężko pracującym młodym człowiekiem i uważam, że jest niesamowity. Ma szansę stać się wielką światową gwiazdą, o ile wytrzyma kolejne 20 lat. To jest prawdziwy test. Masz mnóstwo osób, które robią szum przez cztery czy pięć lat, a potem znikają i nigdy o nich nie słyszysz. Nie sposób przewidzieć, kto wytrzyma dłużej i będzie na szczycie przez kilkanaście, a nawet dwadzieścia parę lat.

REKLAMA

No dobra, ale na pewno masz swoje typy, kto może być przyszłością tej branży.

REKLAMA

Nie przewidzisz tego. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, kto będzie kolejnym Johnem Ceną, bo tego nie wiadomo. Możemy tylko patrzeć na to, co się dzieje i stwierdzić, że zmierzamy w dobrym kierunku. Nie ma jednej formuły ani zasady, bo wszystko zależy od tego, kto załapie kontakt z publicznością. To fani decydują, kto staje się gwiazdą. Trzeba więc wykorzystać szansę, jaką się dostaje czy to w telewizji czy na galach. Sprawić, żeby ludzie cię pokochali albo znienawidzili. We wszystkich federacjach widzę obecnie mnóstwo młodych ludzi z potencjałem i czekam, komu się to uda. Kto tak naprawdę porwie publiczność.

Paul Walter Hauser mówił jakiś czas temu, że zagra Micka Foleya w jego serialowej biografii. A gdyby miała powstać twoja biografia, kto mógłby cię zagrać?

Peter Dinklage! Jest świetnym aktorem, to mogłoby się udać. Ale na poważnie to nie wiem. Nie wydaje mi się, żebym zrobił coś, co jest warte takiego udokumentowania. Nie jestem jednym z tych wrestlerów, którzy wszystkie swoje tytuły mają wywieszone na ścianach, a figurki poustawiane w gablotach na widoku. Skupiam się raczej na tym, co dzieje się dzisiaj i co może zdarzyć się jutro. Nawet nie myślę o własnej biografii. Mick Foley całkowicie zmienił hardcore wrestling, jest niesamowity. Pamiętam, jak złamałem mu dwa żebra. Wymyślił, że będzie mnie dusił, a ja zahaczę jego nogami o jego nogi i razem z nim na plecach padnę na matę. Powiedział, że wstrzyma oddech i nic mu nie będzie. Gdy tylko to zrobiliśmy, usłyszałem trzask i jęk bólu. Pomyślałem: "świetnie, zabiłem Micka Foleya". To jest prawdziwa legenda, o której można zrobić ciekawy serial. Paul Wight? Nie wiem, chyba nie aż tak.

No ale osiągnąłeś sukces we wrestlingu, grałeś w filmach i masz własny serial na Netfliksie.

No tak, odniosłem jakieś sukcesy i dobrze się bawiłem. Ale jeszcze nie skończyłem. Ludzie mówią mi, że powinienem napisać książkę, a ja na to, że przecież nic ciekawego do tej pory nie zrobiłem. Są rzeczy, które jeszcze chcę zrobić. Jestem marzycielem. Szukam czegoś, co będzie moim największym osiągnięciem, czym będę mógł się pochwalić. To mogą być walki, może być komentowanie, może nawet być granie w filmach i serialach. Niczego nie wykluczam. Lubię ten głód sukcesu, który mnie napędza. Wydaje mi się, że gdy zaczynasz myśleć o biografiach, książkach i całej reszcie, to znaczy, że twoja historia dobiegła końca. A ja nie sądzę, żeby moja się skończyła. Wciąż dobrze się bawię.

Premierowe odcinki programów AEW obejrzysz na Extreme Channel w każdy wtorek ("AEW Collision") i sobotę ("AEW Dynamite") o 20:00.

Obserwuj nas w Google Discover
REKLAMA

Więcej o wrestlingu poczytasz na Spider's Web:

REKLAMA
Rafał Christ
Redaktor

W serwisie Rozrywka.Blog zajmuje się przede wszystkim filmem. Jest miłośnikiem kina gatunkowego. Kiedy nie ogląda naparzających się superbohaterów Marvela, to prawdopodobnie rozpływa się nad eksploatacyjną obskurą. Poza tym jego teksty można znaleźć m.in. w „Kinie”, „Netfilmie” czy „Magazynie filmowym”. Jest współautorem monografii „Europejskie kino gatunków 2” i leksykonu „1000 filmów, które tworzą historię kina”. Zdarzyło mu się też publikować opowiadania. Znajdziecie je m.in. w antologiach „Mapa Cieni” i „Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2020. Tom 2”.

REKLAMA
REKLAMA