Lubimy teorie spiskowe, nie ma się co oszukiwać. Nawet wówczas, gdy są kompletnie niewiarygodne i szyte nićmi grubymi jak lina cumownicza, niosą ze sobą pewną dawkę ekscytacji i podniecenia. „A gdyby tak było naprawdę?”; „A jeśli to faktycznie się zdarzyło” – pytania kłębią się w naszych głowach i nie ma znaczenia, że w istocie wcale w to nie wierzymy. A skoro tak, to lubimy też filmy o teoriach spiskowych, zwłaszcza zrealizowane tak dobrze, jak „Stan Gry”.
Remake z 2007, w przeciwieństwie do wielu innych przeróbek klasyków, nie stawia przed sobą zadania przemodelowania oryginału do tego stopnia, że staje się nierozpoznawalny. W sumie, jedyna poważna zmiana w fabule dotyczy samego zakończenia. Dostajemy… lepszą wersję pierwowzoru. Praca kamery i montaż zostały uaktualnione, a sposób budowania relacji między bohaterami nie jest już tak naiwny, jak było niegdyś. Dzieło nakręcone przez Jamesa Mangolda nie robi nic szczególnie oryginalnego, nie poraża innością, czy też nie odtrąca miłośników oryginału.. Pomyślałbyś, że twórcy próbowaliby zwiększyć przemoc i brutalność w tej – i tak już zaskakująco dorosłej historii. Ale prawda jest taka, że w obliczu wielu innych, współczesnych Westernów, 3:10 do Yumy z 2007 wydaje się odświeżająco lekka.