Netflix zmarnował szansę na film, który mógłby wzruszyć widzów i zapaść im w pamięć. Zamiast tego twórcy najpopularniejszego obecnie tytułu w serwisie totalnie odlecieli, serwując subskrybentom coś na kształt produkcji Tylera Perry'ego. Podpowiem tylko, że to nie jest dobry znak.

Spodziewałam się, że "Aż po kres" będzie dramatem, który bardzo mnie wzruszy. Mało tego, byłam przekonana, że subskrybenci Netfliksa mieli rację, oglądając ten film na potęgę, dzięki czemu uplasował się na samym szczycie najpopularniejszych produkcji serwisu. Początek bardzo mnie wciągnął. Kiedy jednak planowałam już, co dobrego na jego temat napiszę, w pewnym momencie czar prysł. Z każdą kolejną absurdalną sceną nie mogłam oprzeć się porównaniu, że wygląda on jak "dzieło" Tylera Perry'ego.
Aż po kres - opinia o filmie na Netflix
Rok temu na Netfliksie pojawił się film "Ostatnia kropla" w reżyserii Tylera Perry'ego. Opowiadał on o kobiecie, która przeżywa najgorszy dzień swojego życia - po tym gdy jej córka zostaje odebrana przez opiekę społeczną, zostaje ona zwolniona z pracy, a następnie eksmitowana. Fabuła jest przesycona dramatycznymi wydarzeniami - każde kolejne jest coraz bardziej absurdalne - przez co nie ma przestrzeni na to, by współczuć głównej bohaterce. Dziwnie się czułam, oglądając tę produkcję, a podobne odczucia wróciły, kiedy zasiadłam przed ekran, by obejrzeć "Aż po kres".
Fabuła filmu skupia się na Jadzie (Nawell Madani), trenerce boksu, która wraz z mężem Paulem (Guillaume Gouix) stara się o dziecko. Żmudne próby sprawiają, że Jada oddala się Paula, a kiedy ostatecznie udaje jej się zajść w ciążę, to właśnie głównie ona opiekuje się swoim synem Noą (Paul Foure). Nie jest jej jednak dane długo cieszyć się macierzyństwem. Po kilku latach dowiaduje się, że Noa choruje na białaczkę i potrzebuje przeszczepu szpiku, aby przeżyć. Okazuje się jednak, że rokowania chłopca nie są dobre, dlatego Jada postanawia zrobić wszystko, by uratować syna. Uznaje zatem, że świetnym pomysłem będzie wzięcie na zakładników pracowników szpitala.
Wszystkie absurdalne sceny wydarzyły się w drugiej połowie filmu. Bardzo nad tym ubolewam, bo naprawdę miałam nadzieję, że "Aż po kres" będzie ciepłą i wzruszającą opowieścią o chorobie dziecka, które skupia się również na innych aspektach, jak na przykład relacje rodziców w trudnej sytuacji, kiedy muszą odłożyć konflikt na bok i skupić się na dobru dziecka, czy też na samych dzieciach w szpitalu, które nawiązują przyjaźnie (swoją drogą ładne to były momenty). Tymczasem wyglądało to tak, jakby w połowie twórcy, Ludovic Colbeau-Justin i Nawell Madani, zmienili zdanie i postanowili, że nie będzie to dramat, a thriller. Moim zdaniem strzał w stopę.
Na tym polega problem "Aż po kres" - chce być jednocześnie poruszającym dramatem i trzymającym w napięciu thrillerem. Taki zabieg nie jest oczywiście niemożliwy, ale tutaj nie wyszło. Te dwie historie się nie przeplatają - po bardzo obiecującym początku następuje cięcie i rozpoczyna się absurdalny thriller, przez co trudno jest brać ten film na poważnie. Szkoda, że historia poszła w tę stronę. W przeciwnym razie Netflix mógłby mieć w swojej bibliotece wzruszającą produkcję, która mogłaby poruszyć serca subskrybentów.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Ile kosztuje Netflix w 2026 roku? Cena, promocje i plany
- Netflix: najlepsze seriale w historii serwisu. TOP 30 świetnych produkcji
- Najlepsze komedie w serwisie Netflix. Wybieramy TOP 25 tytułów
- Netflix szuka słabego punktu swoich seriali. Widzowie nie wytrzymują
- Prezent od Netfliksa. Wreszcie poznamy finał jednego z najlepszych seriali w ofercie
Absolwentka studiów dziennikarskich. Robi to, co lubi, czyli pisze – o serialach i filmach. Miłośniczka kryminałów tych na ekranie i na papierze. W słuchawkach raczej rap, ale często też metal. Na co dzień poukładana, chociaż często zdarza jej się nabałaganić w słowach. Zakochana w Norwegii, dobrej, czarnej kawie i świeczkach z Pepco. Uwielbia rozmawiać i słuchać ludzi, dlatego marzy jej się napisanie reportażu, tylko jeszcze nie wie, o czym.