Zach Cragger dostarcza nam najlepszą adaptację "Resident Evil". Choć tryhardem wiernych adaptacji się przy tym nie okazuje, potrafi sprawić frajdę na miarę nocki spędzonej z padem.

Zach Cregger ewidentnie jest fanem "Resident Evil". Wie, na czym polega idea gier, więc nie próbuje jej przetransformować w bezmyślne, a wręcz idiotycznie przeszarżowane akcyjniaki, jak to zrobił Paul W.S. Anderson. Nie znaczy to jednak, że wzorem Johannesa Robertsa i jego "Raccoon City" próbuje zmieścić w jednym filmie jak najwięcej znanych z oryginałów wątków. Ba! Fabuły pierwowzorów mało go interesują. Skupia się bowiem przede wszystkim na tym, żeby dostarczyć nam dobry horror.
Używanie określenia "adaptacja" w kontekście nowego "Resident Evil" może być nadużyciem. Creggera bardziej niż sama gra zajmuje doświadczenie grania. Wiecie, to, kiedy siadamy z padem w rękach, żeby poprowadzić świetnie wyszkolonych i kozackich bohaterów, podczas gdy sami jesteśmy boleśnie przeciętni. Bardziej niż Chrisa, Jill czy Leona przypominamy Bryana - zwykłego gościa, który zamiast wyrabiać nadgodziny w pracy wolałby siedzieć w domu i grać w gry. Pech jednak chce, że jest kurierem medycznym i nie może odmówić, kiedy ktoś proponuje mu sowite wynagrodzenie za dostarczenie jednego pakunku do Raccoon City. Wtedy zaczyna się jego droga od zera do bohatera.
Resident Evil - recenzja nowego horroru
Po drodze do Raccoon City główny bohater potrąca kobietę, która jakoś go maca zakrwawionymi rękami. Sugestie jednak do niego nie trafiają, przez co zaraz stanie twarzą w twarz z psem rodem z wyobraźni H.P. Lovecrafta. Bo Cregger bierze pierwszego lepszego gościa z lekką nadwagą i stawia go w sytuacji rodem z gry wideo. Kamera Dariusza Wolskiego lubi więc naśladować widok z trzeciej osoby, zaglądając mu przez ramię kiedy wyciąga broń i przemierza opustoszały dom i miasto po apokalipsie.
Na tym ta cała zabawa polega. Bryan przechodzi od lokacji do lokacji, z czego każda kojarzy się z grami. W pokoju z maszyną do napisania co prawda nie da się zapisać postępów, ale strzelba znaleziona na ścianie opustoszałego domu na pewno się przyda w starciu z dziewczynką, której ze stóp wyłażą macki. Główny bohater po prostu znajduje coraz lepsze uzbrojenie, chwyta za naboje, gdy tylko wpadną mu w ręce i staje naprzeciwko kolejnych zmutowanych przeciwników. Jednego dziwniejszego od drugiego.
Nie są to potwory znane z gier, a raczej nimi inspirowane. Jak tłumaczy wyskakujący niczym w cutscence (i jak w cutscenkach płaski) naukowiec Umbrelli, przypadkowo uwolniony wirus sprawia, że ludzie ewoluują do swojej finalnej formy. Czyli czułkami mogą wchłaniać kolejne osoby i się z nimi toczyć bądź skakać z dachu, aby rozplaskać się tuż pod nogami naszego bohatera. Istna komedia. Tego należało się spodziewać. Cregger to zabawny facet. Zaczynał od komedii, a nawet kiedy przerzucił się na horrory, nie stracił poczucia humoru.
Cregger jak zwykle komedię przemienia w totalny koszmar. Tylko tym razem nie chowa się gimmickami - gatunkową woltą w połowie ("Barbarzyńcy") czy mozaikową narracją ("Zniknięcia"). "Resident Evil" okazuje się wyjątkowo spójny fabularnie. Od początku do końca dostajemy opowieść o facecie, który boi się ojcostwa, a na jego barki spadają losy świata. On i tylko on jest przez cały film najważniejszy, ale reżyser nigdy nie każe mu nachalnie przepracowywać strachu przed rodzicielstwem, ani zbytnio przejmować się ewentualną apokalipsą. Wszystko utrzymane jest w lekkim humorystycznym tonie, choć podlane hektolitrami krwi.
Cregger stawia na eskalację horroru mnożąc coraz to groźniejszych przeciwników napotykanych w sytuacjach bez wyjścia. Włącza przy tym tryb hardcore'wy, przez co groza wzrasta tak bardzo, że żeby ją rozładować, główny bohater musi nakierować głowę rzygającego kwasem mutanta na innego potwora. Ash Williams mógłby zrobić coś takiego, bo ta mieszanka grozy i komedii urasta do tego samego kalibru, co w "Martwym źle 2". Dostajemy krwawą i obrzydliwą kreskówkę dla dorosłych.
Być może lekkość i humor sprawia, że opowieść nie ma odpowiedniego ciężaru i trudno odbierać go na poważnie. Ale co z tego, skoro osobista stawka głównego bohatera wyrażana jest przez hordę zmutowanych i wściekłych niemowląt. Nowe "Resident Evil" to czysta rozrywka - rollercoaster krwawych atrakcji, który powinien sprawić, że nawet najbardziej zagorzali fani gier nie będą narzekać na brak zgodności z oryginałem. Bo Zach Cregger nie tyle adaptuje pierwowzory, co robi film Zacha Creggera osadzony w ich świecie. I z tego właśnie względu w żadnym momencie nie sposób przewidzieć, co reżyser przygotował dla nas w kolejnej scenie. A coś takiego odwalić, to jak trafić headshota ostatnim nabojem.
Premiera "Resident Evil" 18 września w kinach.
Więcej o "Resident Evil" poczytasz na Spider's Web:
W serwisie Rozrywka.Blog zajmuje się przede wszystkim filmem. Jest miłośnikiem kina gatunkowego. Kiedy nie ogląda naparzających się superbohaterów Marvela, to prawdopodobnie rozpływa się nad eksploatacyjną obskurą. Poza tym jego teksty można znaleźć m.in. w „Kinie”, „Netfilmie” czy „Magazynie filmowym”. Jest współautorem monografii „Europejskie kino gatunków 2” i leksykonu „1000 filmów, które tworzą historię kina”. Zdarzyło mu się też publikować opowiadania. Znajdziecie je m.in. w antologiach „Mapa Cieni” i „Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2020. Tom 2”.