Z Adasiem Miauczyńskim po raz pierwszy spotykamy się w „Domu Wariatów” z 1984 r. W zasadzie jest to jeden z najcięższych w odbiorze filmów Koterskiego. Zdawkowe dialogi, minimalistyczna gra aktorska, surrealistyczny klimat, schizofreniczna postać odgrywana przez Marka Kondrata, który po latach powróci do jednej ze swych pierwszych, „dorosłych” ról, zastępując Dom Wariatów Dniem Świra. Miauczyński powraca do domu rodzinnego po to, by spotkać się z wyobcowaniem, samotnością wśród ludzi, we własnej rodzinie, której członkowie przewijają się niczym majaki we śnie. Dom Wariatów ma swoje drugie dno zawarte w zakończeniu, ale bądźmy szczerzy, filmy tego typu można kochać lub nienawidzić. Podnoszenie rangi danego dzieła ze względu na osobę twórcy jest nie na miejscu i stąd też napiszę wprost: tylko dla fanów statycznych i pozbawionych jakiejkolwiek akcji przedstawień Teatru Telewizji Polskiej. Ten film jest po prostu męczący w odbiorze, niczym Inland Empire odrobinę chory w swej monotonności, całkowicie inny od dalszych, tragikomicznych perypetii Adama M.