Matt Johnson przygotował dla widzów popisową biografię słynnego kucharza. Aczkolwiek wydaje się dziwna. Jak na opowieść o Anthonym Bourdainie zaskakująco mało jest w niej o jedzeniu. Wciąż jednak "Tony" smakuje wyśmienicie.

W kinie jedzenie nie jest tylko jedzeniem. Stało się wdzięczną metaforą lęków i obaw społecznych. Dlatego w "Wielkim żarciu" daje wyraz niepohamowanemu konsumcjonizmowi. W znacznie nowszym "Menu" wykwitntne potrawy zmieniają się w symbol snobizmu i zadzieranie nosa klasy wyższej. Gdzieś w międzyczasie w "Salo, czyli 120 dniach Sodomy"... ech, nieważne, sami sprawdźcie. Chodzi o to, że w "Tonym" Matt Johnson ma wszelkie powody, aby dorzucić swoją cegiełkę do regularnie serwowanych nam kulinarnych alegorii.
W końcu "Tony" to biografia Anthony'ego Bourdaina - słynnego szefa kuchni, który wokół jedzenia zbudował całą filozofię. Posiłki nie były dla niego po prostu pożywieniem, a przyczynkiem do rozmowy o kulturze, polityce czy historii. Łatwo więc sobie wyobrazić pokusę, żeby opowiedzieć o jego życiu poprzez pryzmat krwistych lub dobrze wypieczonych metafor. Johnsonowi udaje się jej oprzeć. Interesuje go bowiem Bourdain zanim stał się rozchwytywanym szefem kuchni, a był jedynie krnąbrnym dzieciakiem.
Tony - recenzja biografii
Bourdain sam przyznawał w wywiadzie, że był gnojkiem, który zasłużył na skopanie tyłka. Ten jego cytat o samym sobie otwiera "Tony'ego". Chwilę później rzeczywiście poznajemy głównego bohatera jako aroganckiego i zarozumiałego 19-latka. Właśnie zaczyna się lato 1975 roku, a on wymądrza się i opowiada wszystkim jak to zostanie słynnym pisarzem, bo udało mu się wcisnąć kit komisji przyznającej stypendium na pisanie książki. Pieniędzy nie dostaje, więc wcale nie wybiera się do Nowego Jorku, żeby spełniać marzenia. Zamiast tego rusza do dziury w Massachusetss, gdzie ma nadzieję zdobyć serce Nancy - koleżanki z liceum.
Jeśli po tym opisie wydaje wam się, że macie do czynienia z kolejnym filmem coming of age, to dobrze wam się wydaje. To jest właśnie ta konwencja, która najbardziej interesuje Johnsona. Niepostrzeżenie daje o tym znać już na samym początku. Jest bowiem świetny w wyznaczaniu granic dla swoich bohaterów. W "BlackBerry" zrobiony w Chinach szumiący interkom stał się symbolem technologicznej tandety, czymś, czego Mike i Doug nie zamierzają nigdy produkować, choć właśnie w tym kierunku stopniowo zmierzają. W "Tonym" reżyser stosuje analogiczny zabieg, tym razem posiłkując się samym imieniem. Gdy komisja przyznająca stypendium zwraca się do Bourdaina per "Anthony", on stwierdza, że tak nazywa go tylko matka. On jest Tony. I wtedy już wiadomo: musi dojrzeć, żeby stać się Anthonym.
Tony przechodzi bardzo wyboistą drogę, bo Nancy oczywiście ma chłopaka. Mimo to główny bohater, zaplątany w sieci własnych kłamstw, postanawia zostać w Provincetown, gdzie poznaje właściciela niezbyt eleganckiego lokalu. Jose daje mu pracę, choć chłopak nawet patelni nie potrafi trzymać tak, żeby się nie poparzyć. I nawet kiedy jest w kuchni w towarzystwie tych wszystkich homarów, ryb i dziwacznej zupy, Johnson nie próbuje robić z jedzenia czegoś więcej. Jedynie otwieranie ostryg staje się dla niego sposobem na podryw. Skojarzenie proste jak - nie przymierzając - bułka z masłem.
Bo Johnsonowi nie zależy na oryginalności. Raczej lubuje się w kliszach.
A jakby tego było mało, nieraz je podkreśla. Dlatego przedstawia nam nad wyraz imprezowego Sala, którego Jose nazywa "zjadaczem grzechów" - człowiekiem biorącym na siebie grzechy innych. Grający go Leo Woodall kradnie całe show, kiedy ciśnie wszystkim bajerę i wprowadza Tony'ego w świat używek. Wcielającego się w główną rolę Dominica Sessę czy starego wyjadacza Antoniego Banderasa zjada wtedy na śniadanie.
Żeby nie było: Sessa kreuje bardzo intrygującą i skomplikowaną postać. Rzeczywiście jest gnojkiem, któremu chciałoby się skopać tyłek, a jednocześnie swoją delikatnością zdobywa naszą sympatię. Tak samo Banderas - choć przez większość czasu zachowuje się jak stoicki mędrzec, może się też pochwalić wyjątkowym komediowym timingiem. Mimo to w Woodallu jest najwięcej niuansów. Zawadiacką miną, smutnym uśmiechem i zaszklonymi oczami nadaje Salowi tragicznego wymiaru. Bo to właśnie nie w fabule, a w takich szczegółach tkwi siła "Tony'ego".
O ile Johnson powtarza zgnitą konwencję filmu młodzieżowego, o tyle nadaje jej świeżości poprzez formę. Stosuje przy tym proste zabiegi stylizacyjne. Lato w obiektywie kamery Michaela Baumana staje się ostatnim takim latem - gorącym i nostalgicznym, bo pokazanym w odrealniającym słonecznym świetle. To na zewnątrz. We wnętrzach barwy są przygaszone i przeważa w nich brąz, co nadaje filmowi ciekawego kontrastu. I to przyprawione o parę hitów z epoki, które lecą z głośników, wystarcza, aby zbudować uwodzący klimat lat 70.
"Tony" staje się przez to filmem, w który wchodzi się jak nóż w masło. Jego świat pochłania i pieści oczy, podczas gdy fabuła zapewnia przyjemnie znajomy smak. Bo Johnson potrafi opowiadać historie. Może nie szarżuje, ani nie popisuje się brawurą jak we wspomnianym "BlackBerry", ale wciąż podaje nam dobrze wysmażoną biografię. Smakuje tak dobrze, że zmieściłaby się jeszcze dokładka.
Premiera filmu "Tony": 4 września w kinach.
Więcej o filmach poczytasz na Spider's Web:
W serwisie Rozrywka.Blog zajmuje się przede wszystkim filmem. Jest miłośnikiem kina gatunkowego. Kiedy nie ogląda naparzających się superbohaterów Marvela, to prawdopodobnie rozpływa się nad eksploatacyjną obskurą. Poza tym jego teksty można znaleźć m.in. w „Kinie”, „Netfilmie” czy „Magazynie filmowym”. Jest współautorem monografii „Europejskie kino gatunków 2” i leksykonu „1000 filmów, które tworzą historię kina”. Zdarzyło mu się też publikować opowiadania. Znajdziecie je m.in. w antologiach „Mapa Cieni” i „Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2020. Tom 2”.