"Gwiazdozbiór Psa" nie ma łatwego życia. Krytycy i widzowie dość mocno przejechali się po najnowszym filmie Ridleya Scotta, twierdząc, że legendarny reżyser wciąż nie potrafi wyrwać się z doliny twórczej przeciętności. Po obejrzeniu tej produkcji twierdzę, że ta teza nie może być bardziej daleka od prawdy, niż jest.

Zagrajmy w otwarte karty: Ridley Scott na poziomie formy nie przypomina już tak bardzo siebie sprzed dziesiątek lat. Jego dorobek z ostatnich kilku, kilkunastu lat, to filmy niewątpliwie ambitne, niewątpliwie zrealizowane na wysokim poziomie, ale całościowo - dalekie od dorastania do pięt najlepszym dziełom reżysera, takim jak "Obcy", "Gladiator", "Helikopter w ogniu", "Łowca androidów" czy "Thelma i Louise". Aktualnie Scott ma 89 lat i siłą rzeczy ma mniej niż więcej czasu na kolejne przedsięwzięcia. Kierunek, który obiera w "Gwiazdozbiorze Psa", swoim najnowszym filmie, wciąż nie jest idealny, ale zdecydowanie solidny i godny uwagi.
Gwiazdozbiór Psa jest lepszy, niż wszyscy mówią. Nie zgadzam się ze złymi opiniami
Akcja filmu rozgrywa się w 2035 roku. Hig (Jacob Elordi) to młody mężczyzna, którego życie było satysfakcjonujące - miał żonę, dziecko w drodze, ukochanego psa, wiązał koniec z końcem i cieszył się codziennością u boku najbliższych. Świat jednak został wyniszczony przez zabójczego wirusa. Od dłuższego czasu codzienność ocalałego Higa wypełniają zwiadowcze loty, wyprawy po zapasy, towarzystwo czworonoga Jaspera oraz Bangleya (Josh Brolin), byłego żołnierza. Gdy dochodzi do tragedii, zrozpaczony Hig decyduje się na ryzykowną, śmiertelnie niebezpieczną wyprawę w poszukiwaniu lepszego życia.
Czy "Gwiazdozbiór Psa" jest najlepszym, co Scott nakręcił w swojej karierze? Absolutnie nie. Najlepszym, co nakręcił w tej dekadzie? Moim zdaniem tak.
Nie ma co się oszukiwać, poprzeczka nie była zawieszona zbyt wysoko. Piękny, lecz karykaturalny "Dom Gucci", koszmarnie pocięty i rozczarowujący scenariuszowo "Napoleon", którego nie uratował nawet Joaquin Phoenix w głównej roli, "Gladiator II", który mimo swoich dobrych momentów, okazał się w pewnym sensie kalką pierwszej części. "Gwiazdozbiór Psa" wielu pewnie uzna za niezły miszmasz: Scott ma ambicje, by uczynić ze swojego filmu naraz refleksję na temat człowieczeństwa w czasach końca świata, brutalną opowieść o cenie, którą trzeba zapłacić, by czuć się bezpiecznie, kronikę (nie)przepracowania żałoby, a także obraz miłości dojrzewającej w warunkach, które nie są jej przychylne.
Oczywiście, scenariusz ma problemy: bywa, że się ślizga, jest zbyt powierzchowny, ma pewne dziury i głupotki. Mimo tego wygrywa swoją największą zaletą, czyli emocjonalnym autentyzmem. Wspomniane motywy w mojej ocenie rzeczywiście mogłyby być poruszone jeszcze intensywniej, jeszcze głębiej. Niemniej sposób, w jaki reżyser się do nich zabiera, urzeka mnie, ujmuje. Bardziej niż tworzy własne, Scott oferuje zestawienie różnych koncepcji kina post-apo, a synteza refleksyjności, surowości i nadziei przynosi naprawdę dobry efekt.
Choć nie zgadzam się z (w mojej ocenie) dość niską oceną mojego redakcyjnego kolegi Michała Jareckiego, stuprocentowo przychylam się do słów z jego recenzji (możecie ją przeczytać tutaj), zgodnie z którymi poczucie nudy jest kwestią bardzo indywidualną. Zwolennicy kina pełnego akcji czy bombastycznych scen raczej się nie odnajdą na "Gwiazdozbiorze...", choć uważam, że na tym poziomie też wykonano dobrą robotę. Oczywiście, nie jest to kino batalistyczne, czy skupione na spektaklu, ale Scott udowadnia, że niezmiennie potrafi tworzyć kino, które zapiera dech w piersiach obrazem, pozwala na wyciszenie i jest niezwykle spójne z tym ponurym, spokojnym tonem. To najbardziej "płynący" tonem film reżysera prawdopodobnie od czasu "Marsjanina".
Zdaje się, że nie ma co też płakać po Dariuszu Wolskim, który chyba rozstał się z reżyserem na ciut dłużej (nie współpracowali już przy "Gladiatorze II", aktualnie Polak pracuje przy "Resident Evil" Zacha Creggera). Tym razem zdjęciowcem Scotta został Erik Messerchmidt i okazało się to kapitalnym wyborem. Mimo, że filmowi raczej daleko do największych wizualnych dokonań filmowych reżysera, amerykański operator świetnie ukazał bezkresne, majestatyczne krajobrazy świata wyssanego z ludzkości, a także solidnie nakręcił sceny walk (ta z perspektywą noktowizora - petarda!).
"Gwiazdozbiorowi Psa" udaje się to, co bardzo często doceniam w filmach reżyserów pokroju Scotta.
Mam na myśli "mikro" i "makro" - pierwsze określa te drobne momenty, detale, dialogi, mające na celu pokazać emocje bohaterów, a tym samym wywołać u widza więź emocjonalną z nimi, a drugie to wielka skala - piękne obrazy, ale przede wszystkim tzw. Wielkie Tematy, rozważania na temat postaw i wartości, którymi postacie z filmu się kierują. Tutaj dla mnie sporo z tego zagrało, zwłaszcza dzięki świetnie dopasowanym aktorom.
Jacob Elordi w mojej ocenie osiągnął swój szczyt przy "Frankensteinie" i będzie mu bardzo trudno przebić geniusz tej roli, ale pod skrzydłami Ridleya Scotta sprawdza się bardzo dobrze. Zwłaszcza dzięki temu, co ma wypisane na twarzy i w głosie - melancholię, smutek, posępność, tęsknotę. Scenariusz nie zawsze pomaga mu pogłębić tę postać, ale to właśnie dzięki solidnej grze Elordiego, Hig jest postacią wiarygodną emocjonalnie. Josha Brolina wielu uzna za naczelnego comic reliefa filmu (częściowo słusznie) a la "twój stary, który zbudował bunkier i uczy cię życia", ale pojedyncze sceny z jego udziałem mają w sobie taki ciężar, że łapią za serducho (w sumie z bohaterem Pearce'a jest podobnie). Margaret Qualley dostała rolę, która jest w małym stopniu oparta na jej uroku wizualnym, w większym zaś - na charakterze Cimy jako osoby ciekawej świata, pragnącej ruszyć do przodu, ufnej i świadomej swojej przeszłości.
Nie łudzę się, że po lekturze tego tekstu, wszyscy chórem porzucą swoje wątpliwości i nagle uznają "Gwiazdozbiór Psa" za wspaniałe kino. W pewnym sensie cieszę się wręcz, że jest, jak jest - X Muza wciąż potrafi nas polaryzować, prowokować do dyskusji i spierania się na argumenty. Zdaję sobie sprawę, że grono sympatyków tego filmu jest dość małe. Miał on swoje potknięcia, jednak na poziomie emocjonalnym cytując klasyka, "kupił mnie jak paczkę żelków". Czasami to wystarcza, by na chwilę porzucić typowe dywagacje o formalnych aspektach i po prostu móc się zaangażować w tę historię. Mnie się właśnie coś takiego przydarzyło.
"Gwiazdozbiór Psa" jest dostępny do obejrzenia w kinach od 28 września.
Czytaj więcej:
- Widziałem najgorętszy film roku. Dosłownie najgorętszy
- Genialny kinowy hit po cichu zawitał w streamingu. Brak Oscara to skandal
- Użytkownicy Prime Video nie spodziewali się tak dobrego filmu. Miał być cringe, jest 10/10
- Czy właśnie poznaliśmy sceny po napisach Avengers Doomsday? Intrygujące
- Netflix ujawnił nowości na wrzesień 2026. Przecieram oczy
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.