REKLAMA

Widziałem najgorętszy film roku. Dosłownie najgorętszy

Gregg Araki to twórca wyjątkowy, a każdy jego powrót do tworzenia kina jest dość istotnym wydarzeniem, gwarantującym intensywne emocje. Po 12 latach przerwy od kręcenia filmów, reżyser powraca z obrazem, który ma aspiracje do miana najgorętszego filmu tego roku. Czy one wystarczyły, by wyjść z seansu z poczuciem satysfakcji?

OCENA :
8/10
i want your sex

Gdy spojrzy się w dorobek Gregga Arakiego, łatwo znaleźć tam sporo popularnych tytułów - "Trzynaście powodów", "Riverdale", "Dahmer". Amerykański reżyser jednak nigdy nie zatrzymał się przy tego typu produkcjach dłużej, niż na parę odcinków, woląc zbudować sobie pomnik gdzie indziej. Araki jest kojarzony przede wszystkim z kinem niezależnym, queerowym, punkowym, bezkompromisowym. Jego filmy nie królują w zestawieniach box office'u, bo i nie muszą. Wypełniają niszę i udanie urozmaicają X Muzę. Biorąc pod uwagę nazwiska, które twórca zgromadził do swojego projektu, "I Want Your Sex" - bo o tym filmie mowa - jest zdecydowanie jego najbardziej gwiazdorskim projektem. Czy najlepszym?

I Want Your Sex - recenzja filmu. Od zera do uległego

Elliot (Cooper Hoffman) jest młodym mężczyzną, którego życie wygląda dość typowo, jak na jego pokolenie. W porównaniu do swojej bardzo chłodnej emocjonalnie i skupionej na nauce dziewczyny Minervy (Charli XCX), on jest typem człowieka, który szuka siebie, niby ma jakiś cel, ale tak naprawdę to niezupełnie. Walka o pracę i stały zarobek ma swój finał, gdy trafia na rozmowę kwalifikacyjną do biura Eriki Tracy (Olivia Wilde) - wyzwolonej seksualnie i artystycznie twórczyni sztuki współczesnej. W krótkim czasie Elliot nie tylko staje się podległy jej zawodowo, ale także, a może przede wszystkim, uległy w łóżku i życiu. 

W kategorii kina związanego z tematyką seksualną, najczęściej mamy do czynienia z dwoma typami filmów: 1) dostajemy filmy, które realizują obietnice i serwują nam intensywne, ładne dla oka i emanujące autentyczną energią historie, 2) wszystko okazuje się pompowanym balonikiem, z którego w trakcie seansu stopniowo ulatuje powietrze, a widz ma poczucie, że - mówiąc delikatnie - został wyrolowany. "Challengers" od Luki Guadagnino jest chyba dla mnie najmocniejszym członkiem tej drugiej grupy, w związku z czym szczerze liczyłem, że Gregg Araki nie popełni podobnego błędu i nie obieca czegoś, czego nie był w stanie zapewnić. 

Na szczęście to nie ten adres, a reżyser, mówiąc wprost, dowozi.

Choć krzykliwa, kolorowa stylistyka, na pierwszy rzut oka sugeruje grubszą kreskę przy opowiadaniu tej historii, "I Want Your Sex" tematycznie stoi blisko ziemi. Czy mamy do czynienia z nowym, niespotykanym dotychczas spojrzeniem na sztukę jako element kapitalistycznego porządku, albo na niejednoznaczność międzyludzkich relacji? Powiedziałbym: i nie, i tak. Sam temat jest aktywnie poruszany od lat, ale ręka Arakiego jest tutaj czymś odświeżającym, niełatwym do porównania, zapadającym w pamięć. Zwłaszcza, że jego film zaczyna się de facto od końca - główny bohater, przebrany w fikuśne różowe ciuszki, budzi się skacowany w domu swojej szefowej i odkrywa trupa w basenie. Typowy dzień w pracy.

Olivia Wilde i Cooper Hoffman - kadr z filmu "I Want Your Sex"

Wracając jednak do opowieści, jaką snuje Araki (będący współscenarzystą wraz z Karley Sciortino), w tym barszczu jest dużo grzybów i spora większość smakuje. Zwłaszcza relacja Eriki i Elliota jest tutaj silnikiem dla fabuły, jej największą, pełną intrygujących zagadek, zaletą. Choć nie ma z perspektywy widza wątpliwości, że więź obojga ostatecznie prędzej przyniesie któremukolwiek z nich większą autodestrukcję niż spełnienie, reżyser dba, by nic nie było tu czarno-białe. Choć forma bywa odjechana, Araki zadaje jak najbardziej poważne pytania o to, w jakim stopniu Elliot jest zniewolony, a w jakim - dostaje pole do uwolnienia tego, co w nim drzemie, a czego nie miał jak pokazać. 

Nie unieważnia w żaden sposób seksualnego i emocjonalnego wyzysku, jaki zastosowała wobec chłopaka jego szefowa, ale na przestrzeni filmu nieraz sugeruje, że jego uzależnienie się od jej kontroli i podejmowania decyzji jak najbardziej mu pasuje. Warto zwrócić uwagę, że w żadnym momencie nie mamy tu do czynienia z mniej lub bardziej subtelnymi groźbami utraty pracy ani innymi podobnymi rzeczami. Elliot akceptuje ton tej relacji, ale wraz z jej rozwojem, ewoluuje i on sam. Reżyser wyraźnie trzyma kciuki, by ten bohater znalazł w sobie odwagę na wyrwanie się z tej sytuacji, ale nie ucieka od jego roli w tym procesie. 

Drugie życie, które zaczyna prowadzić, zadowala go, daje mu to, czego nie wcześniej nie miał. Nałóg, nawet jeśli daje przyjemność, finalnie i tak wyniszcza. Nic dziwnego zatem, że w trakcie 90 minut (i wzbogacających je przeskoków chronologicznych) jesteśmy świadkami stopniowej oraz zdecydowanie trudnej do łatwej oceny pod kątem przyczyn, autodestrukcji głównego bohatera. Elliot de facto poznaje swoje granice w momencie, gdy zostają one przekroczone. Araki pyta: co jest w nim mocniejsze - pragnienie Eriki, czy desperacka tęsknota za przynależnością, bliskością i poczuciem własnej wyjątkowości? Reżyser wchodzi przy tym w interesujący dialog o różnicy pokoleń, bez dydaktycznego osądzania portretując nasze (jako osoba z rocznika 2001, mogę tak pisać) pokolenie jako zamknięte na bliskość, niepotrafiące zrealizować głęboko chowanych pragnień w postaci seksualnego wyzwolenia.

Charli XCX i Cooper Hoffman - kadr z filmu "I Want Your Sex"

"I Want Your Sex" chce opowiadać o wszystkim: sztuce z perspektywy jej autora nastawionego na prowokację, seksie jako narzędziu manipulacji, władzy oraz uwalniającym doświadczeniu, ludzkich granicach i (braku) umiejętności ich stawiania. Nie wszystko wychodzi mu w 100%, zwłaszcza w przypadku artystycznego wątku, ale czuć, że intencje Arakiego są szczere. Dba też, by film nie kończył się jedynie na głównej dwójce - wątek nieszczęśliwej, przyjaźniącej się z Elliotem Apple naturalnie ujmuje i porusza, a Zap jest tutaj gejowskim comic reliefem, którego spostrzeżenia są równie zabawne, co brutalnie szczere.

Wspominałem już, że mamy do czynienia z prawdopodobnie najbardziej gwiazdorskim aktorsko filmem Arakiego. Lista nazwisk imponuje, ale rzeczywistość weryfikuje papier bardzo pozytywnie. Cooper Hoffman gra chyba najbardziej odrzucającą i bezmyślną kreację w swojej karierze - z jednej strony jego odchył w stronę nowych, ekscytujących, pozbawionych własnej kontroli doznań jest zrozumiały i w jakimś sensie racjonalny, ale uzależnienie, w które popada, wyraźnie sprowadza go na manowce, nakręca jego obsesję. To zdecydowanie nie jest niewinny chłopaczek, a Hoffman udanie robi wszystko, by nam go niuansować i potęgować trud w jego postrzeganiu.

Olivia Wilde ma również ostatnio dobrą aktorską passę.

Po kapitalnej roli w wyreżyserowanym przez siebie "Zaproszeniu", tym razem wciela się w kogoś zupełnie innego - pewną siebie i wyjątkowo egocentryczną i nie nieznającą czegoś takiego jak "tabu" dominę, która jest symbolem w zasadzie dwóch rzeczy: słusznego wezwania do zrzucenia się z siebie wstydu związanego z seksem i zdecydowanie odrażającego traktowania podległych jej zawodowo osób. Wilde jest magnetyczna w obu tych wersjach od początku do końca. Na drugim planie udanie wypadają Mason Gooding i Chase Sui Wonders, postać Daveeda Diggsa jest moim zdaniem dość niewykorzystana. Jeśli chodzi o Charli XCX, to wokalistka chyba zagrała najmocniej jak dotychczas przekonującą rolę pozbawionej zainteresowania, lodowatej emocjonalnie Minervy.

"I Want Your Sex" dostrzega niezdrowy charakter relacji głównych bohaterów, ale z chęcią ucieka od jednoznacznych ocen. To pulsujące, wyraziste kino, które zadaje ciekawe pytania na temat tego, co zniewala, a co wyzwala. Gregg Araki żongluje tym, co ma w rękach, a ma inteligentnie napisany scenariusz, fantastyczny i pełen chemii aktorski duet, tematykę wartą dyskusji oraz wyrównaną jakość formy i treści. Dzięki temu jego film tak elektryzuje.

Oficjalna data szerokiej premiery kinowej filmu powinna wkrótce się ukazać. Za dystrybucję będzie odpowiadało Monolith Films.

Czytaj więcej:

Adam Kudyba
Redaktor

W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.