REKLAMA

500 mil zapewnia 1000 wylanych łez. "Jajo" znowu kradnie show

Przyznam szczerze: często zdarza mi się wzruszać na filmach. Nie na każdym, ale gdy wyczuwam rezonujący ze mną ładunek emocjonalny w scenach, po prostu pękam. "500 mil" już na poziomie zapowiedzi wydawało się tytułem, który sztukę uwalniania tego typu wrażeń opanowuje do perfekcji. To prawda, choć film Morgana Matthewsa ma jeszcze więcej zalet.

500 mil film recenzja
REKLAMA

Myślę "500 mil", mówię - legendarny hit (który pojawia się przez moment!) i nieformalny hymn narodowy Szkocji autorstwa The Proclaimers. W dużym skrócie oraz uproszczeniu, opowiada on o facecie, alkoholu i miłości. Film, który właśnie wszedł do polskich kin traktuje nie o facecie, a o dwóch chłopakach, którzy wyruszyli w długą drogę. Miłość też jest, ale raczej wewnątrz rodziny. Na jego obsadę złożyło się sporo nazwisk, które przyciągają uwagę. Duet głównych bohaterów stworzyli młodzi aktorzy - pierwszy lata temu wywalczył nominację do Oscara za główną rolę w "Jojo Rabbit", drugi zaś podbił serca całego świata, wcielając się w małego giermka w "Rycerzu Siedmiu Królestw". Jakby tego było mało, jest jeszcze Bill Nighy, który starzeje się jak wino. Suma tych składników to film, przy którym lepiej mieć chusteczki w pogotowiu.

REKLAMA

500 mil - recenzja filmu. Droga do ocalenia rodziny

Akcja zaczyna się dość dynamicznie - widzimy bowiem jak Finn (Roman Griffin Davis) i jego młodszy brat Charlie (Dexter Sol Ansell) uciekają z domu. Okazuje się, że rodzina chłopców znajduje się w głębokim kryzysie, a rodzice (Michael Socha i Claire Dunne) są bliscy decyzji o rozstaniu. Finn i Charlie, mimo niewielkiej zawartości portfela, wyruszają w daleką drogę na zachodnie wybrzeże Irlandii. Celem jest tamtejsze pole kempingowe, na którym mieszka John (Bill Nighy), dziadek chłopców, który dawno temu został odseparowany od reszty rodziny. Młodzi wierzą, że ponowne spotkanie połączy wszystkich na nowo.

Morganowi Matthewsowi nieobca jest praca z gwiazdami - już w jednym ze swoich pierwszych tytułów, "X+Y: Równanie szczęścia" pod jego skrzydłami znajdowali się tacy aktorzy jak Asa Butterfield, Sally Hawkins, Rafe Spall czy Eddie Marsan. Nakręcona wiele lat później "Wielka ucieczka" nie odbiła się podobnym echem, a najnowszy film, "500 mil", jest dopiero trzecim podejściem do kina fabularnego (reżyser jest też znany z dokumentów). Matthews został wsparty na poziomie scenariusza przez Malcolma Campbella, którego dorobek również nie jest zbyt bogaty ilościowo, a jakościowo - niech ocenią ci, którzy oglądali m.in. "Białą królową" czy "Ackley Bridge". Obaj panowie połączyli siły, by dostarczyć widowni poruszające, dramatyczne kino. To im się świetnie udało.

Zanim jednak poleje się wodospad łez, twórcy serwują nam kino drogi w wykonaniu głównych bohaterów.

Eskapada chłopców zdecydowanie odbiega od komfortu - nie dość, że pieniądze się kończą, obaj bohaterowie są nieletni, to incydent, który ma miejsce koło środka fabuły, zdaje się znacząco komplikować sytuację Finna oraz Charliego. Akcja rozgrywa się głównie w czasie podróży, ale Matthews często stosuje retrospekcje. Daleko im jednak do miana zbędnych, a za ich sprawą stopniowo odkrywamy przeszłość rodziny w całej złożoności - zarówno to, jak było wszystkim dobrze, gdy jej członkowie byli razem, a także gdy doszło do tragedii, która sprawiła, że ich relacje się rozpadły.

REKLAMA
Bill Nighy - kadr z filmu "500 mil"

Choć "500 mil" operuje w dość trudnych emocjonalnie rejestrach (zwłaszcza w drugiej połowie filmu), nie przekracza granicy ckliwości, nie sprawia, że widz ma poczucie bycia zmuszanym do płaczu. Piszę to z autopsji: początkowo czułem ujmujący, braterski klimat tej opowieści, by później zalewać się łzami. W pewnym momencie można się zorientować, że coś w tej historii jest nie tak, pewien element coraz wyraźniej nie pasuje, a potem dostajemy zwrot akcji, który zupełnie zwala z nóg, a przy tym nie jest nielogiczny. Wręcz przeciwnie - wyjaśnia wątpliwości i pozwala pokazanym wcześniej wydarzeniom nabrać sensu. Nie mogę jednak zaspoilerować, o co chodzi - sami musicie to zobaczyć, poczuć i ułożyć sobie w głowie. Gdybym miał powiedzieć, o czym według mnie opowiada "500 mil", stwierdziłbym, że o potrzebie zaakceptowania własnych, trudnych emocji i znalezieniu w sobie siły, by umieć je oczyścić. Film przedstawia rodzinę, która dawniej była wypełniona miłością i wzajemnym ciepłem, a później, na skutek pewnego wydarzenia, jej członkowie zamykają się w sobie oraz na siebie.

REKLAMA

Rodzina z samego założenia jest systemem naczyń połączonych, a w tym konkretnym kontekście można wręcz nawet stwierdzić, że ryba psuje się od głowy. Oziębłe relacje między rodzicami sprawiają, że dzieci nie mają przestrzeni do ekspresji własnych odczuć i potrafią uciec się do radykalnych działań, by zwrócić uwagę na siebie lub swoje cierpienie. Tym samym "500 mil", oprócz wglądu w niełatwą drogę bohaterów zmierzających do dziadka, za którym tęsknią, udanie sprawdza się jako uczciwa, kojąca, prowadząca do zrozumienia wzajemnych emocji opowieść o bohaterach, którzy potrzebują jedności i przepracowania swoich traum i zrobienia kroku do przodu.

Wszystko to nabiera autentycznego wymiaru zarówno za sprawą materiału, jak i aktorów, którzy na nim pracują. Najczęściej możemy oglądać na ekranie młodych bohaterów, granych przez Romana Griffina Davisa i Dextera Sola Ansella. To doprawdy urocze, że chłopak, który jeszcze niedawno rozrabiał jako mały Jojo, teraz wciela się w rolę starszego brata i robi to naprawdę świetnie. Finn jest wycofany, skryty, nieśmiały, a z czasem rozumiemy dlaczego. Davis udanie ucieleśnia te emocje, co świetnie kontrastuje z małym Ansellem. Już w "Rycerzu Siedmiu Królestw" przekonaliśmy się na własne oczy, że chłopak ma niesamowity talent i energię, która roznosi ekran oraz zagarnia uwagę dla siebie. Tutaj mały Dexter jest prawdziwą, niekontrolowalną, błyskotliwą bombą, która wystrzeliwuje z siebie cięte dialogi, często bawi, ale również roztacza wokół siebie wrażliwą aurę. To świetna rola, która znów udowadnia, że z tego chłopaka będą ludzie.

REKLAMA
Dexter Sol Ansell - kadr z filmu "500 mil"

Mistrzem drugiego planu jest Bill Nighy, którego rola Johna jest absolutnie wspaniała od początku do końca.

Każde wypowiedziane przez niego słowa noszą w sobie pewien ciężar, coś autentycznego, co prowadzi do rozdzierających serce emocji (zwłaszcza jego końcowego monologu nie da się oglądać z suchymi oczami). "500 mil" pokazuje nam go z różnych stron - zarówno tej ciepłej, pełnej typowej dla kochającego swoje wnuki dziadka energii, ale również tej, w ramach której mężczyzna zmaga się z traumą wywołaną swoimi działaniami. Warto również wspomnieć o Maisie Williams, której wątek może nie jest najciekawiej poprowadzony, ale jej obecność ma sens, a aktorsko wypada wystarczająco wiarygodnie, by dało się cieszyć z jej udziału.

"500 mil" to kino, które wyraźnie jest nastawione na to, by widz odczuł głębokie emocje, ale nigdy nie przekracza czerwonej linii, nie szantażuje, nie wymusza. Morgan Matthews dostarczył nam pełną ciepła opowieść o tym, że nigdy nie jest za późno, by spróbować przepracować to, co trudne, a najlepiej zrobić to, będąc otoczony bliskimi i ich miłością. O tym, do czego prowadzi duszenie w sobie trudnych przeżyć, zamknięcie się wskutek nich. Wreszcie, o tym, że przeżywanie tragedii nie wyklucza się z możliwością ruszenia dalej, nie oznacza zapomnienia.

"500 mil" jest dostępne od 4 września w kinach.

Obserwuj nas w Google Discover
REKLAMA

Czytaj więcej na Spider's Web:

REKLAMA
Adam Kudyba
Redaktor

W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA