REKLAMA

Nowość HBO Max robi sobie jaja z kultowego klasyka. Nie ma dużo takich filmów

Nowość HBO Max może się wydawać kolejnym odgrzewanym kotletem, jakich w ostatnich latach się namnożyło. Nic bardziej mylnego. "Anakonda" podchodzi do swojego kultowego pierwowzoru w zupełnie inny sposób, po który Hollywood nieczęsto sięga.

anakonda hbo max opinie co obejrzeć premiera
REKLAMA

Bądźmy szczerzy: krytycy mieli rację. "Anakonda" z 1997 roku to film schematyczny, efekciarski i piramidalnie głupi. Ale przecież właśnie dlatego publiczność tak go pokochała, że doczekał się trzech sequeli i crossovera z "Lake Placid". Dzisiaj to produkcja kultowa, do której wraca się dla przesadzonego klimatu, przerysowanego złola i ogromnego cyfrowo-praktycznego węża. Guilty pleasure spod znaku creature feature jak się patrzy.

W całym swoim zamiłowaniu do odgrzewania kotletów Hollywood do filmów "tak złych, że aż dobrych" wcale często nie sięga. Woli bardziej uznane marki. Dlatego od lat odświeża tytuły pokroju "Top Gun", "Gwiezdnych wojen", czy "Halloween" za pomocą formuły requeli (reboot/sequel). Jej założenie jest nadzwyczaj proste. Ma dostarczać fanom oryginału nostalgii, jednocześnie proponując coś nowego dla młodszych widzów. I jak pokazuje box office przywołanych wyżej tytułów to rzeczywiście działa. W przypadku produkcji kultowych jak "Anakonda" podejście to byłoby skazane na porażkę.

"ANAKONDĘ" OBEJRZYSZ NA:
REKLAMA

Anakonda - co obejrzeć na HBO Max?

Bo kultu nie da się odtworzyć, nie da się narzucić, nie da się wymusić. Można by oczywiście kultowe klasyki poprawić, zrobić lepiej. Ale po co, skoro mogłoby odrzucić fanów oryginału? Dlatego właśnie twórcy nowej "Anakondy" poszli zupełnie inną ścieżką. Choć z czasem na ekranie pojawiają się znani z pierwowzoru aktorzy, nie mamy do czynienia z requelem. Już po samym opisie fabuły idzie się zorientować, że to coś zupełnie innego.

Zeszłoroczna "Anakonda" skupia się na losach przyjaciół z dzieciństwa, którzy przechodzą kryzys wieku średniego. Próbując odnaleźć w życiu jakiś sens Ronald kupuje prawa do "Anakondy" - uwielbianego filmu młodości. Razem z kumplami rusza do Amazonii, aby go odtworzyć. Ale po drodze dzieją się rzeczy niestworzone. Nawet nie tyle straszne, co po prostu śmieszne. Tak jak w oryginale mamy przesadę, przerysowanie i karykaturę, ale już nie na poważnie - przepracowane w komediowym tonie.

Jak widać "Anakonda" robi coś ciekawszego niż requele. To produkcja, w której oryginał nie rozgrywał się w rzeczywistości. W świecie przedstawionym nie ma znanych nam bohaterów, mogących przekazać pałeczkę młodemu pokoleniu. Są za to aktorzy się w nich wcielający. Bo "Anakonda" z 1997 roku to film. Dokładnie tak jak w naszej rzeczywistości. Oznacza to, że dostajemy pełnoprawny metasequel.

"Anakonda" formuły metasequela nie wymyśla. To nie jest nowe zjawisko. Zalicza się do niego już "Nowy koszmar Wesa Cravena", gdzie seria "Koszmar z ulicy Wiązów" istnieje jako filmy. Ujmując to w prostych słowach, nie chodzi więc o produkcje, które powtarzają bądź przetwarzają oryginał(y), tylko komentuje jego (ich) recepcję. Hollywood co prawda często po ten chwyt nie sięga, ale dostaliśmy trochę takich tytułów - od "Blair Witch 2" przez "Miasteczko, które bało się zmierzchu" po "Matriksa: Zmartwychwstania". Nawet w tym miesiącu w Stanach Zjednoczonych zadebiutowały przegapione przez polskich dystrybutorów nowe "Faces of Death", które również są metasequelem.

Sięganie po formułę metasequela nie oznacza od razu, że twórcy mają nam coś ciekawego do przekazania o hollywoodzkiej kulturze sequeli i rebootów. Zamiast tego każą swoim bohaterom powtarzać oczywistych oczywistości. Nie serwują nam więc kolejnych "Jaj w tropikach" - ostrej satyry z kąśliwym komentarzem - tylko komfortowe i bezpieczne stwierdzenia. Niby stracona szansa. Ale czy o komfort i bezpieczeństwo przypadkiem nie chodzi w hollywoodzkiej kulturze sequeli i rebootów?

Dostajemy film, który w żadnym momencie nie szuka głębi ani nie próbuje być odkrywczy. Stawia raczej na sprawdzone rozwiązania, w czym doszukuje się swojej największej siły. Dzięki sięgnięciu po formułę metasequela twórcy "Anakondy" nie opowiadają co prawda o polowaniu na wielkiego węża, tylko przepracowywaniu problemów. Robienie własnego remake'u oryginalnego filmu staje się dla bohaterów okazją do wyjścia z życiowego kryzysu i naprawienia wzajemnych relacji. Daje im sens, co samo w sobie brzmi jak motyw nadmiernie dzisiaj w kinie eksploatowany. Tylko stojący za kamerą Tom Gormican - kolokwialnie mówiąc - robi sobie z niego jaja.

Niby "Anakonda" próbuje podążać własną ścieżką, ale wciąż okazuje się schematyczna. Tylko w przeciwieństwie do oryginału jest schematyczna świadomie. Archetypiczni do przesady bohaterowie są tak zakodowani, abyśmy od razu rozpoznali klisze. Bo twórcy biorą znaną formułę, coś tam odwracają, coś zmieniają, ale zamiast się nią rzeczywiście bawić, wolą ją powtarzać i wyolbrzymiać. Dlatego Ronald wraz z kumplami rusza do dżungli, gdzie czeka na nich niebezpieczeństwo pod postacią prawdziwej anakondy. Dostajemy więc film, który dobrze znamy, ale Gormican przepuszcza go przez komediowy filtr. Puszcza do nas oczko i mówi: wiem, że wy wiecie, co się stanie, więc rozsiądźcie się wygodnie i dobrze bawcie.

Podobnie jak oryginalna "Anakonda" metasequel jest po prostu głupi. Z tym że jego głupota nie sprowadza się do nieudolności w opowiadaniu, a gówniarskiego poczucia humoru. Tak, zdarzają się prymitywne gagi bez puenty. Tak, są żarty rozciągane w nieskończoność. Tak, twórcy pławią się w toaletowym humorze. Dlatego krytycy mają z nim taki problem (47 proc. pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes). Niech pierwszy rzuci jednak w niego kamieniem, kto prawie nie umrze ze śmiechu przy scenie, w której Jack Black z dzikiem na głowie ucieka przed przerośniętym wężem. Bo jednak kiedy produkcja działa, jak trzeba, to już na całego.

Na swoim najbardziej metapoziomie nowa "Anakonda" staje się starą "Anakondą". O ile krytycy też za nią nie przepadają, to publiczność już całkiem lubi (na Rotten Tomatoes ma 75 proc. pozytywnych opinii od użytkowników). Nic dziwnego. To film, który na swój głupkowaty sposób potrafi dostarczyć widzom sporo rozrywki. Dlatego na odmóżdżający seans w weekend nadaje się idealnie. Szczególnie teraz, gdy właśnie wpadł na HBO Max, gdzie można go obejrzeć w ramach opłacanej subskrypcji.

REKLAMA

Więcej o HBO Max poczytasz na Spider's Web:

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-04-25T10:13:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-25T07:12:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-25T06:59:00+02:00
Aktualizacja: 2026-04-24T15:58:47+02:00
Aktualizacja: 2026-04-24T15:12:52+02:00
Aktualizacja: 2026-04-24T13:09:16+02:00
Aktualizacja: 2026-04-24T11:01:54+02:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA