Człowiek-Nietoperz miał w swojej karierze wiele wcieleń, zarówno w kinie fabularnym, jak i animowanym. To prawdopodobnie najbardziej przemielony przez popkulturę nosiciel peleryny w historii. "Mroczny mściciel", którego pierwszy sezon oglądaliśmy dwa lata temu, nie aspirował, by być tanią grą na nostalgii wobec legendarnego serialu z lat 90. Wniósł do tego świata własną tożsamość, a 2. sezon jest dowodem, że formuła zaproponowana przez twórców się sprawdza.

W pierwszym sezonie mogliśmy oglądać Batmana, który dopiero "raczkował" w swojej roli, był początkującym strażnikiem ulic Gotham, jeszcze dalekim do tego, by cieszyć się społecznym zaufaniem. W oczach jednych miał wizerunek nadziei na pokonanie zgnilizny toczącej miasto, drudzy zaś wprost uważali go za zagrożenie konieczne do zwalczenia. Widać było, że twórcy "Mrocznego mściciela" chcą podążać tonalną ścieżką wytyczoną przez m.in. Matta Reevesa (będącego jednym z producentów wykonawczych, obok Bruce'a Timma i J.J. Abramsa) - mocno położyć nacisk na realizm i aurę mrocznego, detektywistycznego kryminału, ale również nie zapomnieć o superbohaterskich korzeniach.
Batman: Mroczny mściciel - recenzja 2. sezonu. Burza przed kolejną burzą
Konsekwencje wydarzeń z pierwszego sezonu mają swoje cienie w kolejnym. Batman (Hamish Linklater) ma opinię banity egzystującego poza prawem, mającego nieznane zamiary, który zamiast przyczynić się do poprawy bezpieczeństwa mieszkańców Gotham, dokłada tylko swoją cegiełkę do społecznego chaosu i niezwykle wysokiej przestępczości, wobec których miasto i jego instytucje są bezradne. Oczy mieszkańców zostają zwrócone na Ruperta Thorne'a, bossa przestępczego świata i wpływowego biznesmena, który staje przed sądem. Sprawiedliwość jednak nie istnieje, więc Człowiek-Nietoperz nie może odwiesić peleryny na kołku i musi walczyć o porządek w Gotham i wyczyszczenie jego ulic z zepsucia. Zwłaszcza, że w półświatku dochodzi do przesilenia, a zło nie śpi.
Moim w zasadzie jedynym fundamentalnym zastrzeżeniem przy poprzednim sezonie była struktura. Krótkie, niemal półgodzinne odcinki praktycznie za każdym razem prezentowały nowego złoczyńcę, a równocześnie w tle budowały jedną, spójną historię toczącą się cały sezon. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że wcześniej większy nacisk był położony na to pierwsze. "Mroczny mściciel" w 2. sezonie podtrzymuje poziom panowania nad tymi proporcjami. Częściej mamy tu festiwal atrakcji - rzadziej rozwijającą się ciekawie w tle historię, choć przyznać trzeba, że większość pojawiających się pobocznych postaci dostaje wiarygodną podbudowę, nawet jeśli rozwiązania nie zawsze satysfakcjonują.
Tym razem środek ciężkości, jeśli chodzi o miano głównego antagonisty, zostaje przesunięty. Wcześniej był nim Rupert Thorne - wpływowa oraz bogata szycha miasta, mająca wszystko i wszystkich w kieszeni. To wytyczało jasny kierunek: ciemny jak smoła ton, koncentracja przede wszystkim na "przyziemnym" zagrożeniu pokroju mających spore plecy przestępców, gangsterskie porachunki, Batman w mniejszym stopniu jako superbohater, w większym jako samozwańczy detektyw mający niełatwe stosunki z policją i niebawiący się w półśrodki. Tutaj, wraz ze zmianą na "tronie", następuje też zmiana podejścia. Stary bogacz osobiście skupiał się na korzystaniu z wpływów, władzy i siły pieniądza, zaś jego sukcesor jest bardziej dosłowny i nieokiełznany w działaniach. Pozycję złola numer jeden zajął bowiem Eddie Nygma, znany również jako Człowiek-Zagadka, który w tym wydaniu funkcjonuje jako następca Thorne'a na przestępczym tronie, strażnik jego interesów.

Przyznam szczerze, że choć na poziomie głosowego aktorstwa zupełnie kupuję interpretację tej postaci, o tyle mam ogromny problem z tym, jak ograbiona ta postać jest ze swojego geniuszu. Jestem zagorzałym zwolennikiem nowych interpretacji kultowych postaci, ale w "Mrocznym Mścicielu" Nygma zostaje sprowadzony do figury kolejnego ambitnego gangusa, którego wyróżnia tylko to, że posługuje się zagadkami. Nie ma tutaj jakiejś osobistej rywalizacji ani portretu geniusza zbrodni, a mamy szalonego bandziora, który chętnie zabija i śmieje się niczym Joker. Na plus należy zaznaczyć, że serial solidnie rozgrywa kwestię podziałów w przestępczym świecie - przejęcie sterów przez Nygmę wcale nie jest przyjmowane przez jego nowych podwładnych z radością, a jego działania doprowadzają do napiętych stosunków we wnętrzu środowiska. Powrót Harley Quinn też jest całkiem sensownie zorganizowany
Niestety, problemy i tak widać - Gordonowie i Montoya, stojący po jednej stronie z Batmanem zupełnie blakną, są postaciami reaktywnymi, stanowiącymi praktycznie nierozwijane tło. Barbara i Renee dostają więcej czasu w po jednym odcinku, ale to nie wystarcza, by zbudować je jako ważne postacie drugiego planu. Oni po prostu są i tyle. Samo Gotham też staje się jakieś takie mniej istotne w tym "wielkim boju". Całe szczęście, że przynajmniej Człowiek-Nietoperz może się popisać swoim detektywistycznym sznytem - dedukuje, przesłuchuje, łączy kropki i wysuwa wnioski, a nawet gdy widz podejrzewa, co w nich się znajdzie, obserwowanie tego sprawia przyjemność.
Widać też, że twórcy nie wstydzą się komiksowości i krótkich odchyłów w mniej realistyczne rejony. Choć nie jestem przekonany do scen pokroju podniebnej strzelaniny rodem z "Gwiezdnych wojen" z 2. odcinka, wiele rzeczy ostatecznie wypada wystarczająco spójnie, by to kupić i oglądać z zaciekawieniem. Tym samym Batman w jednym z odcinków walczy m.in. z Roxy Rocket, która "powstała" wskutek chciwości łapczywych na rządowe kontrakty współpracowników, kierowanymi przez chciwego lidera kultystami wierzącymi w nadejście Barbatosa. Zrobienie zaś ze znanego z władania ludzkimi umysłami Szalonego Kapelusznika prowadzącej popularny telewizyjny program było całkiem udanym zabiegiem.
Końcówka 1. sezonu zasugerowała nam upragnione pojawienie się Jokera w formie seryjnego mordercy używającego specjalnej toksyny wywołującej przerażający śmiech. Nowa odsłona "Mrocznego mściciela" zdecydowanie zbyt długo czeka z la grande entrée legendarnego złoczyńcy - dochodzi do niego dopiero w dwóch ostatnich odcinkach, po serii krótkich sugestii w poprzednich. Na szczęście finał dowozi: zarówno jako zapoznanie widzów na nowo z Jokerem (tym razem dość chłodnym, metodycznym nihilistą, pragnącym pozbawić mieszkańców iluzji porządku, w solidnej głosowej interpretacji Matthew Needhama), jako intensywna akcja podszyta prawdziwym horrorem, oraz jako czytelny sygnał, że w 3. sezonie (jeśli powstanie) doczekamy się długiej i intensywnej walki pomiędzy Mrocznym Rycerzem a Księciem Zbrodni. Porządek oparty na złu reprezentowanym przez mafię zdaje się chylić ku upadkowi, a zamiast niego nadchodzi era chaosu. Stare zasady zastąpi nowy brak zasad.

Jedną z kluczowych i zasadnych kwestii, na które 2. sezon powinien mieć jakiś pomysł, była wreszcie istota samego Batmana.
Od samego początku mieliśmy do czynienia z postacią, która była swego rodzaju miksem interpretacji znanych z wcieleń Bena Afflecka i Roberta Pattinsona - po pierwszym "odziedziczył" on brutalną naturę, po drugim zaś nihilizm oraz żyłkę detektywa, który nie spocznie, póki nie rozpracuje tego, czym się zajmuje. "Mroczny mściciel" w 2. sezonie jest rzetelną, mało rewolucyjną, ale dobrze prowadzoną kontynuacją tego kierunku. Bruce to czarujący i zarazem pewny siebie playboy, ale to przykrywka. Jako Batman jest postacią, która nie boi się użycia siły. Nie jest zabójcą, ale jednocześnie jest świadomy, że nie ma tak czystych rąk, by być przykładem etycznej walki. Wie, że daleko mu do dobrego człowieka, ale jest pierwszym obrońcą słabszych przed silniejszymi.
"Mroczny mściciel" w 2. sezonie niespecjalnie angażuje się w zgłębianie jego psychiki, jednak Hamish Linklater w tytułowej głosowej roli to zresztą naprawdę trafiony wybór. Nie on jeden - m.in. Ronan Raftery (dziwnie podobny głosem do Dave'a Franco) udanie ubogaca swoimi talentami szaleństwo Nygmy. Serial bardzo dobrze trzyma się również na poziomie technicznym. Cóż mogę rzec, jestem głęboko zakochany w reprezentowanym przez ten serial klimacie, wpisującym się w Gotham jako miasto zarówno słynące z przestępczego brudu, jak i wystawnego, bogatego życia prowadzonego przez nielicznych, zwykle pozbawionych moralnego kręgosłupa. Noir, niejednokrotne korzystanie z estetyki horroru, brak skrupułów w pokazywaniu krwi czy śmierci - "Mroczny mściciel" trzyma poziom, nieraz udowadniając, że nie jest kolorową zabawą dla dzieci.
Drugi sezon "Batmana: Mrocznego mściciela" ma swoje fundamentalne problemy, po części wynikające z narzuconej serialowi struktury. Twórcy jednak nie schodzą z obranej ścieżki, jeśli chodzi o klimat, ton, aurę niejednoznaczności, połączenie mocnego realizmu w obrazie zła toczącego Gotham z komiksowym rodowodem, bardziej wymagającym wiary. To wciąż noirowa perełka, która nie ma aspiracji do bycia nowym klasykiem i zapisywania się w panteonie adaptacji przygód Batmana, ale wprowadza do jego świata nowe życie i poszerza mitologię. Mam zastrzeżenia, ale doceniam.
2. sezon serialu "Batman: Mroczny mściciel" jest dostępny do obejrzenia na Prime Video.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Kultowe sci-fi wraca na ekrany. Prime Video nakręci serial z twórcami oryginału
- Prime Video ma swoją Odyseję. Jest znakomita
- Amazon Prime wszedł do oferty Plusa i Polsat Box ze wszystkimi korzyściami. Co oferuje?
- Świetne fantasy prosto z kina wpada do streamingu. Gdzie obejrzeć Władców Wszechświata?
- Tomasz Kot był oszołomiony programem LOL. Nie rozumiał, co ogląda
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.