Udział Tomasza Kota z pewnością zaskoczył niejednego widza programu "LOL: Kto się śmieje ostatni". Aktor, który do tej pory kojarzony był raczej z rolami dramatycznymi, nie zastanawiał się jednak ani chwili, kiedy otrzymał propozycję udziału w formacie Prime Video. Opowiedział nam o swoich doświadczeniach na planie.

"LOL: Kto się śmieje ostatni" to program na którym trudno powstrzymać się od śmiechu. Szczerzyć zęby mogą jednak tylko widzowie - osoby, które występują w formacie, czyli aktorzy, komicy, artyści czy celebryci, muszą zachować kamienną twarz. W związku z tym, kiedy uczestnicy pajacują i starają się rozbawić innych, a ci nie mogą nawet unieść kącika ust, "LOL" staje się jeszcze bardziej zabawny. W 4. sezonie miał okazję sprawdzić się Tomasz Kot. Jak wspomina udział w programie?
Tomasz Kot - wywiad. Aktor opowiada o udziale w LOL: Kto się śmieje ostatni
Anna Bortniak: Widzowie mogą być zaskoczeni twoim udziałem w "LOL: Kto się śmieje ostatni". Nie jesteś kojarzony ani z kabaretem, ani z komedią. Skąd ta decyzja?
Tomasz Kot: To ciekawe, bo dziś rzeczywiście częściej jestem odbierany jako ktoś od "poważnych rzeczy". A jeszcze kilka lat temu miałem odwrotny problem - kiedy szedłem na castingi do dramatów, byłem postrzegany jako aktor komediowy. Przez długi czas próbowałem się od tego odciąć, zwłaszcza że zagrałem też w kilku mniej udanych komediach, co wpłynęło na moje samopoczucie. Udało mi się przestawić na role dramatyczne i bardzo się z tego cieszę, ale w pewnym momencie pomyślałem: aktor powinien odnajdywać się w jednym i drugim.
Czyli udział w "LOL-u" to był trochę powrót do komedii?
Tak, ale też potrzeba sprawdzenia się. Pomyślałem, że trzeba sobie coś "poodkręcać". A kiedy pierwszy raz zobaczyłem fragment programu, nie do końca rozumiałem, co oglądam. Widziałem ludzi, którzy ledwo powstrzymują śmiech - to było dziwne i bardzo intrygujące. Nadrobiłem wszystkie odcinki i kiedy dostałem propozycję, nie zastanawiałem się ani chwili. To wyglądało jak eksperyment psychologiczny - i rzeczywiście nim było. Po nagraniach byłem wręcz oszołomiony.
Na ekranie też momentami wyglądałeś, jakbyś nie dowierzał temu, co się dzieje.
Bo to bardzo intensywne doświadczenie. Sześć godzin nagrań, kamery z każdej strony, brak scenariusza - nie da się tego porównać z niczym innym.
Czy aktorowi łatwiej jest się nie śmiać?
Teoretycznie tak, ale w praktyce największym problemem są krótkie, zaskakujące momenty. Możesz sobie założyć, że grasz kogoś, kto się nie śmieje, ale wystarczy jedna błyskotliwa riposta i wszystko się sypie. To są sekundy, których nie da się przewidzieć. Wszyscy są w ciągłym napięciu, bo nie wiesz, co się wydarzy za chwilę. To robi niezłą sieczkę w głowie.
Miałeś jakieś triki, żeby powstrzymać śmiech?
Próbowałem różnych rzeczy - spowalniania reakcji, kontrolowania oddechu - ale to nie działa na dłuższą metę. Kombinowałem, żeby śmiech był rozłożony i w zwolnionym tempie, żebym mógł sobie ulżyć, ale to technicznie nie byłby śmiech.
Przy tak długim czasie i pełnej obserwacji nie da się też grać kogoś innego. Prędzej czy później wychodzi prawdziwa natura. Często mamy jakąś wyobrażoną wersję siebie, ale w takich warunkach ona się rozpada. Zwłaszcza osoby wrażliwe szybko wyczuwają fałsz. Tu wszystko jest autentyczne.
Jak wyglądało poznawanie się z innymi uczestnikami?
Wchodziłem jako drugi, więc każda kolejna osoba była dla mnie niespodzianką. Z częścią się nie znaliśmy, tylko kojarzyliśmy się z widzenia. Żałuję, że nie było czasu na bliższe poznanie, ale to też tworzyło ciekawą dynamikę.
Widzowie często zastanawiają się, czy te reakcje są autentyczne.
Są. Czasem naprawdę nie wiesz, kim jest druga osoba. A z drugiej strony masz duety, które znają się świetnie - jak Adamska i Kulesza. I wtedy jako widz od razu czujesz, że "będzie się działo", bo one mają wspólną historię i intuicyjnie na siebie reagują.
Internauci zwrócili uwagę na jedzenie na planie. Co właściwie jedliście?
Były kiełbaski. Na początku myślałem, żeby coś smażyć, ale uznałem, że to może bardziej przeszkadzać niż pomagać.
Kilka miesięcy temu internet zachwycał się twoją parodią Grzegorza Brauna. Umiesz parodiować jeszcze jakichś innych polityków albo jakieś inne popularne osoby?
To ciekawe, bo parodia Brauna wyszła zupełnie przypadkowo. Kręciliśmy wtedy inny projekt, trwał gorący okres wyborczy i zacząłem się tym bawić. Wcześniej parodiowałem Krzysztofa Zanussiego, ale mam wrażenie, że to odniesienie jest coraz mniej czytelne dla młodszych widzów. Pomyślałem, że jeśli trochę zmodyfikuję sposób mówienia, to mogę zbliżyć się do Brauna - i faktycznie zadziałało. Najpierw jako żart na planie, a potem poszło dalej. Ale nie czuję się specjalistą od parodii, to raczej spontaniczne rzeczy.
Usłyszałeś ostatnio jakiś żart, który cię rozbawił?
Oczywiście chętnie się podzielę. Jest to bardzo aktualny dowcip i przy tej już naprawdę żenującej polaryzacji politycznej w naszym kraju. Ten żart pasuje do każdego ugrupowania politycznego. Przychodzi pan w garniturze do mechanika samochodowego, który wypełnia tabelki. Elegancko ubrany mężczyzna mówi: "Panie szefie, chciałbym przekręcić licznik". Mechanik pyta: "Ile w dół?". A on: "Nie, nie, w tym przypadku w górę". A mechanik na to: "Panie pośle, nie poznałem".
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Cezary Pazura o LOL-u: "Stres był tak duży, że żarty do mnie nie docierały."
- Nasz humor się zmienił. Mariusz Kałamaga o tym, co kochają Polacy
- Widziałam już 4. sezon LOL-a. Wiem, kto się śmieje ostatni - recenzja
- Polski program Prime Video pobije wielkie sci-fi? Widzowie umierają ze śmiechu
- Kim jest Jano? Zagadkowy uczestnik LOL: Kto się śmieje ostatni
Absolwentka studiów dziennikarskich. Robi to, co lubi, czyli pisze – o serialach i filmach. Miłośniczka kryminałów tych na ekranie i na papierze. W słuchawkach raczej rap, ale często też metal. Na co dzień poukładana, chociaż często zdarza jej się nabałaganić w słowach. Zakochana w Norwegii, dobrej, czarnej kawie i świeczkach z Pepco. Uwielbia rozmawiać i słuchać ludzi, dlatego marzy jej się napisanie reportażu, tylko jeszcze nie wie, o czym.