Z wywiadów w ramach kampanii promocyjnej filmu, wynikało, że jego gwiazdor i współtwórca, Brett Goldstein, uwielbia "stare, dobre rom-komy". Trudno więc inaczej czytać "Biurowy romans" jako chęć powrotu do tej ery i przypomnienia sobie, co w tym gatunku jest najlepsze. Czy to się udało?

Moja relacja z komediami romantycznymi na przestrzeni lat znacząco się poprawiła. Ba - pierwszy film, który widziałem świadomie i samodzielnie w telewizji to "Francuski pocałunek" ze znakomitym duetem Meg Ryan i Kevina Kline'a. Przez długie lata moja sympatia do tego gatunku uległa jednak erozji, nie czułem, że tytuły, które go reprezentują, oferują sobą coś ambitniejszego i mają ciekawe rzeczy do powiedzenia na temat współczesnych relacji międzyludzkich. Faktem jest jednak, że spora część widzów po prostu oczekuje, że popatrzy na pięknych ludzi, którzy z czasem uświadamiają sobie swoje uczucia. I to "Biurowy romans" zapewnia.
Biurowy romans - recenzja filmu. Powrót do tamtych, komediowych dni
Linie lotnicze Cruz Airlines to jeden z najważniejszych i najmocniejszych podmiotów w branży. Na czele firmy stoi charyzmatyczna oraz budząca respekt Jackie Cruz (Jennifer Lopez), będąca również córką jej założyciela i pilotką. Jej drogi przecinają się z Danielem Blanchflowerem (Brett Goldstein) - świeżo zatrudnionym w Cruz Airlines zaradnym prawnikiem, który dzięki swojej sprawności i fachowości szybko wyrabia sobie pozycję. Wbrew polityce firmy zakazującej związków w pracy, zawodowa więź Jackie i Daniela stopniowo zyskuje coraz bardziej prywatny wymiar, a bohaterowie muszą się pilnować, by pozostała sekretem.
Gdybym miał wybierać, kto był dla mnie większym magnesem do obejrzenia "Biurowego romansu", bez wahania wskazałbym na Bretta Goldsteina. Nigdy nie byłem wielkim fanem Jennifer Lopez ani jako aktorki, ani jako wokalistki, a w pierwszej z wymienionych profesji naprawdę ciężko mi przytoczyć jej rolę, którą bym uczciwie zapamiętał jako świetną. Ostatnie lata zdecydowanie należą do Goldsteina, który bardzo polubił się ze streamingiem, zwłaszcza spod znaku jabłka - jest współtwórcą "Terapii bez trzymanki" i aktorską gwiazdą "Teda Lasso". Sparowanie ze sobą tej dwójki i to do romkomu nie było w moim bingo na 2026 rok, ale trzeba brać, co dają (tym bardziej, że za reżyserię filmu odpowiada Ol Parker, znany chociażby z bliskiego memu sercu "Mamma Mia 2"). No właśnie, a co dają?
Komedię romantyczną, która nie wstydzi się tego, że mogłaby być stworzona 20 lat temu i na pierwszy rzut oka mało kto zauważyłby różnicę.
To podejście twórców jest jak moneta, mająca dwie strony. Tę dobrą stanowi fakt, że "Biurowy romans" od początku do końca nie próbuje oszukiwać, że ma jakieś wielkie ambicje wniesienia czegoś nowego do gatunku. Goldstein, będący współautorem scenariusza (obok współtwórcy "Teda Lasso", Joe Kelly'ego), mówił, że jest fanem "starej szkoły komedii romantycznych" i to widać. Przez to film nie ma w sobie praktycznie żadnego pierwiastka oryginalności, ale równocześnie gra z widzem w otwarte karty: wprost mówi, czego się spodziewać i jakie schematy fabularne zostaną powielone.

Negatywną stroną wspomnianej monety jest to, że równocześnie twórcy, wspólnymi siłami, próbują reaktywować kino, które jest przewidywalne od początku do końca - początkowe niezręczności rozwiną się w niewinny i zakamuflowany flirt, aż w końcu natrafimy na zakazaną miłość, której możliwe ujawnienie może pogrzebać karierę głównej bohaterki. A przynajmniej domyślnie. Wiele rzeczy jest tutaj niestety na słowo honoru: konflikt obojga, sekret Daniela związany z jego siostrą, w przypadku Jackie poczucie bycia traktowana jak "córeczka tatusia", zamknięcie się w skorupie pt. "twarda szefowa", czy nawet, skoro o tym mowa, sama pozycja głównej bohaterki.
Praktycznie nic z tego nie wybrzmiewa tak, by widz uznał, że mamy do czynienia z pełnokrwistą osobą.
Ja naprawdę zdaję sobie sprawę, że (zwłaszcza w kinie) bycie CEO nierzadko ogranicza się do funkcji reprezentacyjnej, ale skoro przez pół filmu usiłuje się nas przekonać, że Jackie jest wizjonerką, to dlaczego widz rzadko kiedy ma okazję się o tym przekonać? Nie oczekuję szczegółowego wykładu na temat współczesnego lotnictwa, ale "Biurowy romans" nie daje bohaterce pola do uwiarygodnienia się przed widzem. Żeby jednak nie było, że się uczepiłem postaci JLo - oglądanie Daniela w akcji jest też rzadkością. Co, zsumowane z innymi ledwo liźniętymi aspektami tej historii, znacząco osłabia poziom całości.
No dobra, to może chociaż na poziomie humoru i romansu film oferuje coś ciekawego? Nie będę zaprzeczał - przynajmniej w paru momentach ponadprzeciętnie się zaśmiałem, udzieliła mi się niezręczność sytuacji Jackie i Daniela, życzyłbym sobie, żeby komediowy wątek amerykańsko-brytyjskich różnic kulturowych był mocniejszy, bo "Biurowy romans" naprawdę dobrze sobie radzi na tym polu. Jeśli chodzi zaś o relację głównych bohaterów, to nie ma co owijać w bawełnę - nie są oni duetem, który będzie się pamiętać długo po napisach końcowych. Są uroczy, ale pikanterii jest tutaj dość niewiele. Wystarczająco, by się uśmiechnąć, zbyt mało, by temperatura zakazanego związku wylewała się z małego ekranu.

Za ten stan rzeczy odpowiedzialni są główni bohaterowie, grani przez Jennifer Lopez i Bretta Goldsteina. Widać, że drugi z wymienionych, zgodnie z tym, co mówi w wywiadach, podziwia swoją ekranową partnerkę - widać to w oku kamery, widać to w aktorskim poprowadzeniu postaci Daniela. Goldstein wykonuje tutaj bardzo poprawną robotę, bez większego pudła odzwierciedlając zakłopotanie swojego bohatera i próbę trzymania fasonu w momentach, w których jest to wyjątkowo trudne. Nie próbuje robić z siebie drugiego Hugh Granta - i dobrze.
Może moja aktorska niechęć do Jennifer Lopez miała tu wiele do powiedzenia, natomiast niestety, tak jak jej inne romkomowe kreacje mnie w większości nie przekonały, tak i "Biurowy romans" tego nie robi. JLo nie sprzedaje swojej postaci jako charyzmatycznej liderki, która chce udowodnić swoją wartość i zasłużone miejsce ni szczycie, a jej chemia z Goldsteinem też jest daleka od żywiołowości. Nie mówię, że są razem sztuczni, ale na tytuł najbardziej naturalnego filmowego duetu miłosnego, niestety nie zasługują. Show kradnie za to Betty Gilpin w świetnej, zabawnej i rysowanej grubą kreską roli Sydney - pragnącej wszystko wiedzieć przyjaciółki Jackie i zarazem niezwykłej pracoholiczki.
Uspokajam - "Biurowy romans" nie jest jednym z tych hallmarkowych, mdłych i pozbawionych większej wartości, filmopodobnych produktów, które streamingi tworzą, by zapełnić swoją ofertę, niezależnie czym. To tytuł, który można bezboleśnie obejrzeć, pośmiać się parę razy, uśmiechnąć. Konia z rzędem jednak temu, kto tydzień po seansie będzie o nim pamiętał.
Więcej o Netfliksie poczytasz na Spider's Web:
- Netflix pokazał nowości na czerwiec 2026. Tak to się robi
- Czy będzie 2. sezon The Boroughs? To hit Netfliksa
- Nowy serial fantasy Netfliksa jest ubóstwiany za granicą. A w Polsce cisza
- Dom z papieru może dostać 6. sezon. Co już wiadomo na ten temat?
- Netflix pokazał zwiastun filmu Kolory zła: Czerń. Doczekaliśmy się



















