REKLAMA

Jeden z najwspanialszych filmów dekady w streamingu. Wiecie, co z nim zrobić

Są filmy i są filmowe monumenty - w drugim przypadku przytłaczająca doniosłość i zawzięte starania, by uczynić obraz wielkim, nieraz drenują obraz z duszy. Są też jednak filmy monumentalne, a pełne serca i wrażliwości. Taki właśnie jest „Brutalista”, który trafił ostatnio do oferty serwisu streamingowego CANAL+. Jeśli jeszcze go nie widzieliście, to koniecznie poświęćcie mu czas w ten weekend. Już tłumaczę, dlaczego warto.

brutalista canal plus
REKLAMA

„Brutalista” Brady’ego Corbeta to przede wszystkim wielki epos o emigracji, traumie, sztuce w zestawieniu z ideą amerykańskiego snu. „Wielkość” filmu dotyczy również jego objętości, trwa on bowiem ponad trzy i pół godziny, co poskutkowało wprowadzeniem przerw w kinowych seansach. Nie obawiajcie się jednak - obraz się nie dłuży (zresztą: w domu możecie rozłożyć go sobie na przykład na dwie raty), a jego fabuła jest w gruncie rzeczy dość prosta.

Akcja rozpoczyna się w 1947 roku. László Tóth (Adrian Brody), węgiersko-żydowski architekt i ocalały z Holokaustu, przyjeżdża do Stanów Zjednoczonych, próbując rozpocząć nowe życie. Przed wojną był utalentowanym architektem związanym z europejskim modernizmem i Bauhausem, ale wojna - siłą rzeczy - zniszczyła jego karierę (i znacznie więcej).

Zatem w Ameryce zaczyna praktycznie od zera. Trafia do Filadelfii, gdzie próbuje odbudować swoją pozycję zawodową, a jednocześnie czeka na możliwość sprowadzenia do USA żony Erzsébet i siostrzenicy Zsófii, które pozostały w Europie. Los protagonisty zmienia spotkanie z Harrisonem Lee Van Burenem (Guy Pearce), absurdalnie bogatym amerykańskim przemysłowcem. Van Buren dostrzega w László zmysł i talent - wkrótce proponuje mu stworzenie ogromnego projektu architektonicznego. W ten sposób rozpoczyna się relacja artysty i jego bogatego mecenasa - z jednej strony dająca László możliwość realizacji największego dzieła życia, z drugiej uzależniająca go od ekscentrycznego człowieka posiadającego ogromną władzę, pieniądze i ego.

REKLAMA

Brutalista, czyli co obejrzeć w serwisie streamingowym CANAL+?

Podkreślę: László Tóth jest postacią całkowicie fikcyjną. Film nie opowiada prawdziwej historii konkretnego architekta i nie jest żadną biografią. Również Harrison Lee Van Buren jest postacią wymyśloną. A jednak „Brutalista” jest fikcją osadzoną w prawdziwej historii. W końcu główny bohater to kompozycja kilku rzeczywistych architektów (najważniejszym punktem odniesienia był Marcel Breuer, architekt związany z Bauhausem, który później wyemigrował do USA i stał się jednym z ważnych przedstawicieli modernizmu i brutalizmu). Kluczowa różnica polega na tym, że Breuer i inne najważniejsze inspiracje wyjechały z Europy jeszcze przed II wojną - tymczasem protagonista oscarowego obrazu przeżył Holokaust, co ma ogromne znaczenie dla fabuły.

Sercem filmu - a raczej jego częścią - pozostaje relacja architekta z Van Breunem. Film zastanawia się m.in. nad tym, co artysta jest gotów poświęcić, żeby móc tworzyć. Pyta też, co dzieje się z człowiekiem, który próbuje odzyskać własne życie w kraju, który teoretycznie oferuje mu wolność, a jednocześnie wymaga podporządkowania się regułom tych na szczycie, najbogatszych, najbardziej wpływowych, kreujących rzeczywistość, wyzyskujących.

Historia Corbeta - mimo objętości - nigdy nie rozłazi się na boki ani nie schodzi z wyznaczonej ścieżki, nie gubi kierunku. Jest długa, owszem, ponieważ jej temat sam w sobie cechuje się ogromną skalą, a twórca potrzebuje czasu, by odpowiednio pogłębić swoich bohaterów. Choć rozgrywa się na przestrzeni dekad, opowieść przez cały czas pozostaje zadziwiająco konkretna, a zarazem pełna szczegółów. Jest też reżysersko precyzyjna, a zdjęcia Lol Crawleya - realizowane na taśmie 35 mm, z charakterystyczną niewielką głębią ostrości - wspaniale współgrają z jej tonem. W ogóle całość to projekt niezwykle przemyślany, każdy jego komponent doskonale uzupełnia się z pozostałymi.

Całość wymyka się łatwemu szufladkowaniu; mówi o wielu rzeczach, nie naciskając uparcie na żadną z nich. Mamy tu motywy uzależnienia, migracji, nierówności, komentarz na temat kapitalizmu, syjonizmu, klasowości, przemocy, wreszcie: tworzenia. Uwielbiam też to, że w „Brutaliście” artysta cierpi, ale nie dla sztuki - raczej przez to, co wyrządza mu historia. Choć odbierano mu marzenia i wolność, na wiele sposobów, on wciąż działa, bo tego potrzebuje. Tworzenie jest sposobem odzyskania siebie, tożsamości, a jednocześnie próbą zmierzenia się z kompromisami, z wymogiem podporządkowania. To - i wiele więcej. Mocno antyamerykański wydźwięk to wisienka na wykwintnym torcie. Wspaniałe kino.

FILM OBEJRZYSZ W SERWISIE STREAMINGOWYM CANAL+ W RAMACH ABONAMENTU.

REKLAMA

Czytaj więcej w Spider's Web:

REKLAMA
Michał Jarecki
Redaktor

Dla Rozrywka Spider’s Web najchętniej bloguje o branży filmowej, krytycznym (lub pełnym uwielbienia) okiem przyglądając się nowościom na ekranach kin i w serwisach streamingowych. Kinoman, filmoznawca, szczerze miłujący zarówno arthouse, jak i naszpikowane akcją popcorniaki. Niemal cały swój czas wolny poświęca kulturze w najróżniejszych jej formach. Wciąż dokształca się filmoznawczo; o sztukach wizualnych pisze od lat, początkowo raczej hobbystycznie, a od dłuższego czasu – zawodowo. Gościł w Radiowej Czwórce czy telewizji publicznej; można go było przeczytać m.in. w miesięczniku „Kino”, „Nowej Fantastyce” czy na łamach innych serwisów (recenzje, felietony, newsy, wywiady).

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA