Po "Pszczelarzu" Jason Statham nie ma dobrej passy. Poprzednie filmy nie były - delikatnie mówiąc - najlepsze. Wchodzący właśnie na ekrany kin "Buntownik" na pewno je przebija. Ale czy bije je na głowę?

Jason Statham to nowy i znacznie lepszy Steven Seagal. Bo tak jak on stał się specjalistą od ról byłych kozaków, obecnie ludzi szukających spokoju - hodujących pszczoły ("Pszczelarz"), pracujących na budowie ("Fachowiec") czy mieszkających w opuszczonej latarni morskiej samotników ("Samotnik"). Nie inaczej jest w przypadku "Buntownika". Tym razem aktor wciela się w byłego członka policyjnych służb specjalnych, który pracuje jako ochroniarz dla pewnego bogacza. Gdy jego szef zostaje zamordowany, rusza tropem zabójców, trafiając na statek. W ten sposób rozpoczyna się ta "Szklana pułapka" na pełnym morzu.
Bo ścigany obecnie przez policję za zabójstwo szefa Cole Reed niczym John McClane porusza się po wąskich szybach i z ukrycia atakuje kolejnych przestępców. Jak się bowiem okazuje, pracownicy należącej do jego pracodawcy firmy przewozowej postanowili sobie dorobić na handlu ludzi. W kontenerach transportują więc młode kobiety, w tym matki z dziećmi. Od teraz grany przez Stathama bohater nie tylko zamierza się zemścić, ale też wymierzyć złoczyńcom sprawiedliwość.
Buntownik - recenzja filmu akcji z Jasonem Stathamem
Prosta jak kurs wyznaczony linijką fabuła nie jest na pewno problemem. Filmów ze Stathamem nie ogląda się dla niuansów i pogłębionej psychologii bohaterów. Chce się w nich zobaczyć, jak brytyjski twardziel kopie tyłki hordzie przeciwników. I pod tym względem "Buntownik" działa. O ile "Samotnik" przegrywał, stawiając na realistyczne sceny akcji, o tyle Jean-Francois Richet zmierza w przeciwnym kierunku. Odrealnia swoją opowieść w najlepszy możliwy sposób - PRZEMOCĄ!
Fani Stathama dostają momentami dokładnie to, po co przyszli. Jak Cole chwyta za kłódkę i rozrywa nią przeciwnikowi policzek, idzie zrobić "aua". Gdy łamie komuś kark drzwiami, wypowiada się głośne "och", a kiedy z hakiem rybackim walczy w finałowym starciu, dłonie same składają się do oklasków. W ten sposób mierzy się jakość akcyjniaków z łysym gwiazdorem. Dlatego nawet jeśli jesteśmy oblewani ewidentnie wygenerowaną w CGI krwią, frajdy podczas seansu nie brakuje. Tylko jest jej za mało. Richet łapie konwencję tylko w jednej trzeciej.
Przede wszystkim reżyser zbyt często każe chwytać Stathamowi za broń.
On powinien się głównie naparzać, a nie strzelać do celu. Tym bardziej że przy okazji traci charakterystyczny dla siebie luz. Przecież jeszcze u Guya Ritchiego błysnął nie tyle twardymi pięściami i widowiskowymi kopniakami, co autoironią. Za nią go pokochaliśmy i uwielbiamy, gdy prócz powalania złoli rzuci jakimś suchym one-linerem, albo zrobi krzywą minę, która pokazuje dystans do samego siebie. W "Buntowniku" okazuje się całkowicie poważny. Nie potrafi nawet pożartować z Angie - swoją jedyną sojuszniczką na statku - i z zaciętym wyrazem twarzy biega po schodach i wspina się po drabinach.
Jak na osobę, która w swojej karierze nieraz zajmowała się również montażem, Richet ma poważny problem ze złapaniem rytmu i utrzymaniem tempa. Wydłuża sceny przechodzenia między miejscami, chyba na siłę próbując wydłużyć czas trwania filmu do tych 95 minut. Jakby dynamika opowieści nie cierpiała przy tym wystarczająco, lubi też dokładnie tłumaczyć tok myślowy swoich bohaterów. Wojskowi z krążącego gdzieś w okolicy statku odkrywają historię mrocznej przeszłości Cole'a, dochodząc do wniosku, że nie może on być jednym ze złych. A przecież jakieś pół godziny wcześniej Cole dostał się do doków na paszport zabitego złola, który był do niego podobny tylko z fryzury.
"Buntownik" narzuca więc umowność, a jednocześnie boi się dziur logicznych. Szuka przez to pretekstów do scen akcji, tracąc impet. Z tego właśnie względu dostajemy produkcję, która znacznie lepiej niż w kinach odnalazłaby się w streamingu. Bo przecież ogląda się ją dla momentów. Wszystko, co pomiędzy brutalnymi starciami chciałoby się przewinąć albo przynajmniej przegadać z kumplami, jak przy seansach za dobrych VHS-owych czasów. Tym samym film wyprowadza kilka celnych ciosów, ale nie udaje mu się widzów znokautować.
"Buntownik" już w kinach.
Więcej o filmach z Jasonem Stathamem poczytasz na Spider's Web:
- Film ze Stathamem wpadł na Prime Video 2 dni przed premierą w kinie. Ręka się omsknęła?
- Nowy film akcji z Jasonem Stathamem dokopał się na VOD. Przed chwilą leciał w kinach
- Pszczelarz 2: do nowej części wraca kluczowy bohater
- Jason Statham spuszcza łomot zbirom, a Fachowiec robi to samo logice
- "Pszczelarz" jest głupi jak but. Bawiłem się przednio - recenzja
- Tytuł filmu: Buntownik
- Rok produkcji: 2026
- Czas trwania: 95 minut
- Reżyser: Jean-Francois Richet
- Obsada: Jason Statham, Chaneil Kular, Andrew John Tait
- Nasza ocena: 5/10
- Ocena IMDB: 5,7/10
W serwisie Rozrywka.Blog zajmuje się przede wszystkim filmem. Jest miłośnikiem kina gatunkowego. Kiedy nie ogląda naparzających się superbohaterów Marvela, to prawdopodobnie rozpływa się nad eksploatacyjną obskurą. Poza tym jego teksty można znaleźć m.in. w „Kinie”, „Netfilmie” czy „Magazynie filmowym”. Jest współautorem monografii „Europejskie kino gatunków 2” i leksykonu „1000 filmów, które tworzą historię kina”. Zdarzyło mu się też publikować opowiadania. Znajdziecie je m.in. w antologiach „Mapa Cieni” i „Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2020. Tom 2”.