Od środy na ekranach kin można oglądać "Clayface" - najnowsza produkcja ze stajni DC, osadzony w gatunku body horroru. Jako, że superbohaterskie uniwersa charakteryzują się skłonnościami do scen po napisach, sprawdzamy, czy i w tym filmie się znalazła.

Głównym bohaterem filmu jest Matt Hagen (Tom Rhys Harries) - zdolny i ceniony aktor, którego właśnie nominowano do Oscara. Celebracja sukcesu posuwa się jednak na tyle daleko, że główny bohater podpada bossowi przestępczego półświatka z Gotham i zostaje przez niego brutalnie okaleczony. Wkrótce wszyscy odwracają się od Matta, a zrozpaczony mężczyzna, po kolejnych nieudanych operacjach, dowiaduje się o badaniach prowadzonych przez Caitlyn Corr (Naomi Ackie). Z czasem przekonuje ją do eksperymentów na sobie samym. Choć początkowo wszystko zdaje się być w porządku, główny bohater zaczyna przechodzić przerażającą przemianę.
Clayface - czy jest scena po napisach? Sprawdzamy
Filmy będące częścią uniwersum superbohaterskiego, komiksowego, zwykle są składnikami większych historii, a sceny po napisach często służą do tego, by podrzucić pewien trop, zasugerować dalszy kierunek lub wprost - potencjalny sequel. "Clayface", wyreżyserowany przez Jamesa Watkinsa horror, co do zasady jest częścią DCU, trzecim filmem spod tego szyldu, po "Supermanie" i "Supergirl". W związku z tym zasadne były pytania, czy dostaniemy jakiś sygnał - choćby w postaci sceny po napisach - który mógłby połączyć te tytuły, wpisać głównego bohatera w szerszą opowieść.

Marvel przez lata przyzwyczajał swoją publiczność do kolejnych scen po napisach, które "zostawiały ślady" mające znaczenie w kontekście przyszłych filmów. Tu jest inaczej - np. ostatnia produkcja spod szyldu DCU, "Supergirl" zakończyła się wraz z napisami końcowymi, bez sugestii powrotu w konkretnych okolicznościach. "Clayface" kontynuuje ten trend - film Jamesa Watkinsa nie zawiera bowiem żadnej sceny po napisach.
Sytuacja ta to nie tylko znak, że po zobaczeniu napisach końcowych można bezpiecznie opuścić salę kinową, ale również, że póki co należy traktować "Clayface'a" przede wszystkim jako samodzielny film, pozbawiony konkretnych powiązań, które ewentualnie mogłyby mieć znaczenie w przypadku kolejnych produkcji. Głos w tej sprawie zabrał nawet sam James Gunn, współprzewodniczący DC Studios. Oto co zamieścił w swoim wpisie na portalu Threads:
Saga Supermana zaczyna się od "Supermana" i przenosi się do "Człowieka jutra" i dalej, i zawiera wiele postaci, które przedstawiliśmy w innych historiach. Ale to nie znaczy, że te historie istnieją tylko jako wstęp do tego, co się tam dzieje. Chciałbym, żeby ludzie oglądali "Clayface'a", bo to świetny, zabawny horror sam w sobie, a nie dlatego, że Clayface pojawi się w trzech filmach za chwilę.
Gunn wysyła zatem czytelny sygnał: nie ma co patrzeć na każdy film przez pryzmat tego, czy główną postać zobaczymy w kolejnych częściach uniwersum. W myśl tego, "Clayface" jawi się jako samodzielny projekt, stojący na własnych, glinianych. Jeśli ta postać zostanie włączona w szerszą perspektywę, nie będzie to zaskakujące ani dziwne, ale jeśli to się nie wydarzy, nie ma co się załamywać.
Czytaj więcej w Spider's Web:
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.