REKLAMA

Clayface’a pocięto nożem. A była szansa na dobry film DC

James Gunn chciał mieć następcę „Jokera”. Czy jego nowy film to potencjalnie solidny fundament pod DC Universe, czy też szmira na glinianych nóżkach? Tak.

OCENA :
6/10
Clayface’a pocięto nożem. A była szansa na dobry film DC
REKLAMA

Najnowszy film na podstawie komiksów DC jest trochę jak ten pierwszy „Joker”, który okazał się globalnym fenomenem. „Clayface” również stawia w centrum niezrównoważonego złoczyńcę, ale niejaki Matt Hagen niestety królowi zbrodni nie dorasta do pięt - chociaż i on nabawił się poszerzonego uśmieszku. Na papierze jest zaś dokładnie tym, czego DC na tym etapie potrzebuje.

REKLAMA

Skąd się w ogóle wziął Clayface i co oznacza jego ksywa?

To łotr DC, ściśle powiązany z Batmanem. Postać o tym przydomku po raz pierwszy pojawiła się na kartach „Detective Comics” #40 z czerwca 1940 r. i był nim Basil Karlo. Na zmiennokształtnego potwora noszącego to miano musieliśmy poczekać 21 lat, aż do debiutu drugiego Clayface’a, którym był Matt Hagen. Scenarzyści serialu „Batman: The Animated Series” złączyli ich potem w jedną postać.

REKLAMA

DC Studios poszło w podobnym kierunku. Warto też dodać, iż kolejne iteracje Clayface’a to zwykle złoczyńcy, aczkolwiek Basil Karlo w nowej inkarnacji został… sojusznikiem Bruce’a Wayne’a. Swoje na sumieniu ma, ale nie jest zły do szpiku kości, a w niecne towarzystwo pchnęły go niesprzyjające okoliczności. To postać tragiczna, niczym Arthur Fleck z „Jokera”. Matt Hagen jest inny.

Clayface od DC zmierza do kin akurat na Halloween

Nowy film jest częścią filmowego cyklu DC Universe od Jamesa Gunna i Petera Safrana. W produkcji próżno jednak szukać superbohaterów, jak w „Supermanie”, „Supergirl” czy „Latarniach” oraz… Batmana. „Clayface” jest produkcją kameralną, skupiającą się wyłącznie na protagoniście i jego mrocznej historii. Matt Hagen, którego poznajemy, jest zaś młodym, odnoszącym sukcesy aktorem. Do czasu.

REKLAMA

Pewnego dnia mężczyzna zostaje zaatakowany, w wyniku czego jego twarz zostaje pokryta licznymi bliznami. Zdesperowany, ogołocony przez sępy z kasy, szuka ostatniej deski ratunku, którą okazuje się pewna ambitna pani doktor. Aktor poddaje się eksperymentalnej terapii z użyciem nanobotów sterowanych przez AI. A my dzięki plakatom i zwiastunom doskonale wiemy, jak to się skończy.

REKLAMA

No i niestety „surfującym Draculą” to on nie jest

Fani, którzy znają Clayface’a z komiksów i liczyli na to, że przez większość czasu będzie w swej docelowej, glinianej formie, mogą być rozczarowani. Film mozolnie prowadzi nas przez origin story postaci, a przed pierwszą przemianą zacząłem się wiercić w kinowym fotelu. Dopiero pod sam koniec akcja rusza z kopyta - ale już tylko na chwilę, bo potem lecą napisy końcowe (i to bez sceny po nich).

Nie oczekiwałem jednak, iż przez większość czasu Matt Hagen będzie kupką gliny. Nowy film nie chce być bowiem opowieścią o potworze, tylko o człowieku, którego zawiodło społeczeństwo. Na naszych oczach popełnia głupie błędy, często wielokrotnie, a tak jak mu może nie kibicujemy, gdyż robi złe rzeczy, tak przynajmniej współczujemy. Coś podobnego mogłoby spotkać w końcu każdego z nas.

REKLAMA

I dlatego ogromnie żałuję, że Clayface nie dowiózł

Twórcy mieli kilka dobrych pomysłów na konkretne sceny, zwłaszcza w kulminacyjnym momencie - a przy tej w samolocie nawet odwracałem wzrok od ekranu, co mi się niemal nigdy nie zdarza. Mimo to reżyser James Watkins nie stanął na wysokości zadania. I nie chodzi nawet o to, że wszystkie zwroty akcji można wyczuć z kilometra, bo historia, choć prostolinijna, to nawet trzyma się kupy.

REKLAMA

Wygląda na to, że Clayface został skrzywdzony nie tylko fabularnie i na stole montażowym, ale również podczas prac nad scenariuszem. W filmie dostrzegam ślady po wątkach, które wycięto i to nawet w zakończeniu! Przemiany, jakie zachodzą w zachowaniu bohaterów, często nie są odpowiednio umotywowane fabularnie, a ich historia czasem gubi nawet związek przyczynowo-skutkowy.

A takiego braku chemii jak między Mattem Hagenem i dr Caitlyn Corr to dawno nie widziałem

Główny bohater, a jakże, zakochuje się w kobiecie, od której wybłagał, by zaczęła nad nim eksperymentować przed ukończeniem testów klinicznych. Pokraczny trójkącik miłosny, do którego trafił Bogu ducha winny narzeczony, w zasadzie nie ma sensu. Wygląda to tak, jakby dopisano ten wątek pod koniec, na kolanie, aby odhaczyć tabelkę, którą z plecaka wyciągnął pierwszoroczniak z filmówki.

REKLAMA

Utożsamianie się z głównym bohaterem również nie przychodzi łatwo. Tak jak z początku można zrozumieć, dlaczego oderwany od normalnego życia aktor popełnia szkolne błędy, tak w chwili, gdy je powtarza, ma się ochotę go zdzielić po łbie. W dodatku Matt Hagen na zmianę bywa całkiem rozsądny i bezdennie głupi, ale jeśli zamysłem było to, iż to wina nanobotów, to z filmu to nie wybrzmiewa.

REKLAMA

Gra aktorska postaci drugoplanowych również leży i kwiczy

Tak jak Tom Rhys Harries w tytułowej roli wypada nieźle, tak partnerujący mu aktorzy - już nie. Miałem wrażenie, jakby na planie znaleźli się przypadkiem lub za karę i nie do końca pamiętali kwestie, stojąc jak wid… jak kołki i deklamując słowa bez emocji. Miałem wrażenie, że oglądam fanfilm, a nie pełnoprawną hollywoodzką produkcję DC Studios, które przecież potrafi kręcić niezłe rzeczy.

„Clayface” jest kampowy, ale traktuje siebie śmiertelnie poważnie, co jest przecież najgorszym połączeniem. Nie ma tu w zasadzie żadnych scen humorystycznych, a i tak podczas seansu prasowego sala wielokrotnie się śmiała w głos. Coś takiego podczas oglądania horroru skutecznie usuwa jakiekolwiek resztki zawieszenia niewiary. Suspens ulatuje, niesmak zostaje.

No i gdzie w tym wszystkim podział się Mike Flanagan?!

Uwielbiam tego gościa, który dał nam takie serialowe hity od Netfliksa jak „Nawiedzony dom na wzgórzu” i „Nocna msza” oraz solidny film „Doktor Sen” będący kontynuacją kultowego „Lśnienia”; to on odpowiada też za nową „Carrie” w Prime Video. Spodziewałem się, że artysta z takim dorobkiem da nam pełnokrwisty horror psychologiczny, a „Clayface” będzie soczystym studium przypadku.

REKLAMA

Niestety tak jak Mike Flanagan faktycznie napisał scenariusz, tak odciął się od „Clayface’a” mówiąc, iż zrobił dla DC Studios robotę, ale finalnego filmu na parę dni przed premierą nie widział. Sugeruje, iż Hossein Amini jego historię pociachał niczym Szabo twarz Matta Hagena i z produkcją chyba nie chce mieć już nic wspólnego. Na jego miejscu poprosiłbym wręcz o to, by jego nazwisko wykreślić z listy płac.

REKLAMA

Tyle dobrego, że James Gunn nie przepalił na Clayface’a fury gotówki

Film wedle szacunków kosztował studio 44 mln dol., co jak na produkcję na podstawie komiksów jest niezłym wynikiem. Zdjęcia trwały przy tym krótko, jedynie od sierpnia do listopada ubiegłego roku, a postprodukcja niecałe 12 miesięcy. Ogromnie przy tym żałuję, że nad filmem nie popracowano ciut dłużej, a wejścia na plan nie opóźniono. Potencjał był, ale go nie wykorzystano.

Patrząc za fasadę niezamierzonej komiczności, można dostrzec te dobre pomysły na sceny, a ta, w której Matt Hagen po raz pierwszy w pełni korzysta ze swoich zdolności, została akurat świetnie nakręcona. Niestety rzutuje na nią masa innych, które miały być pomostem między tymi kluczowymi ujęciami, ale nie zostały do reszty dostatecznie dobrze dopasowane.

REKLAMA

Jeśli mimo to chcesz obejrzeć „Clayface’a”, to lepiej zrób to sam

DC Universe raczkuje, a fani niezrażeni fiaskiem w postaci „Supergirl” mogą chcieć na tym etapie wciągać nosem wszystko, co James Gunn do kin wypchnie. W przypadku „Clayface’a” polecam jednak albo wybrać się na seans do kina w ciągu dnia, gdy sala będzie pustawa, albo poczekać na premierę w HBO Max, by obejrzeć film w domowym zaciszu, bo śmiech postronnych naprawdę nie pomaga…

REKLAMA

„Clayface” budzi we mnie też obawy o przyszłość cyklu, bo filmy Jamesa Gunna wypadają tak sobie, podczas gdy konkurencyjne Marvel Studios obudziło się z letargu. Uniwersum ratują seriale, ale nowi włodarze Warner Bros. z pewnością w przypadku marki DC liczą na hity box office, a nie wypełnianie pustki po filmach Sony bez Spider-Mana na podstawie komiksów ze Spider-Manem. Ech.

„Clayface” debiutuje w kinach dziś, tj. 23 października 2026 r.

PS Warto też w ramach ciekawostki dodać, że ten złoczyńca w DCU nie pojawia się tu po raz pierwszy. Widzieliśmy go już w pierwszej produkcji będącej oficjalnie częścią cyklu DC Universe, którą była animacja „Koszmarne komando”, a Rick Flag Sr. natknął się tam na Clayface’a w pełnej krasie. Film jest tym samym prequelem, a jego akcja osadzona jest przed „Supermanem”.

Piotr Grabiec
Redaktor

Dziennikarz działu technologie, w Grupie Spider’s Web od 2012 r. Ekspert w tematyce Apple'a, który w swoich tekstach skupia się również na telekomunikacji i grach wideo. Jest też felietonistą działu Spider's Web Rozrywka, gdzie prowadzi cykl #Nerdcorner poświęcony komiksom, superbohaterom, Gwiezdnym wojnom i wszystkiemu innemu, co geekowe. Jako nastolatek pisał do czasopisma Bike Action i administrował jego forum, a w latach 2011-2016 współpracował z IDG Poland przy magazynie PC World. Odwiedza najważniejsze branżowe targi na całym świecie, wizytuje plany zdjęciowe i pojawia się jako ekspert w telewizji oraz w radiu. W wolnym czasie jeździ na rowerze i łapie Pokemony, a w sieci używa nicka pgkrzywy.

REKLAMA
REKLAMA