Polskie kino wciąż bywa niepotrzebnie spisywane na straty, padają sugestie, że nie ma do zaoferowania więcej niż to, co jest w stanie "zreplikować" z zagranicy. Film Julii Rogowskiej już na poziomie pomysłu wysyłał jasny sygnał, że jest zupełnie odwrotnie. Szczerze trzymałem kciuki za to, by rzeczywistość zweryfikowała ten koncept pozytywnie. Czy tak się stało?

Czas, który nie nadszedł", to z pewnością najgłośniejszy film w karierze reżyserki, która do tej pory nie miała na swoim koncie zbyt rozpoznawalnych tytułów. Co więcej, w pełnometrażowym kinie fabularnym, Julia Rogowska jest, podobnie jak scenarzystka Małgorzata Piłacińska, debiutantką. Ich film trafił do konkursu głównego, w którym konkurencja jest dość silna i zacna - walczą bowiem o nagrodę w towarzystwie nazwisk takich jak Holoubek, Komasa, Smoczyńska, Domalewski. Umówmy się, w tym gronie niełatwo wygrać, a nawet się przebić, ale nie jest to niemożliwe - w zeszłym roku szlak innym debiutant(k)om przetarła chociażby Emi Buchwald. Z tym większym zaciekawieniem spoglądałem więc na kolejny świeży projekt na liście kandydatów do nagród i trzymałem kciuki, żeby się udał.
Czas, który nie nadszedł - recenzja filmu. Umrzeć naturalnie, czy żyć sztucznie?
Sara (Anna Bieżyńska, w dorosłej wersji - Agata Kulesza) i Oskar (Dobromir Dymecki) to dwójka młodych ludzi, których połączyła przelotna znajomość. Przed ich miłością stała ogromna szansa w postaci przełomowej kuracji antygeriatrycznej, dzięki której nie tylko można było zapewnić sobie młodość, ale (może) przede wszystkim stać się częścią nowego społeczeństwa. Oskar postanowił wykorzystać tę szansę, lecz Sara postanowiła odmówić, wskutek czego trafiła do specjalnego, izolującego resztę od cywilizacji, ośrodka, gdzie podlega naturalnemu procesowi starzenia się. Wkrótce udaje się jej uciec, a następnie - spotkać z dawnym ukochanym, który wiedzie nowe, ustabilizowane życie. Konfrontacja po latach uwalnia długo skrywane emocje.
Choć nie jest wprost powiedziane, kiedy rozgrywa się akcja filmu, dość naturalnie przychodzi myśl, że dzieje się to w teraźniejszości lub niedalekiej przyszłości (na pewno później, niż w 2020 roku - słyszymy bowiem w radiu "BUBBLETEA" Darii Zawiałow i Quebo). Ta, zdominowana przez postęp naukowy, prezentuje nam świat wyraźnie podzielony i niesprawiedliwy. Już w pierwszych minutach "Czasu, który nie nadszedł", otrzymujemy bowiem kluczowe informacje - władza w kraju trafiła w ręce młodych, a starsi obywatele, pozbawieni perspektyw na zapisanie się do nowej elity kraju, zostali postawieni przed życiowym wyborem: albo sztucznie odzyskać młodość i pozycję w społeczeństwie, albo zachować starość i skazać się na życie w odseparowaniu od świata zewnętrznego.
Sam ten temat jest zarysowany dość mgliście. Oczywiście, nie trzeba opowiadać całego origin story i prędko idzie zrozumieć, w jakiej rzeczywistość się znajdują bohaterowie. Mam jednak pewien niedosyt, jeśli chodzi o to, jak jest nam pokazywany świat przedstawiony. Sara, Oskar i pozostali bohaterowie stanowią różne strony tego samego, panującego systemu, a żeby dobrze zrozumieć stawkę, wyrzeczenia i to, dlaczego są oni w tym konkretnym miejscu, uważam, że należałoby trochę więcej czasu poświęcić właśnie systemowi. Jak wyglądał proces, który doprowadził do systemowego i społecznego wykluczenia starości? Kto to tego doprowadził? Jak "młodzi" przejęli władzę? Lubię niedopowiedzenia w kinie, ale nie zawsze i nie wszędzie. Nie mamy bowiem do czynienia z czymś, co rozgrywa się w tle. Ba, nowa struktura społeczeństwa to absolutny fundament wydarzeń rozgrywających się w ramach filmu, główny powód, dla którego Sara i Oskar mają tak skomplikowaną relację.
Twórczynie zdecydowały się, by na wierzch wyciągnąć właśnie to, co łączy głównych bohaterów i dopiero na ich podstawie "dobudować" intelektualne dywagacje.
Choć miałem swoje wątpliwości co do tego typu proporcji, przyznaję z zadowoleniem, że ta decyzja się dobrze broni. Sara płaci trudną cenę za wybór, którego dokonała - jest de facto pozbawiona wolności, skazana na to, by jak w więzieniu układać się z kim trzeba, by mieć zaopatrzenie, by patrzeć codziennie, jak pod płaszczykiem opieki ze strony systemu, ma miejsce opresja. Gdy wydostaje się z ośrodka, prędko zwraca uwagę młodych, ci patrzą na nią, jak na dziwadło, atrakcję, której nie widzieli, albo coś, co nie powinno istnieć w ich otoczeniu. W trakcie konfrontacji z rodziną Oskara bohaterka słyszy, że w tych ośrodkach to pewnie mają wielkie luksusy i to jeszcze, cytując klasyka, "fundowane z naszych podatków". Między innymi dzięki temu wątki poruszane przez twórczynie składają się w uniwersalną historię o wykluczeniu, które jest tak sprzedawane społecznie, by było uznawane za pożyteczne racjonalne. Na miejscu wieku mogłyby być też np. kolor skóry, religia lub orientacja - każda klasa rządząca zawsze chętnie znajduje sobie wroga, by usprawiedliwić swoje nieetyczne działania.

Za pomocą wątku Oskara, Rogowska sprawnie toczy dialog z idealistycznym myśleniem głównej bohaterki. Nie bez racji podsuwa, że skorzystanie z takiej kuracji dałoby Sarze korzyści - czy to udział w społeczeństwie, czy wspólne życie z ukochanym, czy młode ciało. Ona zaś wybrała obejście systemu w imię wartości, którą podziela wymierająca mniejszość, moralną słuszność, z którą mało kto się zgadza. Film wybiera najlepszą możliwą ścieżkę w postaci braku jednoznacznego osądu działań bohaterów. Tym bardziej, że z czasem dowiadujemy się, że tak jak wybór naturalnego starzenia się jest obarczony wyrzuceniem na społeczny margines, tak i sztucznie nabyta młodość ma swoje limity.
Choć i tak twórczynie nie ukrywają, po czyjej stronie stoją oraz co piętnują, nie narzucają widzowi, by myślał w jeden, określony sposób, dostrzegają niuanse.
Przykładem tego jest bardzo prosty i zarazem pomysłowy dialog, w którym Oskar pyta Sarę, czy myślała, co by było, gdyby podjęła inną decyzję, na co ona odpowiada "To ty podjąłeś inną decyzję". To właśnie w tego typu kameralnych scenach, kryje się największa siła filmu. "Czas, który nie nadszedł" jest bowiem, bardziej niż wszystko wymienione, chwytającą za serce i błyskotliwą historią ludzi, których rozdzieliła nie tylko różnica w poglądach, ale także, będąca jej efektem, sztucznie wywołana, znaczna różnica wieku.
Sara jest dojrzałą kobietą, której wciąż daleko do "zupełnej starości", ale zdająca sobie sprawę ze swojego położenia. Przed laty będąca wolnym duchem, który chętnie uciekał i uwierzył w miłość, dziś złamana, pozbawiona wiary, pragnąca wolności i za sprawą ponownego spotkania z Oskarem, rozdrapująca ranę, w pewnym sensie zmuszona do patrzenia na życie, które mogła mieć, gdyby się zgodziła na kurację. Nie pomija również uczuć mężczyzny, który od początku ich znajomości wierzył, że spędzą razem życie i zestarzeją się. Jego frustracje i patrzenie na działania Sary jak na bezskuteczną oraz szkodliwą rebelię, mają sens, choć nie będę udawał, że w pełni kupuję motywację, która stała za jego decyzją o podjęciu kuracji. Mimo wyraźnej i prawdziwej złości na siebie nawzajem, oboje w swoim towarzystwie czują się komfortowo, zbierają na wspominki, dokonują czasem niezręcznych, ale szczerych konfrontacji z własnymi emocjami. Wobec fabuły łatwo o poczucie niedosytu w paru miejscach, ale aktorzy skutecznie walczą, by zniwelować to odczucie.

Agata Kulesza nie bez przyczyny jest nazywana jedną z najlepszych polskich aktorek, a pod skrzydłami Rogowskiej to potwierdza, stosując dość oszczędne, ale zarazem wiele mówiące, środki, takie jak mimika twarzy, czy spojrzenia. Tam zawiera się wszystko - pogarda do rzeczywistości, skrywane pragnienia, ból, który sprawiła jej utrata miłości. Kuleszy udanie partneruje Dobromir Dymecki w mało dynamicznej, ale również bardzo udanej roli. Jego Oskar to także pogrążona w nostalgii postać, która starała się zalepić dawne rany i skorzystała z oferty systemu. Nowe, bogate życie u boku innych młodych niewątpliwie dało mu stabilność życiową i komfort, ale od momentu spotkania Sary widzimy, jak ten świat, który sobie zbudował, okazuje się coraz bardziej pusty, daleki od jego rzeczywistych pragnień. Symboliczna pod tym względem jest końcówka filmu, w której bohaterowie w końcu mogą pozwolić sobie na zaznanie bliskości, jednocześnie wiedząc, że się żegnają.
Warto również wspomnieć o krótkich, ale zapadających w pamięć rolach z drugiego planu - czy to Michaliny Łabacz w roli chłodnej i przenikliwej Layli, czy Macieja Musiała w zaskakująco zimnej, wzbudzającej nawet odrobinę przerażenia, kreacji jej ojca. Na uznanie zasługuje również udział Bartosza Bielenii, który w "Czasie, który nie nadszedł" wciela się w dostawcę pomagającego Sarze. Podobnie jak wyżej wymienieni, Bielenia nie gości ba ekranie długo, ale gdy to się dzieje, oglądanie go stanowi tylko przyjemność.
"Czas, który nie nadszedł" jest filmem, który w pomysłowy, pełny serca i ciepła, sposób, podejmuje tematykę pozostałego bohaterom czasu, formy spędzania swojego życia oraz stosunku jednostki do systemu fundującego zniewolenie. Choć na tej ostatniej płaszczyźnie mam najwięcej niedosytu i zastrzeżeń, uważam dzieło Julii Rogowskiej za wartościowe, dalekie od schematyczności, stawiające na autentyczne emocje.
Premiera filmu jest zaplanowana na 16 października.
Czytaj więcej:
- Filmowa Lalka nie jest na "piątkę". Recenzja
- Stallone dostał od Trumpa ważną funkcję. Dowiedział się o niej z telewizji
- Najlepsze seriale kryminalne Prime Video. Ranking hitów
- Paulina Gałązka o roli w Pionku. Obawiała się o wygląd swojej postaci
- Nowiutki film akcji podbija HBO Max. Cały czas kochamy Liama Neesona
zdjęcie główne: materiały prasowe Next Film
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.