Nowa "Lalka" stawia sobie za cel, aby z powieści Bolesława Prusa zrobić współczesne widowisko kinowe. Jak jej to wychodzi?

Nie ma sensu przywoływać fabuły "Lalki", bo każdy z nas zdawał (albo będzie zdawał) z niej maturę. Dlatego wszyscy wiemy, że Stanisław Wokulski to był poczciwy chłop, którego majątek nie zdeprawował. Choć przyszło mu żyć w czasach pozytywizmu, to jednak w sercu ciągle grały mu romantyczne ideały. Co zresztą Maciej Kawalski w swojej adaptacji powieści Bolesława Prusa wielokrotnie podkreśla, jakby chciał zdobyć dodatkowe punkty za interpretację.
Film nie jest na pewno tak odważny (bezczelny?) jak serial Netfliksa. Kawalski nie robi "Lalki", której nie było w szkole. Robi "Lalkę", która co najwyżej trochę wagarowała. Bo wiadomo, że jak w każdej adaptacji trzeba coś usunąć, coś dodać, nieco zmienić i nieco uwspółcześnić. Tylko w tym wypadku nie jest to ordynarne, a zrobione w taki sposób, żeby egzaminatorzy z kluczem maturalnym w ręku nie mogli twórców oblać, a jednocześnie widzowie dostali gatunkową rozrywkę.
Lalka - recenzja filmu
Kawalski bez wątpienia robi melodramat kostiumowy osadzony w realiach XIX-wiecznej Polski. Już na samym początku sugeruje gatunkową umowność, gdy Wokulski wraca z wojny do Warszawy z kuframi pełnymi rubli. Oprószane śniegiem Krakowskie Przedmieście wygląda wtedy baśniowo. Poczucie odrealnienia podbija oświetlany jedynie świeczkami sklep, w którym główny bohater wypytuje Ignacego Rzeckiego o Łęcką. Nasz Stachu jest przecież tak zakochany, że w teatrze zamiast patrzeć na scenę woli spoglądać na obiekt swoich westchnień. No więc, reasumując: to opowieść o miłości.
Miłość słusznie zajmuje Kawalskiego tylko dopóki można za jej sprawą opowiadać o klasie. Głównie o tym staje się cała ta historia. Izabela obawia się przecież, że będzie musiała wyjść za otyłego barona lub ministra, bo tak nakazują konwenanse i trzeba zadbać o przygniecionego długami ojca. Z drugiej strony Wokulski ciągle słyszy, że dziewczyna z wyższych sfer nie będzie zadawać się ze zwykłym kupcem. Dlatego z pomocą przezabawnej swatki zaczyna uprawiać turystykę klasową niczym uczeń na dniach otwartych elitarnego liceum.
O ile Kawalski opowiada o klasie przez Wokulskiego, o tyle Łęcką czyni symbolem feminizmu.
Sama mówi ona przecież, jak to chciałaby pójść na uniwersytet i w ogóle żałuje, że nie może decydować o sobie. Ściśnięta w gorsecie obyczajów zdaje się wręcz postacią wyjętą raczej z powieści Jane Austen. Dlatego udaje jej się sprawić, że główny bohater traci swoją dumę, ale ona akurat własnych uprzedzeń nie pokonuje. Według niej poczciwy Stachu kupuje kamienicę jej ojca, aby szantażować ją ekonomicznie. Postanawia więc sprowadzić go do roli betabankomatu.
Uwspółcześniając nieco podejmowane wątki Kawalski serwuje nam incelskie odczytanie "Lalki". Na szczęście nie robi tego w sposób nachalny. Zdarza mu się jedynie podkreślać wyrachowanie Łęckiej, która jako jedyna nie wykazuje zmartwień, gdy Wokulski wyzywa na pojedynek znienawidzonego kuzyna, i akcentować poczciwość Wokulskiego, gdy rozdaje biednym swoje ruble. Bo w filmie nie brakuje wątków społecznych i rozmów o modernizacji Polski. Stachu to chłop tak równy, że postanawia pomóc rodzimym przedsiębiorcom zarobić jeszcze więcej, a i nauką potrafi się zachwycić. Tutaj nie ma niedomówień. Gdyby Wokulski nie uganiał się za Łęcką, Polska szybko wyszłaby spod jarzma zaborców i stała się światową potęgą.
"Lalka" ma w sobie coś z Wokulskiego - człowieka z potencjałem, środkami i ambicjami, który niknie w oczach przez romantyczne ideały.
Widać porządny pieniądz w kostiumach i dekoracjach. Wszystko to robi wrażenie, ale tylko do czasu. Bo realizacyjnie produkcja wygląda jednak ubogo. Cała akcja - przynajmniej ta w Warszawie - rozgrywa się w trzech lokacjach na krzyż, w których zawsze można spotkać te same osoby. Świat przedstawiony jest wąski i ograniczony. Gdyby więc film był uczniem, nazwalibyśmy go zdolnym, ale leniwym.
Tutaj nie ma drugich planów. Liczy się tylko pierwszy. Dlatego kamera Piotra Sobocińskiego Jr. tak lubi zbliżenia, a światło za dnia okazuje się płaskie jak ekran telewizora. W końcu pomimo ogromnego budżetu "Lalka" wciąż charakteryzuje się jakością wykonania rodem z Hallmarku. To taki melodramat, który można obejrzeć do niedzielnego obiadu. Próżno tu szukać lekkości i polotu, jakim charakteryzowali się "Niebezpieczni dżentelmeni" - pełnometrażowy debiut Kawalskiego. Reżyser miewa dobre pomysły, bo wprowadza Prusa, chcącego zrobić wywiad z Wokulskim, posiłkuje się teledyskowym montażem, a nawet na żarcik przy podpalaniu dynamitu sobie pozwala. Wciąż jednak zachowuje się, jakby ktoś zmusił go do złożenia artystycznych ambicji na ołtarzu przejrzystości. Tym samym bierze bogaty, plastyczny język literackiego oryginału i kroi go na krótkie, poszarpane równoważniki zdań.
"Lalka" może i sprawdzi się w ramach przygotowań do matury, ale zostaje to osiągnięte ogromnym kosztem. Kawalski w żadnym momencie nie znajduje uzasadnienia dla gargantuicznego metrażu (165 min!) swojego filmu. Gdybyśmy dostawali po złotówce za każdym razem, gdy Wokulski ignoruje fatalistyczne ostrzeżenia, moglibyśmy spółdzielnię zakładać. A zamiast tego musimy rozruszać szczękę po niekontrolowanych odruchach ziewania po przydługiej ekspozycji i ciągłych przekonywaniach, że Izabela Łęcka to zła kobieta była. Dlatego właśnie produkcji oblać się nie da, ale ocenę można jej wystawić co najwyżej dostateczną.
Premiera "Lalki": 30 września w kinach.
Więcej o "Lalce" poczytasz na Spider's Web:
W serwisie Rozrywka.Blog zajmuje się przede wszystkim filmem. Jest miłośnikiem kina gatunkowego. Kiedy nie ogląda naparzających się superbohaterów Marvela, to prawdopodobnie rozpływa się nad eksploatacyjną obskurą. Poza tym jego teksty można znaleźć m.in. w „Kinie”, „Netfilmie” czy „Magazynie filmowym”. Jest współautorem monografii „Europejskie kino gatunków 2” i leksykonu „1000 filmów, które tworzą historię kina”. Zdarzyło mu się też publikować opowiadania. Znajdziecie je m.in. w antologiach „Mapa Cieni” i „Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2020. Tom 2”.