REKLAMA

Zobacz, jak Tom Cruise rozsadza ekran. Digger - recenzja

Świat chyba zdążył zapomnieć, że Tom Cruise, oprócz bycia wybitnym kaskaderem, jest też diabelnie dobrym aktorem, który radzi sobie w innych gatunkach niż kino akcji. To właśnie przez jego pryzmat wielu patrzyło na "Diggera" nie tylko z nadzieją, ale przede wszystkim wielkimi oczekiwaniami.

OCENA :
9/10
digger film recenzja cruise
REKLAMA

Każdy kolejny film Alejandro G. Inarritu jest wydarzeniem. Kariera meksykańskiego twórcy w kinie pełnometrażowym trwa 26 lat, a "Digger" jest dopiero jego ósmym tytułem. Reżyser przyzwyczaił do tego, że stawia na jakość, a nie ilość. Metoda ta się dotychczas sprawdza - ma opinię jednego z najlepszych w swoim fachu, a dwa zdobyte pod rząd Oscary są fizycznym potwierdzeniem tych określeń. Po nakręceniu znakomitego survivalu z charczącym DiCaprio ("Zjawa") i ambitnego, epickiego, przytłaczającego powrotu do Meksyku ("Bardo"), Inarritu wraca do gatunku szalonej komedii, która stawia gorzkie diagnozy.

REKLAMA

Digger - recenzja filmu. Drill, baby, drill

Digger Rockwell (Tom Cruise) to jeden z najpotężniejszych ludzi na Ziemi. Stoi na czele biznesowego imperium, ogromnej prywatnej firmy zajmującego się wydobyciem ropy, co napędza amerykańską i światową gospodarkę. Odwierty, których dokonuje przedsiębiorstwo, doprowadzają do sytuacji, która poskutkuje ogólnoświatową tragedią - ogromny kawałek lodowca odczepia się, sunąć ku Europie i zapowiadając niemożliwy do zatrzymania kataklizm. Główny bohater wpada wówczas w wir wydarzeń na najwyższych szczeblach władzy.

REKLAMA

Można powiedzieć, że "Digger" miał trudności jeszcze zanim świat go ujrzał. Wszystko, jak to w kapitalizmie, orbitowało wokół pieniędzy - prognozowano, że  będzie klęską w box office, nie zarobi na siebie zbyt dużo, a tym bardziej nie zwróci się wobec budżetu, który miał być oficjalnie zaniżany względem prawdziwych kwot. Mnie jednak, poza liczbami, interesowało coś innego - a mianowicie, co ten film ma nam do zaoferowania. Czy dostaniemy kolejną stworzoną na to samo kopyto satyrę na bogaczy, którzy robią złe rzeczy? Czy może całość powstała wyłącznie po to, by zapewnić Tomowi Cruise'owi możliwość szarż wiodących aktora ku Oscarowi? A może dzieło Inarritu to szalona przejażdżka, która zostanie zjechana z góry na dół, a doceniona dopiero kilka pokoleń później? Odpowiedzi na te pytania brzmią: nie, być może, na pewno.

W sumie nawet nie wiem, czemu się spodziewałem typowego, łopatologicznego kina przypominającego o zepsuciu bogaczy i konieczności zapanowania rozsądku. Alejandro G. Inarritu to reżyser, który nie kręci konwencjonalnego, typowego kina, potrafi wsadzić kij w szprychy każdego schematu. "Digger" to kolejny dowód na prawdziwość tej tezy. Gwarantuję - nie jesteście przygotowani na to, co serwuje scenariusz (współtworzony przez Meksykanina). Jestem pełen podziwu, że twórcom do samego końca udało się ukrywać główny zwrot akcji.Ten, stopniowo sygnalizowany, powodujący rosnącą dezorientację, zupełnie wywraca narracyjny porządek, wprowadza nowe spojrzenie na całość historii.

REKLAMA

Coś, co wydawało się chaotycznym bałaganem, okazuje się precyzyjnie zaplanowanym procesem, przy którego końcu zaczynamy rozumieć naraz geniusz i prostotę tego, co zrobił reżyser. Między innymi to sprawia, że "Diggera" trudno czytać jako klasyczną satyrę na bogaczy czy czarną komedię, jakich wiele. Gruba kreska, którą posługuje się Inarritu, ma swoje uzasadnienie i zwyczajnie się sprawdza, zwłaszcza po "wzmocnieniu" świadomością, o co tak naprawdę w tej historii chodzi.

Jeśli mam być jako widz bity łopatą po głowie, to tylko w taki sposób.

Tom Cruise i Riz Ahmed - kadr z filmu "Digger"

Mamy do czynienia z kinem odważnym, bezkompromisowym, z olbrzymią pompą rozprawiającym się z wieloma aspektami życia społecznego, a zwłaszcza biznesu i polityki. Nie ma skrupułów w pokazywaniu jednostek dzierżących władzę jako niekompetentnych, nierozumiejących zagrożeń, dbających najwyżej o czubek własnego nosa i stan swojego konta. Inarritu celuje swój palec w dziki, krwiożerczy kapitalizm, decyzje podejmowane ponad głowami zwykłych ludzi, wykorzystywanie zasobów nie tylko do utrzymania władzy, ale też stworzenia odpowiedniej (a raczej odpowiednio zmanipulowanej) narracji, by usprawiedliwić swoje działania.

REKLAMA

Meksykański reżyser sytuuje się na pozycji zrezygnowanego obserwatora, który nie ma nadziei co do tego, że politycy kiedykolwiek doznają otrzeźwienia. Za sprawą "Diggera" Inarritu w pewnym sensie pyta widzów o znaczenie satyry we współczesnym świecie, który zepsuł się tak mocno, że granica pomiędzy tym co śmieszne a tragiczne, praktycznie nie istnieje. Można uznać ten film za "satyrę na satyrę", kwestionowanie podejścia takiego jak zaśmiewanie trudnej rzeczywistości i żerowanie na słusznych ludzkich frustracjach. Czy śmiech ma szansę osłodzić lub pozwolić przepracować istniejące dramaty? Czy może jest ucieczką od faktów i zmierzenia się z nimi, niezależnie od tego, jak trudna jest prawda? Czy zostało jeszcze w ogóle cokolwiek mądrego do powiedzenia?

Zwykłych ludzi widzi jako tych, którzy pragną nie tylko rozrywki i krwi, ale również sygnału, że wszystko będzie dobrze - przy czym reżyser nie oszukuje, nie udaje, że będzie. W pewnym sensie wymierza policzek także i samemu społeczeństwu, które od dekad wybiera do władzy konkretnych ludzi, a teraz nagle budzi się i przypomina sobie o zmianach klimatu. Jesteśmy już na tym etapie, że nie możemy nic zrobić, odebrać narzędzi władzy tym potężnym. "Digger" w większości obarcza odpowiedzialnością wpływowych decydentów, ale na tym nie poprzestaje, pokazując jak ludzkość potrafi żyć w złudzeniu, że zaśmianie problemu pomoże poczuć się lepiej. Film uderza mocno, szeroko i wieloaspektowo.

REKLAMA
Tom Cruise i Sandra Huller - kadr z filmu "Digger"

Żeby nie było, że tylko chwalę - tak, "Digger" pada czasami ofiarą własnego rozmachu, umie wprawić w zagubienie, sprawia wrażenie manierycznej farsy, usiłującej przekonać nas do tego, co znamy i rozumiemy. Przyznam jednak uczciwie, że w żadnym momencie nie czułem się przeładowany, zmęczony. Bardziej pasujące słowa to "zaskoczony", "zafascynowany". Gdybym miał próbować przewidzieć losy filmu, stawiam, że skończy tak jak "Babilon" Chazelle'a, który swoim rozmachem i ambicjami podzielił na tych zachwyconych oraz tych przekonanych, że oglądają popis grafomanii. Wątpię, że będzie coś pomiędzy.

Świetne jest również to, w jaki sposób Inarritu prowadzi przez tę historię głównego bohatera. Pozwala widzowi go nienawidzić, dołączyć do chóru tych, którzy najchętniej by go ukrzyżowali - ostrzegając jednocześnie, że częściej skupiamy się na krwi i igrzyskach, niż na prawdziwej walce o świat. Nie zaprzecza, że to tacy ludzie jak Digger ponoszą odpowiedzialność za upadek ludzkości, jednak dostrzega, że świat jest systemem naczyń połączonych, a Rockwell - jego silnikiem oraz trybikiem naraz. Pociąga za sznurki, ale nie jest w tym sam, stanowi część systemu i zarazem problemu. Podczas, gdy inni zawierzają przyszłość Bogu, jego bożkami są pieniądz i ropa, które kocha bardziej, niż kogokolwiek innego, poza kotką Maggie.

REKLAMA

Nie oszukujmy się, to jest film, w którym Tom Cruise zagarnia dla siebie całe show. Nie tylko dlatego, że jest jego główną postacią - przede wszystkim z powodu uwolnienia pokładów aktorstwa, które ten długo w sobie chował i od dawna nas nim nie karmił. Digger Rockwell to jedna z jego najlepszych kreacji w karierze - Cruise zupełnie znika pod postarzającą charakteryzacją i teksańskim akcentem. W brawurowy sposób staje się zakochanym w ropie kowbojem XXI wieku, człowiekiem o niezwykłej pewności siebie i słuszności własnych działań, kurczowo trzymającym się swoich przekonań, zupełnie odrzucającym ucieleśnieniem wszystkich zarzutów, jakie stawia się zepsutym miliarderom i po prostu żałosnym człowiekiem.

To rola pełna znakomitych szarż, bogatych dialogów i monologów, a Cruise wychodzi z tego ryzykownego wyzwania w sposób godny Oscara.

Tom Cruise - kadr z filmu "Digger"

Aktor nie jest jednak jedynym, który przyjmuje to wyzwanie na klatę. John Goodman świetnie odnajduje się w roli rubasznego, pełnego pychy, nadętego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Sandra Hüller nie ma zbyt wiele do grania, ale bawi się, póki może. Najbardziej godną uwagi postacią na drugim planie jest Ganesh, grany przez Riza Ahmeda - jedyny, który rozumie, w którą stronę to wszystko zmierza, bezskutecznie wzywa do otrzeźwienia klasy politycznej. To świetnie zagrana postać tragiczna, która z czasem przestaje walczyć o przegraną sprawę. Całość zaś jest świetnie wsparta m.in. przez jak zwykle świetne zdjęcia Emmanuela Lubezkiego, czy pulsującą, surrealistyczną muzykę Cosmo Sheldrake'a.

REKLAMA

"Digger" wychodzi z założenia, że oprócz śmiechu, dosadności i brutalności wobec tych, którzy podpalają świat i liczą, że zostaną za to nagrodzeni, potrzebna jest poważna rozwaga nad i tak tragicznie rysującą się przyszłością świata. Alejandro G. Inarritu stworzył mózgotrzep, wokół którego nie da się przejść obojętnie. To unikalne, zwariowane kino, które przeraża bliskością wobec rzeczywistości i groteskowo bawi. Całość stworzono pod patronatem Warner Bros., które po raz kolejny nie bało się podjąć ryzyka i dało przestrzeń komuś, kto nie idzie na kompromisy. To być może ostatni tak odważny na wielu frontach tytuł, który wyszedł z tego studia przed fuzją z Paramount. Nie mam wątpliwości: ten film zostanie albo pokochany, albo znienawidzony, a ja zaliczam się do pierwszej grupy.

"Digger" w kinach od 9 października.

REKLAMA
Obserwuj nas w Google Discover

Czytaj więcej na Spider's Web:

Adam Kudyba
Redaktor

W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.

REKLAMA
REKLAMA