Niektóre filmy bywają przewidywalne i nie przynoszą widzowi większych zaskoczeń. Są jednak takie, które bardzo sprawnie unikają pułapek, by ostatecznie widz, będąc na sali kinowej, otworzył oczy i usta ze zdziwienia najszerzej, jak tylko się da. Właśnie to funduje widowni "Digger", który jest już dostępny do obejrzenia w kinach.

Digger Rockwell (Tom Cruise) to jeden z najpotężniejszych ludzi na Ziemi, bogaty biznesmen stojący na czele ogromnej prywatnej firmy zajmującej się wydobyciem ropy. Odwierty, których dokonuje prowadzone przez Rockwella przedsiębiorstwo, doprowadzają do katastrofy na skalę światową - ogromny kawałek lodowca odczepia się, sunie ku Europie i tym samym zapowiada niemal niemożliwy do zatrzymania kataklizm. Digger otrzymuje od prezydenta Compsona (John Goodman) zadanie naprawienia wyrządzonych szkód i bierze na siebie misję uratowania świata.
UWAGA: w dalszej części tekstu znajdują się kluczowe spoilery dotyczące fabuły filmu. Jeśli nie widziałeś/aś "Diggera", skończ lekturę w tym miejscu
Digger to filmowe szaleństwo. Twórcy dokonali niemożliwego
Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem nie tylko jeśli chodzi o fabułę, ale również o marketing. W dzisiejszych czasach jesteśmy nagminnie świadkami, jak do sieci łatwo wyciekają fragmenty filmów, opisy tego co się w nich dzieje, generalnie to, co powinniśmy zobaczyć na wielkim ekranie, nierzadko widzimy na X czy innych portalach społecznościowych. W obliczu tych zagrożeń, osiągnięcie "Diggera" jest wręcz epokowe, bowiem do samego momentu wejścia na salę, chyba żaden widz nie domyślał się, co go czeka, a zwiastuny perfekcyjnie ukrywały fabularną niespodziankę.
Początkowo wszystko zdaje się być względnie na miejscu, niby niepokojąco, ale standardowo - obserwujemy Diggera Rockwella, jego dzienną rutynę i moment, w którym dowiaduje się, że na skutek odwiertów prowadzonych na Alasce oraz Grenlandii przez jego firmę (i mimo wielokrotnych ostrzeżeń naukowców przed obecnością metanu), kawałek lodowca odrywa się i sunie w kierunku Starego Kontynentu, co najpewniej doprowadzi do zatopienia Europy. Digger konsultuje się z dr Ganeshem (Riz Ahmed), który bezskutecznie próbuje uświadomić głównego bohatera o skali problemu, jest on również omawiany na posiedzeniu z udziałem prezydenta Compsona.
Można powiedzieć - ot, zwyczajnie wyglądające kino na zasadzie "główny bohater zrobił bałagan, musi posprzątać". Tylko, że nie do końca. Niedługo potem dochodzi bowiem do...awarii rekwizytu. Jakiego rekwizytu? "O co chodzi?" - myślałem w trakcie seansu. To był pierwszy moment, sygnał wysłany do widza, że "Digger" nie jest w ogóle tym, czym się wydawał. Digger Rockwell to w rzeczywistości Curtis Markson, aktor obsadzony w tej roli w sztuce teatralnej "Fossil Fools", opowiadającej o postaci Rockwella. Wszystko, co do tej pory film Alejandro G. Inarritu pokazał, było częścią próby generalnej przed jej premierą. To, co obserwujemy w trakcie, losy Rockwella, jego interakcje - to historia, którą bohaterowie grani przez Cruise'a, Ahmeda, Huller czy Goodmana opowiadają jako aktorzy wcielające się w sceniczne wersje prawdziwych postaci.

Im bliżej finału, tym "Digger" stopniowo odsłania nam kolejne momenty rozgrywające się za kulisami - zwłaszcza te dotyczące Curtisa, który boi się o swoją córkę - dowiaduje się bowiem, że samolot, na pokładzie którego przebywała, zniknął. Z czasem bohater grany przez Toma Cruise'a wybucha gniewem na scenie, oskarżając reżyserkę (Sophie Wilde) i de facto całą produkcję o to, że przeinaczają prawdziwe wydarzenia, traktują postacie, o których opowiadają zbyt satyrycznie i groteskowo, tym samym trywializując cierpienia oraz szkody, jakie wyrządziły działania Diggera Rockwella i innych członków klasy rządzącej Stanami Zjednoczonymi.
Wówczas wychodzi na jaw, że Kenny (Jesse Plemons), jeden z producentów sztuki, to tak naprawdę siostrzeniec prawdziwego Rockwella, który kupił prawa do sztuki, by ją wystawić i pozwolić widzom na przepracowanie w ten sposób żalu i wściekłości na aktualny stan rzeczy. Na koniec, po spektaklu, dowiadujemy się bowiem, że akcja "Diggera" dzieje się w czasach doświadczonych apokalipsą, a miasto, w którego teatrze jest wystawiana sztuka, jest zdewastowane, zalane oraz kontrolowane przez wojsko. Tym samym "Digger", po którym spodziewano się typowej i groteskowej satyry na bogaczy, stał się czymś znacznie, znacznie więcej.
Alejandro G. Inarritu stworzył wielowarstwowe, głębokie kino, które poddaje w wątpliwość to, czy ujmowanie zepsutego świata przez sztukę w formie satyry jest jakimkolwiek remedium na to, z czym borykamy się jako ludzkość. Za sprawą swojego filmu, meksykański reżyser punktuje takie myślenie. Jest pesymistą i naraz realistą - zaszliśmy zbyt daleko, oddaliśmy władzę w ręce nieodpowiedzialnych ludzi, a to co się dzieje, jest tego efektem. Czy zaśmianie problemu ma szansę go rozwiązać? Czy sztuka powinna oferować rozwiązania, czy pozwalać ludziom na zapomnienie o tym, że trzeba ich szukać? Te pytania po seansie "Diggera" zostają w głowie.
"Digger" już w kinach.
Czytaj więcej w Spider's Web:
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.