Domek na prerii to nowy western Netfliksa. Recenzja kapitalnego serialu

Amerykański sen o wolności, spokojna, codzienna egzystencja w najbliższym gronie, bliski kontakt z naturą. "Country roads, take me home, to the place I belong", chciałoby się rzec. "Domek na prerii" po wielu dekadach (na przełomie lat 70. i 80. emitowano go w telewizji) zmartwychwstał i dzięki Netfliksowi zyskał nowe oblicze. Ale czy lepsze?

OCENA :
8/10
domek na prerii recenzja

Trudno nie zauważyć pewnego trendu popkulturowego, który w Stanach Zjednoczonych zdaje się odżywać. Odwołuje się on do podstawowych pragnień "zwykłego Amerykanina" - posiadanie ziemi, rodziny, świętego spokoju w odosobnieniu od pełnej szumu cywilizacji, pielęgnowania kontaktu z naturą i swego rodzaju władzy jednostki nad tym, co się dzieje wokół. Odpowiada za to przede wszystkim "Yellowstone" oraz wszelkie powiązane z tym serialem tytuły, pokroju chociażby "The Madison". Nowe życie dostał wreszcie sam gatunek westernu, który przez długie lata zdawał się być tym podstarzałym kuzynem, wspominającym jak to kiedyś było super. "Domek na prerii" w moich oczach zapowiadał się mieszanie - z jednej strony nie mam nic przeciwko reinterpretowaniu znanych historii, zwłaszcza w tym gatunku i po tylu latach, z drugiej - Netfliksowi ostatnio raczej nie idzie reanimacja westernu (patrz: "Odrzuceni"). Tym razem się udało.

Domek na prerii - recenzja serialu. Na Zachodzie zmiany

Nowa produkcja Netfliksa opowiada historię rodziny Ingallsów - Charlesa (Luke Bracey), Caroline (Crosby Fitzgerald), oraz ich córek: Laury (Alice Halsey) i Mary (Skywalker Hughes). Opuszczają oni swój dom w postaci leśne tereny Wisconsin, zamieniając je na Zachód, a konkretniej otwarte równiny Kansas, budujące się miasto Independence. Choć Caroline ma wątpliwości, Charles wierzy, że ten wielki krok pozwoli im rozpocząć nowe, spokojne życie na prerii.

Bohaterowie już praktycznie na samym początku, w pierwszym odcinku napotykają przeszkody - jeszcze zanim dotrą na miejsce, czeka ich starcie z siłami natury. To prędki sygnał wysłany przez twórców - nie będzie tutaj tylko cmokania nad pięknem natury, ale również pokazywanie jej bardziej surowej, niebezpiecznej strony. Na szczęście Rebecca Sonnershine (twórczyni i showrunnerka) nie porzuca tego podejścia. "Domek na prerii" w udany sposób łapie balans pomiędzy uchwycaniem zalet oraz zagrożeń, jakie wiążą się z nową sytuacją Ingallsów. Niejednoznacznie portretuje też stosunek bohaterów do wyjazdu - choć domyślnie mamy do czynienia z podróżą ku nowemu, lepszemu życiu, twórcy znajdują miejsce, by bohaterowie mogli skonfrontować swoje wątpliwości, przemyślenia i niepewność, czy to, co mają teraz, jest warte opuszczenia dawnego domu?

Może nie nazwałbym "Domku na prerii" promocją kolektywnego, stawiającego na siłę współdziałania, stylu życia, natomiast zdecydowanie jest w tej produkcji zbliżony do tej tezy klimat. "Dopóki jesteśmy razem, wszystko będzie dobrze" - to teza, która, choć powtarzana, nieraz będzie wystawiana na próbę. Kluczowe w tym miejscu są chociażby pewne słowa doktora Tanna, wprost dekonstruujące mit, jakoby życie w odosobnieniu, samodzielne przetrwanie na takiej ziemi, z automatu oznaczało dobrobyt. Właśnie przez to, jak serial Netfliksa rozprawia się z nieidealnością nowej egzystencji Ingallsów, sprawdza się jako opowieść o ludziach, którzy mimo trudności, mimo naturalnego, nieudawanego strachu, próbują prowadzić życie jak najbliższe normalności, być częścią wspólnoty. Niektórym może przypomnieć się seans innego hitu platformy - "Snów o pociągach" - i jest to sensowne skojarzenie, jeśli chodzi o ton całości.

Luke Bracey jako Charles Ingalls - kadr z serialu "Domek na prerii" (materiały prasowe Netfliksa)

Od razu warto zdementować pewne teorie, które mogą się pojawić - nie da się tu mówić o "feministycznej bajce Netfliksa".

Mamy wprost do czynienia z obrazem społeczeństwa, w którym to mężczyźni wiodą prym, rządzą, siodłają konia i jadą załatwić, co do nich należy, są uznawani za emanujące siłą oraz autorytetem głowy rodziny. W tym samym czasie kobiety przeważnie pełnią funkcje opiekunek domowego ogniska, organizatorek, zajmujących się jedzeniem oraz porządkiem. Charles i Caroline są jednak przedstawieni jako małżeństwo, w którym nikt nie traktuje siebie z góry, a zamiast tego mamy do czynienia z partnerstwem. Niełatwym, wymagającym trudnych decyzji, ale jednak pełnym miłości i wiary w siebie nawzajem. Nie ukrywają przed sobą swoich emocji, rozmawiają ze sobą.

On jest postacią mającą w sobie więcej wiary i nadziei, ona - bardziej stąpającą po ziemi osobą, patrzącą na to, co jest tu i teraz. Pomiędzy nimi jest jednak zaufanie, które wydobywa z ich charakterów to, co najmocniejsze. Zwłaszcza sceny z udziałem Charlesa i Caroline potrafią złapać za serducho i oszczędnymi środkami pokazać oraz wywołać autentyczne emocje. "Domek na prerii" nie zapomina też o Mary i Laurze, wyraźnie i błyskotliwie zaznaczając różnice między jedną (spokojną, posłuszną, oczytaną romantyczką) a drugą (uroczą, odważną zadziorą, która nie cierpi nudy i lubi pracę).

Już na samym początku dostajemy sygnały, że Ingallsowie wcale nie odeszli z dawnego domu wyłącznie z własnej woli, a twórcy stopniowo odsłaniają w tym zakresie karty (choć mamy tu pewne "paranormalne" elementy, co nie do końca mi podpasowało). Ten wątek jest istotny, choć moim zdaniem niekoniecznie wnoszący aż tak dużo, jakby chciał - lepiej ogląda się teraźniejszość. Siłą rzeczy w "Domku na prerii" pojawiają się też tzw. wątki społeczne. Część postaci zamieszkujących miasto to osoby w jakimś sensie wyniszczone - przez wojnę, biedę czy związaną z nimi desperację, która pchnęła do próby zbudowania życia na nowo.

Warren Christie jako John Edwards - kadr z serialu "Domek na prerii" (materiały prasowe Netfliksa)

Nie ma tutaj jednak demonizacji czy epatowania tym - z biegiem czasu poznajemy całą gamę innych bohaterów; zarówno tych, od których lepiej się trzymać z daleka, jak i tych, którzy zachowują empatię i są pomocni drugiemu człowiekowi. Świetnie pod tym względem jest poprowadzony m.in. wątek Johna Edwardsa, któremu z trudem przychodzi mu zmaganie się z własnymi demonami i reputacją, jednak z staje się przyjacielem rodziny Ingallsów. Za każdym razem zaś, gdy widzi się Jemmę James (nieźle zagraną przez Mary Holland), ma się poczucie konfrontacji z wilczycą w owczej skórze, samolubną, wycierającą sobie twarz feministycznymi ideałami, członkinią lokalnej elity.

W naturalny sposób mamy do czynienia z obecnością indiańskiego plemienia Osagów, a twórcy - co pozytywnie zaskakujące - portretują ich jako zróżnicowane środowisko. Są wśrod nich osoby, które mają bardziej konfrontacyjne stanowisko wobec białych sąsiadów, ale również i ci, którzy wychodzą z założenia, że pokojowa dyplomacja i koegzystencja jest możliwa oraz wartościowa. Może nie zostało to pokazane w aż tak genialny sposób, jak np. Scorsese zrobił w "Czasie krwawego księżyca", ale i tak dobrze, że twórcy "Domku na prerii" nie zapominają o tej tematyce. Jest również poruszona kwestia stosunku rządu Stanów Zjednoczonych (wówczas kraju dość młodego) do swoich obywateli. Biali dostają najlepsze kawałki ziemi, podczas gdy Indianie - średnio nadające się do uprawy ochłapy, co zmusza ich do szukania swojego miejsca gdzie indziej. Serial co prawda nie koncentruje się wyłącznie na "historycznie oczywistych" antagonizmach, jednak słusznie robi, czyniąc z tego dodatkowy, ważny kontekst.

Nie da się bowiem opowiedzieć tego typu historii bez zagłębienia się w owe napięcia.

Połączenie tych fabularnych kierunków w jedno mogloby nie zagrać, gdyby do obsady dobrano niewłaściwych ludzi. Na szczęście to nie dotyczy "Domku na prerii", który stoi dobrym aktorstwem. Bardzo doceniam, jak Luke Bracey łączy emanowanie emocjonalnym ciepłem z zaradnością Charlesa, stanowczą postawą w obronie swojej rodziny, ale również wyrzutami sumienia. Największe odkrycie serialu to jednak Alice Halsey. Młoda aktorka jest fantastyczna jako młodziutka, ciekawa świata i ludzi, inaczej rozumiejąca rzeczywistość wokół niż dorośli, ale potrafiąca stanąć na wysokości zadania w potrzebie, Laura.

Crosby Fitzgerald i Skywalker Hughes jako Caroline oraz Mary są również dobrze zagranymi, ważnymi postaciami, ale jednak - moim zdaniem - leciutko przyćmiewanymi przez tamtą dwójkę. Bracey i Fitzgerald mają jednak doskonałą, ujmującą chemię w głównych, dorosłych rolach. Drugi plan, mimo zbyt krótkiej obecności na ekranie, wzruszająco i z klasą zagarnia dla siebie Warren Christie w roli pokiereszowanego życiowo Johna Edwardsa. Warto wyróżnić też Meegwuna Fairbrothera jako Mitchella - członka plemienia Osagów, który nie "zdradza" swojego ludu i nie ufa ślepo intencjom białych, ale jest również człowiekiem prawym, nieprzekraczającym pewnych granic, wierzącym w możliwość koegzystencji.

Przyznam, że nie spodziewałem się, że aż tak mocno wciągnie mnie ten serial. "Domek na prerii" to opowieść, w której jest sporo patosu i wielkich słów, ale nie brakuje w niej intymnego klimatu i emocjonalnego autentyzmu. Jasne, wielu osobom nowa produkcja Netfliksa może się wydać zbyt sterylna i radosna względem czasów, o których opowiada, ale wydaje mi się, że twórcy naprawdę spróbowali znaleźć złoty środek. I to im się całkiem nieźle udało.

"Domek na prerii" od 9 lipca dostępny do obejrzenia na Netfliksie.

Więcej o Netfliksie poczytasz na Spider's Web:

zdjęcie główne: materiały prasowe Netfliksa

Adam Kudyba
Redaktor

W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.