REKLAMA

Wszystkie oblicza śmierci. Czym jest mondo?

Mondo od zawsze obiecywało widzom dostęp do tego, czego oglądać nie wypada. Ale każde tabu z czasem się osłabia, przesuwa, powszednieje. Gdy świat oswoił się z seksem i przemocą, żywiącym się szokiem dokumentom pozostało już tylko jedno: pokazać to, co najbardziej zakazane, intymne i ostateczne. A przynajmniej takie było, póki nie pojawił się internet.

faces of death mondo filmy co obejrzeć śmierć
REKLAMA

Zgodnie z definicją podaną w słynnym memie, internet to cała wiedza świata zebrana w jednym miejscu, ale używamy go do przeglądania zdjęć kotów. Należałoby jednak uściślić, że wolelibyśmy oglądać w nim śmierć. W 1996 roku system World Wide Web jeszcze się porządnie nie rozpowszechnił, a już pojawiła się niesmaczna strona, na której jedzenie odchodów było przystawką do dań głównych: otwartych ran, egzekucji i zmasakrowanych w wypadkach ciał. Żerowanie na naszej naturalnej, acz chorobliwej ciekawości (morbid curiosity – fascynacja śmiercią) okazało się skutecznym biznesplanem, przez co Rotten.com szybko przestał być odosobnionym przypadkiem. W cyberprzestrzeni zaroiło się od kolejnych shock sites, aż w końcu wszystkie je zlikwidowano. Dostępne na nich obraźliwe, obrzydliwe i niepokojące treści rozpierzchły się po sieci jak karaluchy.

REKLAMA

Odkąd tylko platformy społecznościowe pozwalają użytkownikom publikować własne treści, cały ten shock content mógłby w naszych feedach wypełniać wolne zakamarki między niechcianymi reklamami. Na szczęście Mark Zuckerberg i jego koledzy z Doliny Krzemowej na to nie pozwalają. Przynajmniej w takim stopniu, żeby nie wywołać paniki. Nie mogą przecież odstraszać tych wszystkich babć, które zakładają sobie konta, aby utrzymywać kontakt z wnukami. Na widok filmików w stylu "2 Girls, 1 Cup" na pewno nie powiedziałyby one "ale klawo!" i scrollowały dalej, tylko od razu by się wylogowały. Chcąc rozwiązać nazwany tak przez Adriana Chena w reportażu dla The Wired "problem babci", media społecznościowe zatrudniają armię niedopłacanych, zmęczonych i zblazowanych content moderatorów – takich jak Margo.

Główna bohaterka "Faces of Death" całymi dniami siedzi przed komputerem i zgodnie z regulaminem Kina (fikcyjny TikTok) usuwa nagrania z chłopakiem palącym bongo czy dziewczyną, która na przykładzie banana pokazuje jak zakładać prezerwatywę. Gdy jednak widzi, że ktoś ucina komuś głowę, klika "zezwól", bo wideo śmierdzi fejkiem na kilometr. Dopiero egzekucja na krześle elektrycznym wzbudza jej wątpliwości, a prywatne śledztwo pozwala odkryć, że ktoś remake'uje sceny z oryginalnych "Faces of Death", znanych w Polsce jako "Oblicza śmierci". Tylko tym razem zabija naprawdę.

REKLAMA

Pierwszy raz zetknąłem się z "Obliczami śmierci" już po tym jak zaproponowano mi wyreżyserowanie nowego filmu na ich podstawie. A mimo to w trakcie seansu wraz ze współscenarzystką Isą Mazzei zdaliśmy sobie sprawę, że już je widzieliśmy. Tylko w małych fragmentach. Odnieśliśmy wrażenie, że film, który niegdyś funkcjonował jako przeklęty i trudno dostępny artefakt ery VHS, rozpadł się na milion kawałków. Krążą one teraz po internecie i pojawiają się w telewizji. Śmierć jest wszechobecna, a jej widok stał się integralną częścią naszej kultury. Te przemyślenia uznaliśmy za dobry punkt wyjścia do naszej opowieści

- mówi Daniel Goldhaber, reżyser nowych "Faces of Death".

REKLAMA

Goldhaber i Mazzei zamiast klasycznego remake’u proponują meta-sequel. Oznacza to, że w ich opowieści "Oblicza śmierci" funkcjonują na tych samych zasadach, co w naszym świecie. Sami twórcy są co prawda zbyt młodzi, żeby o ich fenomenie mówić z własnego doświadczenia. Analizując go pod kątem kulturowym, zadanie domowe odrobili jednak na piątkę. Do swoich "Faces of Death" wprowadzają nawet postać zafascynowanego kinem brudnym, obrzydliwym i złym Ryana, który dokładnie wykłada głównej bohaterce, czemu film z 1978 roku okrył się niesławą.

Tak jak tłumaczy Ryan, ludzie mocno się wkurzyli, gdy odkryli, że to co pokazują "Oblicza śmierci" jest nieprawdziwe. Oglądali ten film, bo miała to być kompilacja autentycznych scen brutalnych śmierci. W rzeczywistości ukrywający się pod pseudonimami Alan Black (scenarzysta) i Conan LeCilaire (reżyser) John Alan Schwartz trochę oszukiwał. Według szacunków, sfingował 40% przedstawianych nagrań, a zainscenizowane materiały powpychał między materiały newsowe i archiwalne. Bo tak właśnie twórcy dokumentów zwanych mondo films tworzyli iluzję rzeczywistości.

REKLAMA

Prymitywny szok

Mondo z włoskiego oznacza świat. Tylko chodzi o świat przedstawiony jako katalog dziwności, transgresji i społecznych tabu. W takiej soczewce w 1962 roku pokazali go Gualtiero Jacopetti, Franco E. Prosperi i Paolo Cavara w "Pieskim świecie", od którego oryginalnego tytułu – "Mondo cane" – cykl wziął swoją nazwę. Należące do niego filmy pokazują seksualne i brutalne praktyki z różnych części naszego globu, stawiając sobie za cel szokowanie widza. Bo jakiej antropologicznej prawdy można szukać w transfokacji na biust białej kobiety, gdy zestawia się ją ze zbliżeniem na Papuaskę, która karmi piersią świnię? Reżyserskie trio zderzyło ze sobą cywilizowany Zachód ze zwyczajami prymitywnych plemion nie po to, aby oddać się refleksji na temat różnic kulturowych. Włoscy twórcy chcieli tylko wytrącić publiczność ze strefy komfortu. Zrobili to na tyle dobrze, że spopularyzowany przez nich montaż szoku (shock cut) stał się podstawową figurą języka, jakim od tamtej pory posługiwały się produkcje określane również mianem szokumentów (shockumentaries).

Pieski świat - polski plakat - autor: Wojciech Zamecznik

REKLAMA

Wszystkie utrzymywały oczywiście, że pokazują prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Bo według narratora "Pieskiego świata" każda z zaprezentowanych w filmie scen "jest prawdziwa i z życia wzięta", a obowiązkiem kronikarza nie jest "osładzanie prawdy, a pokazywanie jej w sposób obiektywny". Jeśli tak, to raczej nie powinien potem upraszczać i skracać kolejnych kontekstów, wypowiadając się w sposób naznaczony cynizmem, dystansem, a nawet ironią, jakby komentował drastyczne materiały na BestGore.com. Choć obnaża to rzeczywiste intencje rozsmakowujących się w drastycznych obrazkach twórców, ma jednocześnie wymiar praktyczny. Dłuższe tłumaczenia mogłyby zniwelować poczucie moralnej wyższości zachodniego widza, kiedy patrzy jak Chińczycy bawią się w restauracjach w oczekiwaniu na śmierć krewnych, a rzetelna relacja spoza ekranu osłabiłby siłę widoku mężczyzn, którzy ranią się szkłem do samej krwi. UGH!

Język szoku "Pieskiego świata" przyjął się, bo doskonale wpisał się w Zeitgeist lat 60., który J.G. Ballard wnikliwie nakreślił w wydanej niedawno w Polsce "Wystawie okropności". W eksperymentalnej powieści obrazy przemocy, seksualności i medialnych obsesji produkują nowy rodzaj ludzkiej psychiki. Bombardują umysł głównego bohatera i deformują jego percepcję, prowadząc do rozszczepienia osobowości. Travis, Travers, Traven, Talbot bądź Talbert analizuje i rekonstruuje – nawet jeśli tylko w swoim zwichrowanym umyśle – kraksy samochodowe, zabójstwo Johna F. Kennedy'ego i domniemane samobójstwo Marilyn Monroe. W międzyczasie uprawia seks przy migawkach z wojny w Wietnamie, ponieważ przemoc przestała być traumą i stała się podnietą. Stylizując swoją prozę na pseudonaukowy raport, autor podaje wyniki zmyślonych badań i klinicznych analiz, wskazujących, że widok torturowanych żołnierzy Wietkongu pobudza seksualnie respondentów, a relacje z zamachów wzmagają libido. W takim ujęciu mondo okazuje się symptomem postępującej erotyzacji ludzkiego cierpienia. Na kartach książki przeczytamy nawet, że nagrywając wypadek ciężarówek, kamerzysta robi "zbliżenia jak do nowego filmu Jacopettiego" i są to "eleganckie deklinacje serializowanej przemocy".

REKLAMA
 class="wp-image-2778526"

Wystawa okropności, wyd. ArtRage

Estetyka przemocy

Filmy Jacopettiego rzeczywiście są bardzo eleganckie. Włoski twórca lubi stylizować i estetyzować, bo wydaje się wręcz uczulony na obiektywizm. W opublikowanym w książce "Sweet & Savage. The World through Mondo Film Lens" eseju forsuje postulat, żeby podchodzić do dokumentów jak do kina narracyjnego, gdyż zarejestrować zdarzenia potrafiłaby nawet małpa z kamerą. Dlatego zawsze traktował "świat jak scenę, tłumy jak statystów, a prawdziwych ludzi jak aktorów". Przez te wątpliwe etycznie i kontrowersyjne fundamenty mondo jeden z reżyserów "Pieskiego świata" odciął się od swoich współpracowników. Cavara zaczął realizować uczciwsze filmy fabularne. Przy czym w "The Wild Eye" postanowił rozliczyć się ze swoją przeszłością i wystawił świadectwo manipulacjom, do jakich dochodziło na planach szokumentów.

REKLAMA

W "The Wild Eye" poznajemy twórcę mondo, który próbuje zapłacić mnichowi, żeby dokonał samospalenia przed kamerą i wraz z operatorem prosi oficerów, aby przenieśli egzekucję rebelianta do miejsca z lepszym światłem. Za tajemnicę poliszynela dałoby się w tym wypadku uznać fakt, że inscenizowaną scenę samospalenia mnicha można było wcześniej zobaczyć w "Mondo Cane 2". Co więcej, odpowiadający za nie Jacopetti i Prosperi byli później oskarżani o opóźnianie i przenoszenie egzekucji rebeliantów podczas realizacji "Africa Addio". Cavara nigdy jednak nie przyznał, że dzielącego z nim imię głównego bohatera wzorował na dwójce dawnych współpracowników. Wręcz się od takich interpretacji odżegnywał. Nie ma więc sensu wskazywać na kogokolwiek palcem.

REKLAMA

"The Wild Eye" cieszyłoby się mianem najwybitniejszej krytyki mondo, gdyby 13 lat później nie pojawił się "Cannibal Holocaust". Wkłada ono jeszcze większy kij w mrowisko, opowiadając o grupie dokumentalistów, która prowokuje prymitywne plemię do przemocowych zachowań. Jest to co prawda fikcja, ale nieraz zalicza się ją do szokumentów. Bo formułka "podczas realizacji tego filmu nie ucierpiało żadne zwierzę" w napisach końcowych nie miałaby uzasadnienia. Oni rzeczywiście rozerwali żółwia! I zabili więcej niewinnych stworzeń. Za to żadnemu człowiekowi nie stała się krzywda. Stojący za kamerą Ruggero Deodato miesza więc sceny prawdziwej i inscenizowanej przemocy, co jest jedną z fundamentalnych cech całego cyklu zmanipulowanych i przekłamanych dokumentów. Właściwie podejście to należy uznać za ziarenko prawdy, z którego wyrosła legenda tych filmów. Zezwalało przecież na agresywną promocję. Amerykański dystrybutor nie miał dzięki niemu oporów, żeby zakłamywać rzeczywistość, obiecując w haśle reklamowym, że "Savage Man, Savage Beast" jest "ZBYT BRUTALNE, BY POKAZYWAĆ JE GDZIEKOLWIEK INDZIEJ NA ŚWIECIE. WSZYSTKO, CO ZOBACZYSZ, JEST AUTENTYCZNE".

Głębokie gardło śmierci

Choć promocja filmów mondo do dzisiaj zachowuje clickbaitowy styl, z czasem zaczęła zbliżać się do rzeczywistości. Stało się to w momencie, gdy widzowie postanowili zagrać w grę. Oglądając szokumenty, zgadują, co zostało sfngowane, a co jest autentyczne. Twórcy wydanych w 2016 "Faces of Snuff" zachęcają nawet do takiej zabawy. Swoją kompilację scen zabójstw reklamują pytaniem: "które są prawdziwe?". Goldhaber może nie jest aż tak oczywisty, ale też nie odbiera publiczności prawa do tego typu rozrywki. Tak, w "Faces of Death" natrafimy na rzeczywiste nagrania ludzkiej śmierci. Nie, reżyser nie wplata ich między brutalne inscenizacje dla naszej rozrywki:

REKLAMA

Ja wiem, że ludzie będą ich szukać i wskazywać na nie palcem. Nic na to nie poradzę, bo to wynika z ewolucji tego typu materiałów. Dla mnie ta gra jest jednak sprawą drugorzędną. Bardziej interesuje mnie dyskomfort, jaki powoduje oglądanie nagrań prawdziwej śmierci w filmie narracyjnym. Widzowie kochają sceny śmierci, które są odgrywane, i idąc do kina, takich się spodziewają. Kiedy zamiast tego konfrontują się z prawdziwą śmiercią, robi się nieprzyjemnie.

Zaburzanie poczucia bezpieczeństwa, o jakim mówi Goldhaber, może nie zadziałać w przypadku miłośników mondo, którzy od pokoleń łakną widoku prawdziwej śmierci. To dla niego oglądali kolejne należące do cyklu produkcje. Na nic zdawały się informacje, że są zmanipulowane i zakłamane. Gdy tylko pchały się na salony choćby w Cannes, nierzadko bywały wyśmiewane. Krytycy nazywali je antydokumentami i sytuowali w obrębie kultury niskiej bądź pornografii. Dlatego w Stanach Zjednoczonych rozgościły się w grindhouse'ach – kinach, które specjalizowały się w tanich, zorientowanych na seks i przemoc filmach eksploatacji. Szokumenty pokroju "Naked and Violent" obiecywały tamtejszej publiczności oba rodzaje pożądanych atrakcji naraz. Ale takie "Women of the World" oferowało jedynie nagość, a "This Violent World" rozsmakowywało się wyłącznie w brutalnych obrazach. Tak czy siak widzowie tłumnie się na nie wybierali, aby – jak głosiło hasło reklamowe "Africa: Blood and Guts", przemontowanej, amerykańskiej wersji "Africa Addio" – "każda scena patrzyła im w oko… I PLUŁA".

REKLAMA
 class="wp-image-2778533"

Africa: Blood and Guts - mondo - co obejrzeć?

Wydawało się nawet, że widzowie działają wedle instrukcji podanej na początku "Mr. Mike's Mondo Video": na seanse przychodzą z rozbudzonymi gorącą kawą dziećmi w towarzystwie pacjentów psychiatrycznych i osób starszych z problemami sercowymi. Bo szokumenty cieszyły się tak ogromną popularnością, że doczekały się parodii. I to nie od byle kogo. Zrealizował ją jeden z czołowych współpracowników satyrycznego magazynu "National Lampoon" i członek oryginalnej obsady legendarnego "Saturday Nigh Live". Mike O'Donoghue chciał w swoim filmie skrytykować mondo, ale skończyło się na zwykłym wyśmiewaniu jego konwencji. Co i tak okazało się zbyt niesmaczne dla NBC. Stacja zrezygnowała z emisji filmu, jakby widok zrośniętych palców u stóp Dana Aykroyda czy kobiet strzelających laserem ze staników był zbyt obrazoburczy dla osób, które jeszcze nie tak dawno były karmione relacjami z wojny w Wietnamie i namiętnie oglądały "Głębokie gardło".

REKLAMA

Więcej śmierci

Gdyby "Mr. Mike’s Mondo Video" wyszło gdzieś między "Pieskim światem" a "Africa Addio", parodiowałoby wciąż jeszcze żywą konwencję. Zabiera nas bowiem do holenderskiej szkoły pływania dla kotów i wyśmiewa sztukę współczesną, hołdując nienaruszalnym niegdyś nawykom szokumentów. Film pojawił się jednak w 1979 roku, kiedy mondo dawno już straciło zainteresowanie osobliwościami z różnych stron świata. Kruszące się tabu zmusiło je do ewolucji. Musiało odejść od nagości, bo w latach 70. seks nikogo nie szokował. Na początku dekady wystartowała złota era porno – pornografia nie tylko przyciągała do kin rzesze amerykańskich widzów, ale też cieszyła się uwagą i pozytywnymi recenzjami od krytyków filmowych. Miała tak dobry PR, że obrońcy moralności nie widzieli sensu, aby demonizować ją z taką pasją jak jeszcze do niedawna. Potrzebowali nowego symbolu społecznej degrengolady. Na szczęście dla nich wskaźnik przestępczości szybował w górę, seryjni mordercy grasowali na ulicach, media najchętniej podawały newsy, w których ktoś umierał, Hollywood pogrążało się w nihilizmie, a do tego pojawiły się legendy o filmach snuff. W czasach porno chic te rzekome rejestracje prawdziwych zabójstw, które miały być realizowane w celach zarobkowych bądź seksualnych, posłużyły za kolejny koronny dowód postępującego upadku cywilizacji. Śmierć oficjalnie stała się nową pornografią.

REKLAMA

W czasie tych zmian kulturowych mondo zaczęło się radykalizować. Popadało w coraz bardziej niepokojącą obsesję na punkcie śmierci, przyglądając się jej bez hollywoodzkich stylizacji i ram narracyjnych czy medialnego rozproszenia i reporterskiego chłodu. Szokumenty stały się przez to najbliższym ekwiwalentem snuffów. Odzierały śmierć z wszelkich filtrów, zmieniając ją w brutalny spektakl. Pokazywały ją, jakby rozdrapywały strupy: coraz częściej, coraz bardziej, coraz mocniej. A skoro apetyt rośnie w miarę jedzenia, musiał pojawić się ktoś, kto zechce w pełni go zaspokoić. Tym kimś był Schwartz.

W "Obliczach śmierci" śmierć nie występuje już przy okazji. Schwartz organizuje wokół niej całą narrację. Pokazuje nam śmierć ludzką i śmierć zwierzęcą. Jest śmierć, śmierć i jeszcze trochę śmierci. Pojawiający się w filmie koroner Francis B. Gröss nie mógł przestać o niej myśleć, przez co wyruszył w świat, aby lepiej ją rozumieć. Teraz dzieli się z widzami nagranymi podczas podróży nagraniami. Nieraz opatruje je żartobliwym, a przy tym utrzymanym w duchu moralizatorstwa mondo komentarzem. W ten sposób największa wartość produkcji kryje się w scenie ubijania kijami fok, która zmusiła narratora, aby nie zakładał więcej ubrań pochodzenia zwierzęcego. O ile oczywiście w tej kwestii akurat nie kłamał.

Śmiertelna prawda

Fałsz “Oblicz śmierci" nie raz widać na pierwszy rzut oka, bo nie brakuje w nich scen równie sztucznych jak zarost wcielającego się w Grössa aktora Michaela Carra. Trzęsąca się kamera i chaotyczny montaż od razu sugerują przecież, że aligator wcale nie pożarł człowieka żywcem. Gdzieniegdzie Schwartz staje jednak na wysokości zadania. Jeszcze w kwietniu 2026 roku użytkowniczka Reddita odetchnęła z ulgą na wieść, że mózg małpki, który klienci restauracji konsumują po rozbiciu jej czaszki młotkami, to tak naprawdę kalafior z galaretką i czerwonym barwnikiem. Lata po premierze filmu reżyser sam przyznawał się do oszustwa, zdradzając metody, jakimi do dzisiaj udaje mu się zwodzić widzów. Choć nie wszystkich.

Goldhabera "Oblicza śmierci" akurat nie przekonały. Reżyser uważa, że obecnie trudno uznać je za wiarygodne. Szczególnie gdy jest się filmowcem. Dlatego w przypadku "Faces of Death" postarał się, aby każdy mógł zawiesić swoją niewiarę. Rekonstruuje pojedyncze sceny z oryginału, czyniąc je bardziej realistycznymi. W końcu to już nie są czasy, żeby skazańcowi na krześle elektrycznym z ust wypływała pasta do zębów.

Ogólnie rzecz biorąc, "Faces of Death" opowiada o tym, w co możemy lub nie możemy wierzyć, przeglądając treści w internecie. Urealnienie rekonstruowanych scen było mi więc potrzebne przede wszystkim z narracyjnego punktu widzenia. Doświadczone zespoły od efektów specjalnych ze specjalistycznymi środkami charakteryzatorskimi zadbały, aby u nas wyglądały lepiej niż w oryginale. Ale fakt, że egzekucja na krześle elektrycznym czy ucinanie głowy są bardziej realistyczne, wynika z kwestii finansowych i technicznych. Mieliśmy po prostu większy budżet i pracowaliśmy ze znacznie bardziej doświadczoną ekipą

– mówi Goldhaber.

Zakazany smak śmierci

Nawet jeśli dzisiaj mogłoby to nie przejść, w 1978 roku widzowie tracili głowy dla zrobionych za grosze i półamatorskimi środkami efekty specjalnie. Dzięki temu przy budżecie 450 tys. dolarów "Oblicza śmierci" zarobiły w amerykańskich kinach ponad 35 mln dolarów. Prawdziwym hitem stały się jednak dopiero, gdy wyszły na kasetach VHS. Dystrybutorzy szczycili się bowiem, że zostały zakazane w 46 krajach. I była to bardzo mondo promocja. Na pewno w Wielkiej Brytanii produkcja trafiła na niesławną listę Video Nasties, a w paru innych państwach została zbanonwana bądź napotkała pomniejsze problemy z cenzurą. Ale to tyle. Podana liczba była tylko zabiegiem marketingowym, który zmienił kompilację w soczysty zakazany owoc. "Faces of Death" ma już tylko jego posmak.

Wzorem swojego poprzednika "Faces of Death" też napotkały problemy z cenzurą. YouTube zrzucił ich pierwszy trailer, bo rzekomo naruszał "zasady dotyczące treści brutalnych lub drastycznych". Do tego MPA (Motion Picture Association), organizacja reprezentująca duże studia filmowe, zakazała wieszania plakatów w miejscach publicznych, gdyż uznała je za "zbyt niepokojące". A przecież są wzorowane na filtrach, jakie media społecznościowe nakładają na materiały mogące szokować użytkowników. I w tym wypadku nie da się nawet kliknąć, żeby wyostrzyć rozmazane zdjęcia.

Takie działania dobrze komponują się z tematyką filmu. Wręcz ją wzmacniają. Z jednej strony dostrzegam w nich ironię, ale z drugiej – widzę hipokryzję. Choćby w sytuacji z plakatami. Kiedy plakaty dużych hollywoodzkich filmów też bazują na krwi i śmierci, jakoś nie są zakazywane. Według mnie nałożony na nas zakaz wynika z kilku powodów, z czego najważniejszym na pewno będzie, że nasze plakaty zwracają uwagę na cenzurę i cenzurowanie przemocy w filmie. A MPA nie chce, żeby ludzie zastanawiali się, jak obrazy przemocy są cenzurowane albo niecenzurowane. Tak już ma, co mi się nie podoba. Mimo to, gdy usłyszałem o narzuconym na nas zakazie, miałem nadzieję, że pomoże w promowaniu filmu. Takie reakcje często okazują się dobrą reklamą

- mówi Goldhaber.

"Oblicza śmierci" są najlepszym dowodem na prawdziwość słów Goldhabera. Działania cenzury – bez względu na to jak wyolbrzymione – pomogły zmienić film Schwartza w światowy fenomen. Wydania VHS były tak pożądane, że dystrybutor nie nadążał z ich produkcją. Po wypożyczalniach krążyły pirackie kopie, przegrywane z oryginałów bądź innych pirackich kopii. Każdy chciał zobaczyć obiecane w ostrzeżeniu na okładce drastyczne materiały. Ten trigger warning przyciągał publiczność z całego świata. Również znad Wisły. Polski użytkownik Reddita porównuje kasetę z produkcją do dobrej whisky. "Trzeba było znać kogoś, kto zna kogoś, albo dać napiwek kolesiowi z wypożyczalni, żeby zadzwonił, jak kaseta będzie" – pisze. Innymi słowy: "Oblicza śmierci" rozchodziły się po całym globie niczym jakiś wirus. Albo viral.

Nowe oblicze śmierci

Z eksplozji popularności "Oblicz śmierci" szybko wyłoniły się sequele. Z każdą kolejną cyfrą przy tytule coraz bardziej zmieniały się one w składanki "the best of" – początkowo dodawano kolejne materiały, ale z czasem już tylko recyklingowano sceny z poprzednich odsłon. W międzyczasie na rynku VHS rozgościł się tłum naśladowców, którzy serwowali widzom śmierć i inne okropieństwa na srebrnej tacy, ale już bez dodatku pseudoreportażowego stylu. W "Traces of Death" nie ma koronera chwalącego się nagraniami śmierci jak zdjęciami z wakacji na Instagramie. Zamiast tego narrator zaprasza w podróż "po niewyobrażalnym. Do wymiaru, gdzie rządzi ciemność, a koszmary zmieniają się w rzeczywistość". Cynizm bije z jego komentarzy, kiedy ironizuje i pokazując operację korekty płci, każe widzom skrzyżować nogi. Bo maski, za jakimi dotychczas kryło się mondo, zdążyły opaść.

 class="wp-image-2778534"

Traces of Death - mondo - co obejrzeć?

W pierwszym nagraniu z "Traces of Death" były mąż strzela do Maritzy Martin Munoz przed obiektywem telewizyjnej kamery. Brzmi jak coś, co bardzo łatwo zainscenizować, ale nie ma w tym ani krzty fałszu. Film Damona Foksa okazuje się kompilacją rzeczywistych materiałów newsowych, kronik policyjnych, taśm z sekcji zwłok, nagrań z wypadków czy archiwów medycznych. W czasach świetności VHS nie trzeba było jeździć (bądź udawać, że się jeździło) dookoła świata, żeby polować na wszelkiego rodzaju okrucieństwa. Wystarczył dostęp do magnetowidu i materiałów, które media lub służby zdążyły wcześniej zarejestrować. Fani sami więc robili hiperbrutalne szokumenty. Nie zawracali sobie przy tym głowy nagrywaniem jakiegokolwiek komentarza. Co najwyżej opatrywali swoje kompilacje metalową muzyką i rozprowadzali w undergroundowym obiegu.

W czasach VHS filmy mondo przestały mieć twórców. Od tamtej pory mają selekcjonerów, którzy wciąż kompilują ze sobą najbardziej drastyczne nagrania. Dzięki internetowi dostęp do nich stał się łatwiejszy i szybszy niż kiedykolwiek wcześniej. Kolejni śmiałkowie przemierzają najmroczniejsze zakamarki sieci i łączą znalezione tam materiały nawet w kilkugodzinne strumienie trudnych do zniesienia obrazów. Oglądanie powstającej w drugiej dekadzie XXI wieku serii "MDPOPE" ("Most Disturbed Person on Planet Earth", tłum.: najbardziej zaburzona osoba na Ziemi) to przecież istny doomscrolling ekstremizmów. Nie brakuje w nim wypadków komunikacyjnych, zbrodni wojennych czy egzekucji, bo technologia mogła się rozwinąć, ale widok prawdziwej śmierci wciąż pozostaje złotym Graalem dla widzów głodnych intensywnych doznań.

Graniczna przyjemność

W 2021 roku najczęściej dyskutowaną grafiką powiązaną z filmami na Reddicie stało się Iceberg Chart horroru. Obrazek przedstawia podzieloną na osiem części górę lodową, na której szczycie znajdują się klasyki kina grozy typu "Piątek 13-go" i "Teksańska masakra piłą mechaniczną". Pod poziomem wody schodzimy do coraz bardziej brutalnych i mniej mainstreamowych produkcji. Mondo pokroju "Faces of Death" i "Traces of Death" jest już blisko dna, bo pod nim znajdują się już tylko kompilacje drastycznych treści w stylu "MDPOPE". Jakby ich oglądanie miało świadczyć o najwyższym stopniu horrorowego wtajemniczenia.

Co jednak ważniejsze, analizowana na wszelkie sposoby grafika zdaje się potwierdzać przedstawioną w artykule "Visualising Technologies and the Ethics and Aesthetics of Screening Death" tezę Sue Tait. Wedle badaczki ogromna liczba nagrań prawdziwej śmierci i przemocy dostępna na shock sites oraz popularnych platformach do hostowania i udostępniania wideo doprowadziła do zniszczenia i zdeptania etycznej otoczki, w jakiej były wcześniej podawane. Nawet jeśli publiczność oglądała klasyczne mondo z tego samego powodu – dla drastycznych scen – zawsze mogła utrzymywać, że w rzeczywistości poszerza swoje horyzonty, ucząc się o innych kulturach. Kiedy jednak quasi-edukacyjna fasada zniknęła, materiały te zaczęły funkcjonować jako treści czysto rozrywkowe. Rozmyła się granica między fikcją a rzeczywistością. Autentyczne okrucieństwo zaistniało obok swoich filmowych reprezentacji, dostarczając odbiorcom tych samych, acz zintensyfikowanych bodźców. Bo to, co kiedyś szokowało i wytrącało ze strefy komfortu, dzisiaj sprawia przyjemność.

Zaakceptowaliśmy rzeczywistość, w której internet ogólnie, a platformy społecznościowe w szczególności żywią się drastycznymi materiałami. Wyrywam je więc z ich naturalnej przestrzeni i pokazuję w filmie, który w dużym stopniu opowiada o wpływie, jaki mają na odbiorców. Dekontekstualizuję i rekontekstualizuję brutalne treści, żeby widz spojrzał na nie inaczej. Mógł skonfrontować się z ich miejscem we współczesnej kulturze, w ramach której Facebook, X, TikTok i im podobne serwisy generują zaangażowanie również poprzez nagrania przedstawiające prawdziwą przemoc i śmierć

– twierdzi Goldhaber.

Ekonomia śmierci

W 2013 roku Goldhaber sam pracował jako content moderator. Obecnie dziwi go, jak wiele z niegdyś przerażających i niedozwolonych materiałów stało się czymś zupełnie naturalnym w mainstreamowej kulturze internetu. O tym właśnie chciał opowiedzieć w "Faces of Death". Dlatego zawiera w nich scenę, w której Margo zastanawia się, czy przepuścić jeden z drastycznych filmików, a jej przełożony bez żadnej refleksji klika za nią "zezwól". Platforma musi przecież utrzymać uwagę użytkowników. Funkcjonuje w ramach ekonomii atencji. A w tak pojętej gospodarce zaangażowanie jest najcenniejszą walutą, przez co algorytmy mediów społecznościowych podsuwają nam treści ekscytujące i podniecające bądź oburzające i szokujące. Cokolwiek, przy czym zostawimy kciuka w górę, damy suba, napiszemy komentarz albo chociaż na chwilę przestaniemy scrollować dalej.

Media społecznościowe mają przy tym czyste ręce, bo same nie wytwarzają żadnych treści. Jak zauważa Alice Marwick w "Status Update: Celebrity, Publicity, and Branding in the Social Media Age", platformy zmieniają swoich użytkowników w nastawionych na autopromocję, rywalizujących ze sobą i powierzchownych pracowników korporacji. Bo to my dostarczamy im materiałów, przy których inni mają się zatrzymać, kliknąć serduszko i napisać komentarz. Morderca w "Faces of Death" ucieleśnia tę logikę. Odtwarza sceny z "Oblicz śmierci" nie tyle dla przyjemności, co dla lajków i udostępnień.

W dobie mediów społecznościowych uwaga staje się wyznacznikiem ludzkiej wartości. W urządzonym w ten sposób świecie musi pojawić się ktoś, kto wrzuca do sieci nagranie popełnianych przez siebie morderstw, aby zdobyć rozpoznawalność. To całkiem prosty sposób, żeby zbudować markę osobistą i zyskać znaczenie jako jednostka

- mówi Goldhaber.

Na mordercę z "Faces of Death" nie należy patrzeć jak na wytwór wyobraźni filmowców. Wystarczy zajrzeć do annałów internetu, aby przekonać się, że takie osoby już się pojawiały. Luka Magnotta też przecież nagrywał i wrzucał do sieci pełne przemocy treści. Początkowo dręczył na nich koty, aż w końcu w 2012 roku udostępnił nagranie, na którym torturuje i zabija Juna Lina. "1 Lunatic, 1 Ice Pick" szybko rozeszło się po forach i stronach gore, zapewniając autorowi międzynarodową rozpoznawalność.

Blockbusterowa śmierć

Warto powtórzyć za Markiem McKenną i jego artykułem "Twenty-First-Century Digital Snuff: The Circulation of Images and Videos of Real Death Online", że motywy i modus operandi Magnotty, powinny zmusić nas do zmiany w myśleniu o snuffach. W latach 70. nie dało się przewidzieć niuansów, które w dobie ekonomii atencji należałoby dodać do ich definicji. Sława, jaką dzisiaj zapewnia publikowanie w internecie wideo z prawdziwą śmiercią, stało się wymierną korzyścią. Dlatego morderca z "Faces of Death" bez cienia fałszu określa swoje treści mianem snuffów. Reżyser symbolicznie ujmuje bowiem moment, w którym mondo zmieniło się z ekwiwalentu snuffów w snuffy per se.

Bo mondo straciło potrzebę tworzenia iluzji ludzkiej śmierci. Jeśli więc oglądając rozproszone po internecie współczesne "Oblicza śmierci", chcielibyśmy zagrać w "co jest prawdziwe, a co nie?", znacznie częściej odpowiedź na postawione tak pytanie musiałaby być pozytywna. Jak mówi Goldhaber, "takie materiały są warte dużo pieniędzy. Inaczej algorytmy platform społecznościowych by ich nam nie podsuwały". Sami autorzy może i zadowalają się kciukami w górę i serduszkami, ale platformy społecznościowe umieszczają na udostępnianych przez nich nagraniach reklamy, dosłownie monetyzując realną przemoc w jej najbardziej ekstremalnej formie. Kontynuują więc dzieło rozpoczęte przez szokumenty, które w swym klasycznym okresie przynajmniej udawały, fingowały i oszukiwały. Te resztki przyzwoitości zniknęły, gdy internet zmienił autentyczną śmierć w blockbusterowy format.

Obserwuj nas w Google Discover

Więcej o horrorach poczytasz na Spider's Web:

Rafał Christ
Redaktor

W serwisie Rozrywka.Blog zajmuje się przede wszystkim filmem. Jest miłośnikiem kina gatunkowego. Kiedy nie ogląda naparzających się superbohaterów Marvela, to prawdopodobnie rozpływa się nad eksploatacyjną obskurą. Poza tym jego teksty można znaleźć m.in. w „Kinie”, „Netfilmie” czy „Magazynie filmowym”. Jest współautorem monografii „Europejskie kino gatunków 2” i leksykonu „1000 filmów, które tworzą historię kina”. Zdarzyło mu się też publikować opowiadania. Znajdziecie je m.in. w antologiach „Mapa Cieni” i „Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2020. Tom 2”.

REKLAMA
REKLAMA