Nadchodząca produkcja fantasy od Apple TV+ ma szansę zastąpić serialową adaptację „Koła Czasu”. Co więcej, już na starcie naprawia jeden z fundamentalnych błędów anulowanego serialu Prime Video.

Jeśli chodzi o współczesne epickie fantasy, trzeba przyznać, że niewiele cykli cieszy się tak wielkim uznaniem jak „Koło Czasu” autorstwa nieżyjącego już Roberta Jordana (pisarz napisał jedenaście tomów, a Brandon Sanderson odpowiada za trzy finałowe odsłony). Jordan nakreślił naprawdę ciekawych bohaterów i opracował fascynujący świat magii, dlatego też fani z ogromnym entuzjazmem przyjęli wiadomość, że Prime Video przeniesie tę historię na ekran.
Niestety, dla wielu z nich serial okazał się rozczarowaniem. Przynajmniej na początku: mówimy bowiem o jednym z tych nielicznych seriali, który - po 2. słabszym sezonie - zaliczył potężny glow-up. 3. seria usatysfakcjonowała już niemal wszystkich, zarówno miłośników oryginału, jak i nieznających go widzów, co widać po potężnym podwyższeniu ocen w serwisie Rotten Tomatoes (zarówno od krytyków, jak i widzów).
Oczywiście, 1. sezonowi można było jeszcze wybaczyć pewne niedociągnięcia - pandemia COVID-19, odejście jednego z aktorów i ograniczenia budżetowe stanowiły istotne utrudnienia. Jednak w przypadku „dwójki” twórcy nie mieli już podobnych usprawiedliwień. Wielu ortodoksyjnych miłośników oryginału powtarzało, że o ile ktoś ogląda serial Prime Video, nie znając książkowego pierwowzoru, może uznać go za całkiem przyjemne widowisko. W innym przypadku trzeba zmusić mozg do traktowania tej „adaptacji” jako zupełnie odrębnego dzieła, niemającego zbyt wiele wspólnego z książkami.
Tęsknicie za Kołem Czasu? Nowość Apple'a może być znacznie lepsza
Tak czy inaczej: po znacznie lepszej 3. odsłonie informacja o anulowaniu serialu spotkała się z wyrażanym powszechnie w sieci niezadowoleniem. Niedługo później Prime Video zapowiedziało, że da marce drugie życie - w planach są serial animowany, filmy oraz gry wideo. Pozostaje mieć nadzieję, że tym razem twórcy będą wierniejsi materiałowi źródłowemu. Tymczasem to właśnie nadchodząca produkcja Apple TV+ wydaje się prawdziwym następcą „Koła Czasu”.
„Archiwum Burzowego Światła” Brandona Sandersona zmierza na ekrany i już teraz zapowiada się znacznie lepiej. Adaptacja „Koła Czasu” zawiodła pod wieloma względami, ale jednym z jej największych problemów był wyjątkowo płytko przedstawiony świat. Na szczęście „Archiwum Burzowego Światła” nie powinno powtórzyć tego błędu, na co zwracił słusznie uwagę serwis Screen Rant.
Miłośnicy literackich światów fantasy w debatach na Twitterze czy Reddicie również podkreślają, że zarówno Robert Jordan, jak i Brandon Sanderson słyną z niezwykle rozbudowanego worldbuildingu, który rozwijał się konsekwentnie od pierwszego do ostatniego tomu. Świat Randlandu sprawiał wrażenie złożonego, żywego i pełnego historii. Tymczasem serial znacząco go spłycił, czyniąc go znacznie bardziej generycznym i ograniczonym. Nawet plany zdjęciowe wyglądały do siebie na tyle podobnie, że poszczególne lokacje niemal traciły tożsamość.
Twórcy próbowali dodać głębi, ale jednocześnie zrezygnowali z niezwykle ważnego prologu. Sposób realizacji zdjęć również nie pomagał - w pierwszym sezonie Randland sprawiał wrażenie niewielkiego świata, a kolejne sezony poprawiły ten problem jedynie nieznacznie. Wycięto całe wątki i miejsca, które mogłyby poszerzyć skalę opowieści i wzbogacić ją o kontekst kulturowy.
Robert Jordan zmarł, dlatego właśnie Brandon Sanderson przejął dokończenie książkowego cyklu. Pierwotny autor i pomysłodawca nie mógł więc uczestniczyć w pracach nad serialem. Twórcy mieli jednak do dyspozycji samego Sandersona, gotowego pomagać przy fabule i budowie świata, lecz praktycznie nie wykorzystali jego wiedzy (mimo że chętnie eksponowali jego nazwisko). Sanderson musiał przecież stać się prawdziwym ekspertem od tego uniwersum, aby napisać trzy ostatnie tomy, i z pewnością mógł pomóc uratować serial. Zamiast tego jego uwagi w dużej mierze zignorowano. Oczywiście twórcy mieli do tego prawo, ale w przypadku tak długiej i skomplikowanej serii była to wyjątkowo nierozsądna decyzja. Na szczęście podobny problem nie powinien dotyczyć „Archiwum Burzowego Światła”.
Od momentu ogłoszenia ekranizacji „Archiwum Burzowego Światła” oraz „Z Mgły Zrodzonego” było wiadomo, że Brandon Sanderson otrzyma bezprecedensową kontrolę twórczą nad adaptacjami swoich książek. Informacja opublikowana przez „The Hollywood Reporter” potwierdziła, że będzie scenarzystą, producentem oraz konsultantem, który będzie akceptował i podejmował kluczowe decyzje.
Nie było jednak pewne, za jak dużą część skryptów będzie odpowiadał. Teraz Sanderson osobiście ujawnił, że pierwszy sezon „Archiwum Burzowego Światła” będzie liczył dziesięć odcinków, a większość z nich zostanie napisana właśnie przez niego. Ba - obejmie funkcję głównego scenarzysty zarówno przy „Archiwum Burzowego Światła”, jak i „Z Mgły Zrodzonym”. Ta wiadomość praktycznie rozwiewa wszelkie obawy dotyczące jakości, wierności i głębi przedstawionego świata.
Śledząc twórczość, poczynania i wypowiedzi autora, nietrudno odnieść wrażenie, że ma on wręcz obsesję na punkcie światotwórstwa - w najlepszym tego słowa znaczeniu. To właśnie z niego słynie najbardziej. Fakt, że sam napisze lwią część serialu, oznacza, iż będzie mógł przedstawić poszczególne światy i kultury Cosmere dokładnie tak, jak zostały pierwotnie zaplanowane. Szanse na to, że spłyci Roshar i odbierze mu autentyczność są praktycznie zerowe - tym bardziej, że tym razem studio nie ma aż takiej władzy nad projektem, by ingerować w niego wbrew woli twórcy. Nic tylko czekać!
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Film, który dokonał niemożliwego, wbił na Netfliksa. Szykuje się krwawa uczta
- Prezent od Netfliksa. Wreszcie poznamy finał jednego z najlepszych seriali w ofercie
- Najkrwawsza czarna komedia roku już w Disney+. Będziecie się bosko bawić
- Ponad 20 lat czekaliśmy na nowy serial Prime Video. Już jest hitem
- Nowości HBO Max: co obejrzeć w weekend? Dostawa wielkiego kina
Dla Rozrywka Spider’s Web najchętniej bloguje o branży filmowej, krytycznym (lub pełnym uwielbienia) okiem przyglądając się nowościom na ekranach kin i w serwisach streamingowych. Kinoman, filmoznawca, szczerze miłujący zarówno arthouse, jak i naszpikowane akcją popcorniaki. Niemal cały swój czas wolny poświęca kulturze w najróżniejszych jej formach. Wciąż dokształca się filmoznawczo; o sztukach wizualnych pisze od lat, początkowo raczej hobbystycznie, a od dłuższego czasu – zawodowo. Gościł w Radiowej Czwórce czy telewizji publicznej; można go było przeczytać m.in. w miesięczniku „Kino”, „Nowej Fantastyce” czy na łamach innych serwisów (recenzje, felietony, newsy, wywiady).