REKLAMA

Najlepszy film akcji 2026 roku ominął polskie kina i trafił na VOD. Kopie tak, że aż boli

O takich filmach mówi się, że kopią tyłki. Trudno się po nich podnieść, bo napędza je czysta adrenalina. Dlatego właśnie szybko się po "Gniewie" nie pozbieracie. Nawet jeśli obejrzycie go w domu. Bo tak się akurat składa, że produkcja ominęła polskie kina i trafiła na VOD.

gniew film akcji vod online co obejrzeć premiera

O "Gniewie" zrobiło się głośno parę miesięcy temu, kiedy wchodził do amerykańskich kin. Wszystko przez to, że zebrał 100 proc. pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes (teraz ma ich 98 proc.!). Krytycy jak jeden mąż zachwalali wysmakowane choreografie walk i sposób realizacji. Zapowiadał się więc najlepszy film akcji 2026 roku. A o jego polskiej premierze nie było ani słowa. Aż w końcu po cichu trafił na platformy VOD. Dzięki temu sami możemy sprawdzić, czy rzeczywiście jest się czym zachwycać. SPOILER: jest.

W "Gniewie" płynie ta sama krew co w "Raid". Stojącemu za kamerą Kenjiemu Tanigakiemu chodzi tylko, żeby z każdą sceną było szybciej, mocniej i bardziej. Szybko popada przez to w absurd, bo przecież zabiera nas do świata, w którym każdy naparza się jak mistrz sztuk walk. Już na samym początku dziennikarka na tropie szajki handlującej dziećmi musi stawić czoła rosłym facetom. I choć na koniec przegrywa, popisuje się całkiem widowiskowymi umiejętnościami kopania tyłków. Reżyser ustawia w ten sposób cały film.

"GNIEW" OBEJRZYSZ NA:

Gniew - co obejrzeć?

W "Gniewie" nie ma przydługiej ekspozycji, która tłumaczyłaby, kim są bohaterowie, jak żyją, czego potrzebują. Poznajemy po prostu niemego ojca z córką. Ledwo wiążą koniec z końcem, ale prawdziwe problemy zaczynają się, gdy dziewczynka zostaje porwana. I wtedy... jeb, jeb, dup, dup. Niemy mężczyzna, chwilę wcześniej przedstawiony nam jako nieudacznik, ofiara losu i tchórz, nagle okazuje się przekozakiem. Daje porywaczom popalić, ale dostaje łomot i nie udaje mu się dziecka uratować. Zaraz przyjdzie mu zakasać rękawy i ruszyć do akcji, aby dziewczynkę odzyskać. Fabularny punkt wyjścia przywodzi więc na myśl "Uprowadzoną".

Podobnie jak w hicie z Liamem Neesonem, w "Gniewie" śledzimy losy zrozpaczonego ojca, który kopie tyłki, żeby uratować córkę. Tylko robi to znacznie bardziej brawurowo. Kenji Tanigaki stawia na jego drodze kolejnych przeciwników, ale też sprzymierzeńca. Początkowo Wang Wei i Navin - mąż wspomnianej na początku dziennikarki - za sobą nie przepadają. Dowiadujemy się tego, bo rzucają się sobie do gardeł. Tak, w tym filmie wszystko zostaje przedstawione poprzez sceny akcji. Bohaterowie mają się nawalać, a nie prowadzić dyskusje i zastanawiać się nad kolejnym ruchem.

Znamienne, że dopiero mniej więcej w połowie filmu Wang Wei zdradza Navinowi swoje imię. Pisze je na podłodze celi. Bo jesteśmy w momencie, w którym "Gniew" zaczyna czerpać inspirację z "Ataku na posterunek 13". Owszem, przestępcy go atakują. Tym samym ciągle zmieniają się lokalizacje, ale gatunkowe atrakcje wciąż opierają się na tym samym: widowiskowych ciosach i kopniakach. Kenji Tanigaki pozwala nam się przyjrzeć całej choreografii walk na wystarczająco długich ujęciach, żeby montaż nas nie dezorientował. Co prawda kamera bywa zbyt ruchliwa, ale i tak nie można wzroku od ekranu oderwać, kiedy główny bohater z młotkiem przebija się przez hordy przeciwników. Albo sam ucieka przed wielkim młotem, którym wywija wielki facet.

Owszem, większość przestępców to mięso armatnie, dzięki któremu Wang Wei może wprawiać nas w osłupienie, kiedy wspina się po stosie ciał w oktagonie MMA. Zdarzają się jednak też przeciwnicy, którzy stanowią znacznie większe wyzwanie. Tak czy siak Kenji Tanigaki za każdym razem udowadnia, że potrafi grać przestrzenią i, jak heroic bloodshed przykazało, pozwala bohaterom korzystać ze wszystkiego, co wpadnie im w ręce. Ku naszej uciesze kolejne przedmioty stają się śmiercionośnymi broniami, bo każdy na ekranie robi co tylko może, żeby przeżyć. I nas zachwycić. W "Gniewie" chodzi bowiem tylko o to, aby tempo nie spadało i zawsze było cool.

To wręcz niesamowite, jak "Gniew" napakowany jest akcją. Można to uznać za zarzut, bo nie ma w tym filmie miejsca na nic więcej. Kenji Tanigaki szuka tylko pretekstów, aby dostarczyć nam kolejnej dawki adrenaliny. Bywają one absurdalne bądź dziwaczne, ale nie ma to najmniejszego znaczenia. Przy takich starciach nic nie ma znaczenia. Jest ich tyle, że można zadyszkę złapać. Na szczęście stoją one na wysokim poziomie. Choć - nie oszukujmy się - nie jest on najwyższy. Idzie się zachwycić, ale wciąż chciałoby się dostać chociaż jedno wbicie w ziemię, a nie ciągłe łopotanie. Niemniej w trakcie seansu robi się wystarczająco "ochów", "achów" i "aua", żeby szczęki rozbolały.

Więcej o kinie akcji poczytasz na Spider's Web:

Rafał Christ
Redaktor

W serwisie Rozrywka.Blog zajmuje się przede wszystkim filmem. Jest miłośnikiem kina gatunkowego. Kiedy nie ogląda naparzających się superbohaterów Marvela, to prawdopodobnie rozpływa się nad eksploatacyjną obskurą. Poza tym jego teksty można znaleźć m.in. w „Kinie”, „Netfilmie” czy „Magazynie filmowym”. Jest współautorem monografii „Europejskie kino gatunków 2” i leksykonu „1000 filmów, które tworzą historię kina”. Zdarzyło mu się też publikować opowiadania. Znajdziecie je m.in. w antologiach „Mapa Cieni” i „Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2020. Tom 2”.