REKLAMA

Lepszego widowiska w 2026 roku nie było i nie będzie. Godzilla Minus Zero - recenzja

Słyszycie to? Król potworów znowu pięknie ryczy. "Godzilla Minus Zero" to spektakularne widowisko, które wprawia w zachwyt i wbija w kinowy fotel. Jak mu się to udaje?

OCENA :
8/10
godzilla minus zero recenzja opinie co obejrzeć premiera
REKLAMA

Po blisko 70 latach Godzilla narodził się ponownie. W "Godzilla Minus One" Takashi Yamazaki postanowił wrócić do korzeni kultowego kaiju. Akcja filmu rozgrywa się w Japonii niedługo po II wojnie światowej i zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. Siejący zniszczenie swoim atomowym oddechem król potworów na nowo staje się dzięki temu ucieleśnieniem strachu przed atakiem nuklearnym i jego konsekwencjami. W sequelu zmienia się w traumę, z którą trzeba nauczyć się żyć.

REKLAMA

W "Godzilla Minus Zero" okazuje się, że po wydarzeniach przedstawionych w pierwszej części, grupie ocaleńców zaczęły wyrastać łuski, oczy stały się gadzie. Jakby trauma po ataku Godzilli się z nimi zrosła, zmieniła ich DNA. Dlatego też tym razem kaiju nie jest już tym, z czym trzeba czy nawet można walczyć, tylko zmienia się w niepohamowaną siłę natury. Czymś na kształt ogromnego tajfuna, przed którym nowej bohaterce, meteorolożce, nie udało się ostrzec niegdyś Japończyków. Teraz wraz z grupą innych naukowców i oczywiście dobrze nam znanymi Koichim i Noriko próbuje znaleźć sposób na opanowanie i kontrolowanie potwora.

Godzilla Minus Zero - recenzja filmu

"Godzilla Minus Zero" traci neorealistyczny sznyt, który uczynił pierwszą część tak wyjątkowym filmem. Akcja przenosi nas dwa lata do przodu, do 1949 roku, i nie ma już powstającego ze zgliszczy kraju. Nie ma pogrążonego w ubóstwie społeczeństwa, ledwo wiążącego koniec z końcem. Zaraz po tym, jak w pierwszej scenie pojawia się nowy potwór robi się znacznie bardziej hollywoodzko. Ba! Są nawet żujący gumę Amerykanie, którzy rozwiązanie problemu z przybyłym z kosmosu Ghidorą widzą w zrzuceniu na niego bomby.

REKLAMA

Nawet jeśli Yamazaki bywa naiwnie melodramatyczny, gdy skupia się na pozostawionych przez rodziców dzieciach, wciąż udaje mu się wzbudzić więcej emocji niż twórcom hollywoodzkiego MonsterVerse. Czynnik ludzki ciągle jest całkiem mocny, szczególnie kiedy pojawia się wątek biologa, szukającego zemsty na Amerykanach za zrzucenie bomb atomowych. Choć "Godzilli Minus Zero" zdarza się traktować traumy swoich bohaterów pobieżnie, to zawsze robi to z należytą powagą. Może i postacie rzadko bywają trójwymiarowe, ale przynajmniej idzie zrozumieć ich zachowania i motywacje. Wystarczają ku temu drobne wstawki z Godzillą niszczącym Statuę Wolności.

REKLAMA

Każda scena z kaiju nadaje "Godzilli Minus Zero" unikalnego charakteru. Weźmy przy tym pod uwagę, że przy okazji pierwszej części Yamazaki z "marnymi" 10 mln dol. do dyspozycji zawstydził hollywoodzkie produkcje za setki milionów, dostarczając nam najlepszy i najbardziej widowiskowy film o bombie atomowej 2023 roku (sorry "Oppenheimer", taka prawda). Według szacunków budżet sequela mógł być nawet pięciokrotnie większy. Z taką kasą reżyserowi udało się zdziałać niemal cuda. Może nie ma efektu "wow" jak w jedynce, ale zawsze gdy potwór - jeden bądź drugi - pojawia się na ekranie, trudno uchronić się przed The Spielberg Face. Wiecie, szeroko otwarte oczy i lekko rozdziawiona szczęka, która wyraża skrajny zachwyt, oszołomienie, lęk lub trwogę.

Żeby nie było: to nie jest film, który w momentach najbardziej widowiskowej akcji lubi spoglądać na twarze bohaterów, jak w MonsterVerse, gdzie przy nawalankach kaiju nieraz musimy patrzeć na reakcje Millie Bobby Brown czy Dana Stevensa. Yamazaki dąży do jak największej widzialności. Tym razem może sobie pozwolić na znacznie więcej atrakcji, z czego zresztą chętnie korzysta. Ghidora przenosi całe domy i rzuca nimi o ziemię niczym rozwydrzony bachor klockami w przedszkolu. Gdy ten ziejący piorunami trójgłowy smok staje do walki z Godzillą nie ma zmiłuj. Jest nawet czyste gore w wydaniu kaiju - urywane kończyny i posoka lejąca się po ekranie. W efektach specjalnych nie ma przy tym krzty fałszu, kiczu czy kampu. Jest oszałamiający realizm, wizualny przepych i namacalna fizyczność.

REKLAMA

Rozmach "Godzilli Minus Zero" staje się onieśmielający. Pod względem ilościowym zdecydowanie przebija swojego poprzednika. Tu już nie ma pieszczot. Zamiast pokazywania możliwości, jest ich pełne wykorzystanie. Niemal cała druga połowa filmu to istny rollercoaster atrakcji. Yamazaki zatrzymuje go na krótko, tylko chwilami, żeby pokazać poranionych ludzi. Przypatruje się im nieco dłużej niż podpowiadałby zdrowy rozsądek, dzięki czemu nietudno zrozumieć, dlaczego produkcja otrzymała wyższą od jedynki kategorię wiekową. Jest nie tylko oszałamiająco spektakularnie, ale też całkiem brutalnie. W ten właśnie sposób reżyser odpala kinową bombę atomową, a film staje się blockbusterową bestią, niszczycielem widzów. Po seansie nie ma czego zbierać.

Premiera "Godzilli Minus Zero" w piątek, 6 listopada w kinach.

REKLAMA
Obserwuj nas w Google Discover

Więcej o Godzilli poczytasz na Spider's Web:

Rafał Christ
Redaktor

W serwisie Rozrywka.Blog zajmuje się przede wszystkim filmem. Jest miłośnikiem kina gatunkowego. Kiedy nie ogląda naparzających się superbohaterów Marvela, to prawdopodobnie rozpływa się nad eksploatacyjną obskurą. Poza tym jego teksty można znaleźć m.in. w „Kinie”, „Netfilmie” czy „Magazynie filmowym”. Jest współautorem monografii „Europejskie kino gatunków 2” i leksykonu „1000 filmów, które tworzą historię kina”. Zdarzyło mu się też publikować opowiadania. Znajdziecie je m.in. w antologiach „Mapa Cieni” i „Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2020. Tom 2”.

REKLAMA
REKLAMA