Pedro Almodovar to jeden z najważniejszych reżyserów w historii kina, król hiszpańskiej X Muzy - nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Niestety, nie mogę pozbyć się wrażenia, że ostatnimi czasy jego forma uległa znacznej obniżce. Dlatego też na jego najnowszy film (znów) patrzyłem jak na szansę, bym znów, po latach przerwy, zachwycił się tym, co ugotował. Do tego uczucia niestety daleko, ale i tak jest to dzieło godne uwagi.

Spośród kilkunastu obejrzanych przeze mnie na trwającym festiwalu we Wrocławiu, wobec "Gorzkich świąt" miałem chyba stosunkowo najmniejsze oczekiwania. Z wielu przyczyn - inne tytuły, na które udało mi się zdobyć bilety, wydawały mi się znacznie ciekawsze, opinie po festiwalu w Cannes, gdzie w tym roku Almodovar zaprezentował swój film, też nie napawały przesadnym optymizmem. Zdawały się potwierdzać to, co czułem od jakiegoś czasu - obecna twórcza dyspozycja reżysera to cień jego dawniej aktywniejszego geniuszu. Choć "Gorzkim świętom" daleko do ideału, Almodovar wysyła jasny sygnał i mówi: "tak łatwo się mnie nie pozbędziecie, wciąż jeszcze mam w sobie energię".
Gorzkie święta - recenzja filmu. Papa Pedro tworzy o tworzeniu
Elsa (Barbara Lennie) to reżyserka, która ma na koncie dwa dalekie od miana sukcesów filmy. Los sprawił, że zaczęła wiązać swoją przyszłość z kręceniem reklam, a w międzyczasie poznała przystojnego strażaka imieniem Bonifacio (Patrick Criado). Kobieta, całkowicie oddana swojej pracy, zaczyna cierpieć na uciążliwe migreny. To skłania ją do decyzji o wyjeździe na wyspę Lanzarote, co czyni wraz z przyjaciółką, Patricią (Victoria Luengo). Równocześnie śledzimy losy Raula Rossettiego (Leonardo Sbaraglia) - reżysera pracującego nad scenariuszem do swojego najnowszego filmu.
Nie chcę być Smerfem Marudą, ale trudno - Pedro Almodovar w ostatnich latach robił sporo, bym wychodził z sali kinowej z poczuciem rozczarowania. W zasadzie ostatnie filmy Hiszpana, które trafiły do mnie ze sporą siłą, to "Ból i blask" (2019) oraz "Skóra, w której żyję" (2011). Oczywiście, don Pedro ma bogaty dorobek, ale przez ostatnie lata idzie mu dość zmiennie: zmarnował potencjał westernowego gatunku i talent duetu Hawke & Pascal w "Dziwnych ścieżkach życia", a "W pokoju obok", choć na poziomie formy ocierające się o doskonałość, miało ogromne problemy z treścią. Tak jest właśnie od jakiegoś czasu z Almodovarem - raz jego kino dowozi, raz ma z tym spore problemy. Potrafi jednocześnie zachwycać i frustrować. To oznaka geniuszu, czy braku panowania nad własną twórczością?
Pytanie zasadne tym bardziej, że samo pojęcie twórczości stanowi centrum rozważań Almodovara w "Gorzkich świętach". Jednym z czołowych elementów fabuły nowego filmu Hiszpana jest różnica między światem fikcji a rzeczywistą historią prawdziwego człowieka. Piastujący reżyserski fach bohaterowie roszczą sobie bowiem prawo, by użyć fragmentu cudzego życiorysu do napisania czegoś własnego, fikcyjnego, opartego o rzeczywisty szkielet i prawdziwe przeżycia. Almodovar wykazuje się w tym wątku sporą dozą krytycyzmu, ale również pośrednio zadaje pytanie o to, gdzie jest granica ingerencji w cudze życie.
Co jest bardziej kosztowne: brak weny napędzającej własną tożsamość, czy korzystanie z niej za wszelką cenę?
Można również czytać "Gorzkie święta" w następującym kluczu: Elsa jest alter ego Raula, a Raul to alter ego Almodovara. O filmie, w filmie w ramach filmu, cytując klasyka. Hiszpański reżyser skacze między wątkami powyższych postaci, i choć nie zawsze jest to tak płynne, a bywają nawet etapy, w których łatwo o zmęczenie tempem, finalnie historia okazuje się zmyślnie skrojona, a kropki się łączą. To, co początkowo wydaje się chaosem pozbawionym puenty czy ciekawego kierunku, z czasem okazuje się celowym, przemyślanym zabiegiem. Trudno mi się pozbyć wrażenia, że choć ostatecznie całość nabiera większego sensu, a proponowane intelektualne rozważania są interesujące, to Almodovar mnie ciut za mocno wymęczył. Kupuję ostateczny efekt, ale droga, którą przeszedłem jako widz, była zbyt kręta i mozolna, bym mógł uczciwie stwierdzić, że czuję pełną satysfakcję.

Reżyser jakimś trafem wychodzi z tej fabularnej mieszaniny (którą sam wywołał) z tarczą: opowiada osobistą historię o postaciach, dla których tworzenie jest sensem życia. Bohaterach, którzy chcą być oryginalni, a ostatecznie kończą albo jako opowiadacze cudzych (i nierzadko traumatycznych) przeżyć, albo jako ci, którzy odcinają kupony w postaci wygłaszania wykładów, odbierania nagród, świecenia twarzami na festiwalach filmowych czy sprzedawania się platformom streamingowym - a wszystko to, by podtrzymać myśl, że jeszcze coś się znaczy w świecie.
Almodovar potwierdza tezę, że życie pisze najlepsze scenariusze, ale równocześnie nie wzbrania się przed pokazywaniem korzystania z tego jako artystycznego pasożytnictwa. W pewnym sensie zdaje się również odzierać samo bycie reżyserem czy twórcą z wielkości, kultowości i innych wzniosłych określeń. Za sprawą "Gorzkich świąt" hiszpański reżyser zdaje się niejako uczłowieczać tych, którzy się zabierają za ten fach, pokazywać ich jako ludzi, którzy ostatecznie i tak pozostają więźniami własnych doświadczeń, obsesji i relacji, które później stają się inspiracjami. Całą tę treść tradycyjnie ubiera w przepiękną formę w postaci pięknych, kolorowych i ciepłych kadrów, całej palety barw scenerii czy kostiumów oraz znakomicie osadzonej muzyki Alberto Iglesiasa. Niezależnie od tego, jak idzie fabule, na poziomie technicznym jest tu zdecydowanie bezbłędnie.
Każdy, kto obejrzał przynajmniej kilka filmów Almodovara, jest pewnie przyzwyczajony do tego, że reżyser lubi dawać dużo pola kobiecym postaciom. W "Gorzkich świętach" to one wiodą prym - zwłaszcza Barbara Lennie w generalnie udanej, choć niekoniecznie zapadającej w pamięć na wieki roli Elsy, którą problemy zdrowotne motywują do zmiany priorytetów. Spośród reprezentantek płci pięknej nieco bardziej odznacza się Victoria Luengo jako przyjaźniąca się z bohaterką Patricia. Dla mnie jednak tytuł MVP powinien powędrować do Patricka Criado w roli przejętego losem ukochanej, zapewne świadomego prawideł ich relacji, ale niedającego sprowadzić się do parteru, wrażliwego Bonifacio.

"Gorzkie święta" z pewnością nie są najlepszym filmem Pedro Almodovara. Hiszpański reżyser nie pierwszy raz w swojej twórczości wykazuje się refleksyjnym nastrojem. W tym konkretnym przypadku nie zawsze udaje mu się przelać go na udanie prowadzoną opowieść, ale gdy już to robi, to skutecznie angażuje w jej chłonięcie. Gdy już wydaje się, że Almodovar wystrzelał się z całej amunicji, ten wraca i udowadnia, że wciąż jest w gazie.
Recenzja opublikowana w związku z pokazem filmu na 26. MFF Tauron Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Polska premiera jest zaplanowana na 28 sierpnia.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Krytycy zachwyceni nowym filmem o Spider-Manie. Najlepszy w historii?
- Co łączy Odyseję i Toy Story 5? Gigantyczne pieniądze
- Prawo Zeusa z Odysei. Czym jest i czy istniało naprawdę?
- Idźcie do kina na Papierowego tygrysa. Coś więcej niż gwiazdorska obsada
- Gwiazdor nowego Resident Evil prawie zginął na planie. Co się stało?
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.