Gdy James Gray kręci filmy, zwykle jest to godne uwagi wydarzenie. To twórca, który rozumie, że jakość i ilość nie zawsze muszą iść w parze - mimo, że karierę reżysera zaczął ponad 30 lat temu, "Papierowy tygrys" to jego dopiero dziewiąte pełnometrażowe dzieło. Czy najlepsze?

Bycie reżyserem filmowym nie polega wyłącznie na używaniu szerokich horyzontów, wyjątkowej wyobraźni i rozumieniu przestrzeni, ale także na zarządzaniu aktorskimi zasobami. James Gray umie w to - świetnie prowadził m.in. Pitta, Phoenixa, Wahlberga. Nie jest nawet w dwudziestce moich ulubionych przedstawicieli swojego zawodu, ale daleko mu też do zwykłego zadaniowca. "Papierowy tygrys" to jego powrót do świata kryminału po niemal 20 latach, kiedy to nakręcił "Królów nocy". W międzyczasie porywał się na inne wyzwania, m.in. sci-fi ("Ad Astra"), surową przygodówkę ("Zaginione miasto Z"), czy dramatyczno-biograficzno-społeczne kino ("Armageddon"). Tata wrócił z mlekiem, ale czy ono wciąż dobrze smakuje?
Papierowy tygrys - recenzja filmu. Historia braterska
Irwin (Miles Teller) i Hester (Scarlett Johansson) Pearlowie to względnie szczęśliwe małżeństwo z amerykańskiej klasy średniej. Mają to, co podstawowe, ale zwłaszcza Irwin, z zawodu inżynier, wewnątrz siebie ma aspiracje, by zrobić więcej i tym samym zapewnić swojej rodzinie lepszy byt. Okazja nadarza się w momencie, gdy rodzinę odwiedza brat mężczyzny, Gary (Adam Driver). Przedstawia Irwinowi szansę na rozkręcenie dobrego i zyskownego biznesu. Panowie wchodzą w niego, jednak z czasem sprawa zaczyna coraz bardziej śmierdzieć, przed co poczucie bezpieczeństwa rodziny Pearlów gwałtownie maleje.
Tytułowe sformułowanie "papierowy tygrys" nie jest użyte tutaj przez przypadek - oznacza coś, co początkowo sprawia wrażenie niebezpiecznego, jednak ostatecznie okazuje się zupełnie niegroźne. Słownik Języka Polskiego PWN idzie w trochę inną stronę, uznając za synonim "papierowego tygrysa" sformułowanie "kolos na glinianych nogach". To zasadniczo pasuje do bohaterów filmu Graya, którzy wchodzą w interes pozornie znakomity i korzystny - taki, który przy fachowej, amerykańskiej ręce jest w stanie naprawdę dobrze zarobić i zrobić coś wielkiego. Pozornie, bo wkrótce (ku zupełnemu braku zaskoczenia ze strony widzów) okaże się, że ich nowa rzeczywistość jest równocześnie przekleństwem. Pułapką, z której nie da się wyplątać bez płacenia dużej ceny.
W trakcie rozmów po seansie z kolegą, stwierdził on, że "Papierowy tygrys" to film, który nadawałby się do obejrzenia wieczorem na TVN7. Choć takie określenie zwykle jest nacechowane negatywnie, tutaj obaj byliśmy zgodni co do tego, że James Gray wcale nie stworzył dzieła złego. Mamy do czynienia z dość klasycznie zrealizowanym i poprowadzonym filmem, kryminałem spod znaku Martina Scorsese i Michaela Manna, (zbyt) mocno flirtującym z rodzinnym dramatem. Gdy do tego dodamy historię dwóch różniących się braci oraz kierunek "chcieli dobrze, skończyli źle", mamy przepis na historię, która w dobrych rękach wciąga i angażuje emocjonalnie. Gray co prawda nie używa wszystkich składników tak, jak można lub należy oczekiwać. W związku z tym jego filmowe danie jest lekko odgrzane w mikrofali, ale koniec końców zjadliwe.
"Papierowemu tygrysowi" najlepiej idzie, gdy koncentruje swoją uwagę na Irwinie i Garym. Czytelnie rysuje dzielące ich różnice, ale nie pogrubia kreski zbyt mocno - pierwszy to stateczny człowiek, oddany mąż i ojciec, którego ambicje sięgają dalej niż rzeczywistość, drugi zaś jest charyzmatycznym "golden boyem", który ma wpływy, kontakty i dobra materialne, których rodzina Pearlów w mniej lub bardziej wysłowiony sposób mu zazdrości. "Wojna klas" rozgrywa się tu bardzo subtelnie, w detalach - Gray nigdy nie czyni tego aspektu historii kluczowym. Synowie pytający ojca o lepszy samochód, cieszący się na widok ekskluzywnego jedzenia zamówionego przez wujka - to takie drobiazgi, które sporo znaczą. De facto to one przekonują Irwina do zagłębienia się w temat, mimo wątpliwości. Chce zapracować na lepszą dorosłość dla swoich synów. Relacja braci Pearlów przypomina to, co zapewne każdy kiedyś na jakimś etapie życia miał. Tę część rodziny żyjącą na wyższym poziomie, mogącą pozwolić sobie na więcej i niespecjalnie to ukrywającą. Granica między podziwem a zazdrością jest wówczas cienka.

Gray dość równo traktuje obu głównych bohaterów, z ciut większym naciskiem na Irwina, który najpierw niechcący zwraca na siebie uwagę mafii, a później ponosi tego konsekwencje. Gary w tej historii jest "fixerem" - gościem, który zadzwoni, zapłaci, użyje kart, które ma w zanadrzu, by załatwić problem. "Papierowy tygrys" nie jest przy tym obrazem ludzi, których zakazany owoc uwodzi i niszczy ich dobroć - bardziej spojrzeniem na bohaterów, którzy naiwnie uwierzyli, że mają pole do rozdawania kart. Spoiler - nie mają.
Głowa rodziny wykazuje bezradność i słabość, a ten, który żył w przekonaniu, że zaopiekuje się wszystkim i wszystkimi, pada ofiarą własnej głupoty oraz zarozumiałości. Przeświadczenia, że wraz z bratem zrealizuje amerykański sen i przy okazji wprowadzi do niego rosyjskich imigrantów. Na papierze każdy zyskuje, realnie - każdy traci. "Papierowy tygrys" aspiruje do czegoś na kształt opowieści o fatum, tragedii wiszącej w powietrzu. Nieraz mu się to udaje - są sceny, w których jest tak gęsto i złowrogo, że można kroić nożem powietrze. Zagrożenie jest realne i namacalne. Żeby jednak nie było tak różowo, Gray zupełnie kładzie to, co związane z Hester. Gdy próbuje wyrwać ją z roli zmęczonej strażniczki domowego ogniska, ponosi porażkę w postaci słabo poprowadzonego wątku związanego z jej chorobą. Jest on tu zupełnie doklejony, mało potrzebny i wyraźnie osadzony z braku ciekawszego wyboru ścieżki fabularnej tej postaci.
Im bardziej reżyser oddala się od kryminalnego aspektu filmu, tym bardziej ten traci.
Na poziomie aktorskim "Papierowy tygrys" jest tak naprawdę bardzo podobny do fabularnego. Adam Driver daje świetny występ w roli Gary'ego - byłego gliny, który zbudował sobie renomę, materialne bezpieczeństwo. Rosjanie, z którymi planuje współpracę, to dla niego właśnie papierowe tygrysy - ludzie biznesu, których mroczne zapędy nie przesłonią szans na udaną współpracę. Świetnie zagrany przez Drivera Gary to czarujący showman, który wyciągnie wszystkie króliki z kapelusza. Uspokoi, zapłaci, pogłaszcze, z nadmierną brawurą wkroczy do akcji i przy okazji zacznie podpisywać na siebie kolejne wyroki. Życie w stworzonej przez siebie iluzji w końcu sprawia, że bańka pęka. Im bardziej Gary sobie to uświadamia, tym lepiej ogląda się grę Adama Drivera.
Doskonale dopełnia się on z Irwinem, równie dobrze zagranym przez Milesa Tellera. To kolejna rola, która pozornie nie pasuje do jego aury, a finalny efekt szczerze zadowala. Świetnie wychodzi mu granie zwyczajnego faceta, którego poczucie kontroli nad życiem własnym i rodzinnym stopniowo się rozpada. Jakkolwiek chciałby ją odzyskać, ostatecznie i tak jest skazany na łaskę "zaradnego" oraz lepszego w biznesowe klocki brata, w którego od dawna jest zapatrzony. Scarlett Johansson, wcielająca się w Hester, jest niestety przeszarżowana jak nigdy. Sceny z jej udziałem, które powinny poruszyć, emanują przykrą sztucznością.

"Papierowy tygrys" to film, który ma swoje świetne momenty i nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Mimo wyraźnych wad, James Gray stworzył solidną, dobrze zainscenizowaną, kryminalną opowieść. O dwóch takich, co przeszacowali. O dążeniach do amerykańskiego snu, których koszty są wyższe niż zyski. O tym, że ambicje są srebrem, bezpieczeństwo rodziny - złotem, zaś naiwność - pierwszym krokiem do zguby.
Recenzja opublikowana w związku z pokazem filmu na 26. MFF Tauron Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Polska premiera jest zaplanowana na 27 listopada.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Nowości HBO Max na weekend. Kinowy hit i wyczekiwany serial
- Tak głupie, że aż śmieszne. Sprawdzam spin-off Teorii wielkiego podrywu
- Kapitalne fantasy wraca do Disney+. Jest data premiery
- Gwiazdor nowego Resident Evil prawie zginął na planie. Co się stało?
- Nadchodzące epickie fantasy już teraz ma przewagę nad Pierścieniami Władzy
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.