Niespecjalnie dziwi mnie chłodne przyjęcie najnowszego filmu Ridleya Scotta przez zachodnich krytyków. Rozwieję wątpliwości: to nie jest zbyt dobry film. Zalicza sporo potknięć. A jednocześnie okazuje się też bardziej osobisty i bliski człowieka z krwi i kości niż trzy ostatnie obrazy twórcy „Blade Runnera” razem wzięte. „Gwiazdozbiór psa” nie może się wprawdzie mierzyć ze znakomitym „Ostatnim pojedynkiem”, ale to i tak najciekawsze emocjonalnie i najpiękniejsze dziecko Scotta od lat.

Higa (Jacob Elordi) poznajemy, gdy kosi trawę na gruntowym lądowisku gdzieś w górach. Wokół, wydaje się, ani żywej duszy - może poza ptactwem, psem Jasperem i jednym zgryźliwym kompanem. Wieża, mały hangar, kilka niewielkich konstrukcji, cmentarzysko awionetek. Wkrótce okazuje się jednak, że jedna z nich, Cessna, wciąż jest na chodzie - Hig i Jasper wyruszają na jej pokładzie do miasta na szaber. A może raczej: na poszukiwanie zapasów, bo cała ta zapuszkowana żywność, butelki z napojami, benzyna czy sprzęt zgarnięty z opuszczonych domów, sklepów i stacji benzynowych nie należą już do nikogo.
To postapokaliptyczna rzeczywistość, w której kilka lat wcześniej wirus wykończył większość ludzkości. Przetrwali tylko nieliczni, ci z jakichś powodów odporni; w efekcie zapanował chaos i bezprawie. Żadnych zombie, żadnych żądnych krwi zarażonych - na człowieka poluje tu inny człowiek. Wciąż pogrążony w żałobie po stracie żony Hig ma już dość ukrywania się w górach wraz z cynicznym, zrzędliwym Bangleyem (Josh Brolin) - zamierza wyruszyć w podróż, by odnaleźć bezpieczną, przyjazną ludzką enklawę, o której istnieniu jest przekonany.
Gwiazdozbiór psa - recenzja filmu
Trudno spierać się o kwestię znużenia, na które uskarża się spora część dotychczasowej widowni „Gwiazdozbioru psa”. Nuda w trakcie seansu to kwestia tak indywidualna, że nie sposób uznać jej za obiektywny czynnik wartościujący czy solidny argument recenzencki - no chyba, że mówimy o scenariuszu tak wtórnym i przewidywalnym, że aż usypiającym. To coś jak z pisaniem o klimacie czy chemii między aktorami - możemy to poczuć, ale nie jesteśmy w stanie tego uzasadnić, wybronić i przekonać pozostałych. Ja na znudzenie nie narzekałem, choć nowe dzieło Scotta to niewątpliwie film pięknych momentów i poruszających interakcji - bo jako całość okazuje się raczej nieudolną adaptacją powieści Petera Hellera, której brakuje spójności, umiejętnej budowy świata przedstawionego i konkretnego celu.
Nie mam nic przeciw temu, że film nie odpowiada na wiele pytań - choćby o to, czym dokładnie był ten wirus, kogo zarażał, a kogo nie, jak szybko się rozprzestrzenił, czy objął cały świat oraz jak dokładnie przebiegał upadek cywilizacji. Rzecz w tym, że jeśli film ukrywa wiele kluczowych informacji przed widzem, powinien w zamian rozwinąć kilka interesujących tematów, które zdecydował się podjąć. Niestety - Scott porzuca większość z nich. Co najwyżej rzuca kilka powierzchownych komentarzy za pośrednictwem ust Higa czy Bangleya - są to konstatacje prostolinijne, banalne, a nieraz wręcz dziecinne (w ogóle większość dialogów w pierwszej połowie filmu to pozbawione charakteru frazesy, ogólniki i sztampa). I ostatecznie donikąd nie prowadzą: konfrontacja z izolacjonizmem i ksenofobią nie rozwija się w żaden interesujący sposób. Reżyser wręcz zaprzecza sam sobie w skandalicznie bezmyślnie wyreżyserowanej scenie, kiedy to atak hordy zbirów na ranczo jest przedstawiony za pośrednictwem tego samego języka audiowizualnego, z którego korzystano do przedstawiania ataków rdzennych mieszkańców Ameryki na białe osady na Dzikim Zachodzie.
No właśnie - choć film początkowo sugeruje, że obecność bezwzględnych, morderczych formacji odegra w nim kluczowe znaczenie, ostatecznie sprowadza je do pozbawionych imion, twarzy i konkretnego celu gangów, które należy wybić lub przed nimi uciec. Trudno tu zatem mówić o istotnej roli dla scenariusza, rozwoju wspomnianej wcześniej tematyki, o napięciu i poczuciu zagrożenia nie wspominając.
„Gwiazdozbiór” najlepszy jest wtedy, gdy Scott odpuszcza thrillerowe sekwencje i nadaje swojej opowieści charakter melancholijnego westernu.
To właśnie te sceny, które mogą sfrustrować widzów o wąskim zakresie uwagi, stanowią moim zdaniem największą siłę obrazu. Reżyser, jak się okazuje, potrafi w wiarygodny sposób nakreślić te aspekty dystopijnej przyszłości, w których ponurą rzeczywistość i brutalność równoważą współczucie, czułość oraz nadzieja. Dzięki temu film, choć nieśpieszny, potrafi oczarować i wciągnąć - w czym pomagają majestatyczne zdjęcia Erika Messerschmidta, wzbogacające opowieść o ogrom wdzięku i czegoś dziwnie, przyjemnie kojącego.
Gwiazdorska obsada też ciągnie seans w górę.
Elordi jest tu najlepszy w swojej karierze, wrażliwy i nieco wycofany; Margaret Qualley jest stonowana i ujmująca zarazem; Guy Pearce sprawia, że potraktowana powierzchownie przez scenariusz postać nabiera głębi, a Brolin wnosi tu sporo potrzebnego humoru. Szkoda, że większości brakuje wiarygodnych, doprecyzowanych motywacji napędzających ich działania.
Scott szybko rezygnuje z poważniejszych refleksji na rzecz prostych gatunkowych emocji i zdawkowego romansu. „Gwiazdozbiorowi” brakuje przez to wydźwięku, poczucia celowości, konkretnej drogi, siły rażenia, mięsa. Jest taki moment, w którym twórca zdaje się głębiaj zanurzać we wspomniany wcześniej przeze mnie spór. Bangley staje się reprezentantem postawy: przeżyj za wszelką cenę, nie ufaj nikomu, zabezpiecz teren, zgromadź broń, zabij, zanim ktoś zabije ciebie. Hig reprezentuje coś zgoła innego: skoro mój świat runął, to po co właściwie żyć? Samotność, pamięć o żonie i kolejne dni sprowadzone do walki o przetrwanie zabijają go od środka. Protagonista potrzebuje powodu, żeby w ogóle ruszyć z miejsca. Scott szybko jednak spycha ten wątek na margines. Owszem, odhacza kilka punktów, które pozwalają mu dotrzeć do końca, ale nie poświęca im wystarczająco dużo uwagi - a szkoda, bo to właśnie w nich jest serce, emocjonalna wiarygodność i optymizm, który mógł wznieść tę opowieść znacznie wyżej. Scott wziął sobie przekaz oryginału - to, by mimo tragedii „zachować otwarte serca” i zaryzykować pokochanie kolejnych osób - ale stracił nad nim panowanie. A mogło być naprawdę dobrze.
GWIAZDOZBIÓR PSA - w kinach od 28 września.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Julia Wieniawa przechodzi do Polsatu. Została jurorką kultowego show
- Ryan Gosling i jaskiniowcy. Flintstonowie wracają
- Gwiazdy żegnają Dolly Parton. "Świat bez Dolly wydaje się niemożliwy"
- Zwiastun rozszerzonej wersji Avengers Koniec gry. Gdzie nowe sceny?
- Te seriale Netfliksa dostaną nowe sezony. Fani mogą odetchnąć
Gwiazdozbiór psa - obsada filmu
- Jacob Elordi - Hig
- Josh Brolin - Bangley
- Margaret Qualley - Cima
- Guy Pearce - Tatko
- Benedict Wong - Aaron
- Allison Janney - Darlene
- Ewen Bremner - łowca z kuszą
- James Craze - Logan
- Sam Spruell - Matteo Angelucci
- Sebastian Rokison-Woodall - Ben
Dla Rozrywka Spider’s Web najchętniej bloguje o branży filmowej, krytycznym (lub pełnym uwielbienia) okiem przyglądając się nowościom na ekranach kin i w serwisach streamingowych. Kinoman, filmoznawca, szczerze miłujący zarówno arthouse, jak i naszpikowane akcją popcorniaki. Niemal cały swój czas wolny poświęca kulturze w najróżniejszych jej formach. Wciąż dokształca się filmoznawczo; o sztukach wizualnych pisze od lat, początkowo raczej hobbystycznie, a od dłuższego czasu – zawodowo. Gościł w Radiowej Czwórce czy telewizji publicznej; można go było przeczytać m.in. w miesięczniku „Kino”, „Nowej Fantastyce” czy na łamach innych serwisów (recenzje, felietony, newsy, wywiady).