Gdy wielka marka planuje nowe otwarcie, zdawałoby się, że najbardziej pożądanym kierunkiem działania jest wybranie kogoś, kto nada jej nowy sznyt, autorski pazur, stanie na jej czele z wizją. Wybranie Jona Wattsa na kontynuatora opowieści ze świata "Gwiezdnych wojen" świadczy o tym, że Lucasfilm niespecjalnie zależy na tym, by ruszyć z miejsca.

W momencie, gdy Dave Filoni objął kreatywne stery Lucasflm, komentatorzy i fani mocno się podzielili. Zdaje się jednak, że istnieje przewaga tych, którzy wątpią w kompetencje Filoniego jako szefa jednej z największych filmowych marek, odpowiedzialnych za uniwersum "Gwiezdnych wojen". Finansowa klapa, jaką okazał się "Mandalorian & Grogu", utwierdziła krytyków w tym, że nowy rządzący Lucasfilm nie ma ani wyrazistej wizji twórczej, ani patentu na to, jak dobrze "sprzedać" kino. Kolejna decyzja dotycząca rozwoju uniwersum wprawiła fanów w dość wyraźną wściekłość, której trudno się dziwić.
Jon Watts za sterami Gwiezdnych wojen. Fani słusznie rozczarowani
Do pewnego momentu wielu internautów było przekonanych, że mają do czynienia z fake newsem, ale okazało się, że jest inaczej - Jon Watts miał zostać namaszczony przez Lucasfilm na autora nowego filmu z serii "Gwiezdne wojny", zatytułowanego wstępnie "Star Wars: Episode X". Ma on rozpocząć trylogię, do której scenariusz pisze Simon Kinberg ("X-Men: Przeszłość, która nadejdzie", "X-Men: Apocalypse", "Fantastyczna Czwórka", "Inwazja"). Oznacza to, że jeśli nie dojdzie do radykalnych zmian czy zwrotów akcji, to właśnie Watts i Kinberg będą ojcami nowych filmów z serii.
Czy to powód do ekscytacji? Moim zdaniem zdecydowanie nie, a wręcz przeciwnie.
W ramach odrzucenia potencjalnych zarzutów o krytykanctwo, chcę powiedzieć jedno na starcie: Jon Watts niewątpliwie wie, jak dowieźć blockbuster. Był w końcu reżyserem pierwszych trzech filmów o Spider-Manie z Tomem Hollandem w roli głównej. Żaden wszystkie odniosły spektakularny sukces, spektakularności odmówić im się nie da, jednak na poziomie czysto reżyserskiej pracy trudno uznać je za arcydzieła czy kino z charakterem. Watts jest zatem kimś, kto w wysokim budżecie (a zapewne taki dostanie też od Filoniego) czuje się swobodnie i to niewątpliwie jest zaleta, coś, co może mu pomóc. Dodatkowo, ma już doświadczenie w uniwersum - był scenarzystą i reżyserem kilku (udanych) odcinków serialowej "Załogi rozbitków".
Nie zmienia to tego, że Watts i tak jest jednym z najsłabszych możliwych wyborów - zwłaszcza na kogoś, kto ma stanąć na czele nowych odsłon serii. Nie mamy tu do czynienia z twórcą, który jest znany z jakichkolwiek przejawów autorskiego zmysłu - to wyrobnik, którego kino spełni oczekiwania studia, zapewne przyniesie duże pieniądze, ale będzie pozbawione duszy i pasji, czyli tego, co w filmach pokroju "Gwiezdnych wojen" jest absolutnie niezbędne.
Nie da się stworzyć nowego początku, jeśli jego architektem będzie ktoś bez cienia reżyserskiej iskry, bez grama wizjonerstwa. Watts swoją dotychczasową pracą udowodnił, że nie należy do grupy twórców, którzy coś takiego posiadają. Sytuacji nie pomaga fakt, że jego scenarzystą będzie Simon Kinberg, który ostatni raz napisał dobry scenariusz w 2014 roku, przy "X-Men: Przeszłość, która nadejdzie"- od tamtego momentu jego kariera to pasmo przeciętności (jego najbliższą szansą na odkucie się będzie "Here Comes The Flood" Fernando Meirellesa z Pattinsonem, Washingtonem i Edgar-Jones, więc kto wie), które poddaje w wątpliwość jego kompetencje do stworzenia nowego rozdziału w historii marki.
Wybór Wattsa jest ponurym sygnałem wysłanym do fanów "Gwiezdnych wojen" tym bardziej, że w ostatnich miesiącach głośno było na temat innych projektów z tego świata, które trafiły do kosza. Odrzucono Riana Johnsona i jego plany nowej trylogii, w Disneyu zdekapitowano również "Polowanie na Bena Solo" autorstwa Stevena Soderbergha (przy silnym wsparciu Adama Drivera), a koncepcja zaproponowana przez Davida Finchera na nowy film z serii nigdy nie przełożyła się na realne działania. Każdy z trzech wspomnianych reżyserów, gdyby otrzymał prawdziwą szansę (Johnson nakręcił tylko "Ostatniego Jedi"), najprawdopodobniej dostarczyłby widzom coś znacznie bardziej interesującego.
Według najbardziej aktualnych doniesień, "Episode X", początek nowej trylogii Wattsa ma kontynuować sagę, której głównymi bohaterami będzie rodzina Skywalkerów, a Daisy Ridley miałaby powrócić do roli Rey. Czy po tylu latach brnięcie dalej w losy nosicieli tego nazwiska, mówiąc kolokwialnie, "grzeje"? Nie jestem tego zdania, ale biorąc pod uwagę owy kierunek, wybór Wattsa jawi się jako dość logiczny - Lucasfilm potrzebowałoby kogoś, kto zrealizuje wizję firmy prędzej niż własną, a zatem wspomniany reżyser jest do tego właściwym kandydatem. Nigdy bym nie pomyślał, że zajdą okoliczności, w których będę gorąco wyczekiwał filmu Shawna Levy'ego (będącego reżyserem "Starfightera" z Ryanem Goslingiem, Mią Goth, Aaronem Pierre'em i Amy Adams), ale jak widać, Dave Filoni swoimi decyzjami potrafi jednak czynić cuda.
Czytaj więcej w Spider's Web:
- Filmy i seriale z Kamilą Urzędowską. Lalka tego nie przebije
- Najlepsze role Woody'ego Harrelsona. To znakomity aktor
- Posuńcie się, X-Meni. Czas na Spider-Man ’94, ciąg dalszy kultowej animacji
- Freida McFadden i jej książki. Nie wszystkie są dostępne w Polsce
- Takiej Lalki nawet Netflix nie odważyłby się zrobić. Jest brutalnie
zdjęcie Jona Wattsa użyte do grafiki głównej: Kathy Hutchins / Shutterstock
W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.