REKLAMA

Krytycy się mylili. Historie równoległe kawał kina. Recenzja

Gdy gruchnęła wieść, że powstanie film bazujący na "Dekalogu VI" Krzysztofa Kieślowskiego, uznano to za spore wydarzenie. Gdy okazało się, że jednym z producentów jest Maciej Musiał, w Polsce wielu doznało szoku. Nadzieja wielu wzrosła, gdy na stołku reżyserskim usiadł Asghar Farhadi, uznawany za jednego z najlepszych irańskich twórców w historii. Pytanie brzmiało zatem: czy z tej mąki wyszedł dobry chleb? Moim zdaniem tak.

OCENA :
7/10
historie rownolegle film recenzja

Do Polski "Historie równoległe" przybywają po festiwalu w Cannes, na którym ze strony recenzentów doszło do rzeźni w ocenach (w serwisie Rotten Tomatoes film może się "pochwalić" wynikiem 20% przy 30 recenzjach). Nie ma co owijać w bawełnę - to wynik bardzo marny, co pewnie część osób zniechęci. Tym bardziej to ciekawe, że domyślnie inspiruje się twórczością Krzysztofa Kieślowskiego, mającego (słusznie) status jednej z najważniejszych postaci polskiego i europejskiego kina. "Kieślarzy" wśród odbiorców nie brakuje, a z tego, co zdążyłem wybadać przed własnym seansem, ci, którzy obejrzeli film Farhadiego na Nowych Horyzontach, mieli bardzo mieszane wrażenia, z przewagą tych mniej przychylnych. Starałem się jednak oceniać to, co zobaczyłem, jako samodzielny, stojący na własnych nogach film.

Historie równoległe - recenzja filmu. Obsesja po francusku

Sylvie (Isabelle Huppert) to pisarka żyjąca na co dzień w jednym z paryskich mieszkań. To kobieta w średnim wieku, samotna, spędzająca dnie na obserwowaniu sąsiadów z mieszkania mieszczącego się w bloku naprzeciwko. Główna bohaterka używa swojej wyobraźni i tworzy fikcyjne losy przebywających tam osób - zajmujących się tworzeniem efektów dźwiękowych Nitę (Virginie Efira), jej partnera Nicolasa (Vincent Cassel) oraz jego młodszego brata, Theo (Pierre Niney). Życie bohaterki - i nie tylko jej - ulega znacznej zmianie, gdy zatrudnia do pomocy młodego Adama (Adam Bessa).

Tytuły filmów czasami bywają obietnicami. Tym samym "Taksówkarz" jest o facecie, który zatrudnia się jako taksówkarz, "Księżniczka i żaba" opowiada o losach księżniczki i żaby. Film Asghara Farhadiego postąpił podobnie, od razu wysyłając nam sygnał, że będziemy świadkami przeplatających się historii. W zasadzie można stwierdzić, że bycie świadkiem to podstawowa czynność uskuteczniana przez bohaterów. Wszystko w tym filmie de facto zaczyna się od patrzenia, patrzenie zmienia się w podglądanie, podglądanie - w obsesję. Bycie widzem cudzego życia staje się filarem życia kogoś innego, a przekraczanie granicy i coraz aktywniejsze zacieranie granic - coraz chętniej nadgryzanym zakazanym owocem.

Isabelle Huppert - kadr z filmu "Historie równoległe"

Asghar Farhadi ma za mało "mocy", by z tego materiału uczynić stuprocentowo skuteczny thriller, ale scenariusz (współtworzony przez niego i brata Saeeda) pozwala na skuteczne zagłębienie się w życia bohaterów i zależności, które zaczynają się między nimi pojawiać. Irański reżyser (na szczęście) nie czuje potrzeby, by uprawiać filozoficzny traktat o różnicach między fikcją a prawdziwym życiem - przechodzi od słów do czynów. Dzięki temu "Historie równoległe" stają się błyskotliwą kroniką tego, kto nad kim trzyma psychologiczną władzę. Już od pierwszej sceny film sygnalizuje, że, cytując klasyka, nie wszystko będzie takie, jak się wydaje.

Farhadi igra z naszymi oczekiwaniami, gdy pokazuje Adama patrzącego się na młodą kobietę w pociągu i - raczej celowo -  automatycznie wzbudza w widzu myśl, że to zboczeniec, który znalazł sobie przyszłą ofiarę. Podobnych gierek z oczekiwaniami w "Historiach równoległych" będzie jeszcze więcej (w tym na samym końcu). Reżyserowi świetnie wychodzi przyglądanie się w szerszej skali takim zjawiskom jak podglądactwo, zatruwanie cudzego życia, krzywdzące tworzenie fikcji na bazie prawdziwych ludzi. Podobnie jakościowo idzie mu również portretowanie bezpośrednich, coraz bardziej destrukcyjnych relacji między konkretnymi bohaterami, przeplatanie ich fikcyjnego, zapisanego w rękopisie obrazu z rzeczywistym, mniej bogatym w takie "fajerwerki", jakie zostały scharakteryzowane na kartkach.

Początkowo Bogu ducha winni Nita, Nico i Theo orientują się, jaką rolę pełnią w tym procesie, a obserwowanie ich "małych psychoz" to zdecydowanie jeden z ciekawszych elementów filmu. Adam zaś, niewątpliwie najbardziej intrygujący bohater filmu, przywodzi nieco na myśl Billa z nolanowskiego "Śledząc" - szukającego sensu mężczyznę, który inspiruje się cudzą pracą i sam się w niej zatraca. Najmniej ciekawą postacią okazuje się sama Sylvie, a sam film Farhadiego nie jest pozbawiony wad - zwłaszcza w postaci lekko męczących i usypiających dłużyzn. Udaje mu się jednak nieraz wracać w porę na właściwe tory.

Pierre Niney i Vincent Cassel - kadr z filmu "Historie równoległe"

Isabelle Huppert niewątpliwie jest ikoną francuskiego oraz europejskiego kina - nie mam zamiaru tego kwestionować. Niestety, w "Historiach równoległych" zupełnie mnie nie przekonuje. Jasne, może zamiarem było uczynienie z bohaterki apatycznej, mentalnie i życiowo skostniałej postaci, która z czasem przekonuje się o tym, że ma coraz mniejszą kontrolę nad tym, co robi(ła) i zapoczątkowała coś, nad czym nie panuje. Nawet biorąc to pod uwagę, Huppert jawi mi się w "Historiach równoległych" jako zupełnie pozbawiona charyzmy aktorka, na widok której od razu chcę, by oko kamery wróciło do pozostałych bohaterów.

Na szczęście reszta obsady dowozi znacznie lepiej.

Zwłaszcza Adam Bessa a roli swojego imiennika sprawia, że pewność co do jego intencji nigdy nie nosi znamion absolutnej. Sposób, w jaki aktor wciela się w tę postać, wprawia widza w rozważania. Czy to chłopak z nizin, który za sprawą Sylvie znalazł nową drogę? Czy może sprawny manipulant, który potrzebował "nakierowania" swoich obsesji i usprawiedliwienia ich w formie literackich inspiracji? To pytania otwarte. Dobrze oglądało się również tercet Cassel-Niney-Efira, złożony ze świetnych aktorów, którzy musieli się sprawdzić (i sprawdzili!) w dwóch różnych wersjach. Zwłaszcza Cassel, który naraz wciela się w podstarzałego kochanka i zmęczonego, mało sprawczego faceta.

"Historie równoległe" to film, któremu niewątpliwie zaszkodziła zła prasa po festiwalu w Cannes. Pewnie będę w mniejszości, ale uważam, że całość broni się jako samodzielna, mająca swoje problemy, ale koniec końców intrygująca opowieść o obsesjach, zawłaszczaniu cudzego życia dla własnej, twórczej korzyści, robienia z ludzi kukiełek podległych własnej wyobraźni. Zagorzałym fanom Krzysztofa Kieślowskiego pozostawię ocenę spójności i podobieństw z oryginałem, zaś sobie pozwolę się cieszyć, że nie zniechęciłem się cudzymi opiniami.

Recenzja opublikowana w związku z pokazem filmu na 26. MFF Tauron Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Premiera jest zaplanowana na 14 sierpnia.

Czytaj więcej w Spider's Web:

Adam Kudyba
Redaktor

W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.