REKLAMA

Josephine to bardzo mocny film. Musiałem go rozchodzić

Mówi się, że cierpliwość jest cnotą. Dla kinomanów często jest wymuszoną codziennością. Po wielu miesiącach festiwalowej tułaczki, na polski ekran zawitała właśnie "Josephine". Dla mnie to pierwszy film obejrzany na tegorocznym festiwalu Nowe Horyzonty i muszę przyznać, że jest to niezwykle mocne otwarcie.

OCENA :
9/10
josephine film recenzja tatum

Początek roku był dla "Josephine" dość intensywnym okresem - w styczniu film ten trafił do repertuaru festiwalu Sundance, a w następnym miesiącu był pokazywany w trakcie odbywającego się na niemieckiej ziemi festiwalu Berlinale. To na pierwszym z wymienionych doceniono go bardziej, konkretnie w postaci nagrody jury. Dzieło wyreżyserowane przez Beth de Araujo (dla której to dopiero drugi pełny metraż), dzięki selekcjonerom odbywającego się we Wrocławiu festiwalu Nowe Horyzonty, dostało jednak szansę, by wrócić na Stary Kontynent i pokazać swoją wartość. Czy misja ta się udała?

Josephine - recenzja filmu. Zbrodnia oczami dziecka

Tytułowa bohaterka (Mason Reeves) to ośmioletnia dziewczynka wychowywana przez kochających ją rodziców - Damiena (Channing Tatum) i Claire (Gemma Chan). Pewnego poranka, w ramach "tradycji", Josephine wraz z tatą biegają rano po lokalnym parku. Dziewczynka przypadkiem rozdziela się z ojcem, a chwilę później jest świadkiem przerażającego horroru. Na jej oczach pewien mężczyzna brutalnie gwałci przypadkową dziewczynę. Po tym, jak Jo go zauważa, zwyrodnialec ucieka, jednak prędko zostaje złapany. Widok zbrodni odciska duże piętno na dziewczynce, a także na stojących wskutek tej sytuacji przed ogromnym wyzwaniem, rodzicach.

Przyznam, że w moim przypadku zwłaszcza dwa elementy "Josephine" przykuwały uwagę. Pierwszy to niewątpliwie trudna tematyka, drugim zaś były doniesienia zza oceanu głoszące, że na swoje wyżyny wzniósł się Channing Tatum, wcielający się w jedną z głównych postaci w filmie. Nie byłoby to wielkie zaskoczenie - od jakiegoś czasu aktor skutecznie walczy o atencję publiczności niezłymi kreacjami, wykraczającymi poziomem ponad jego dawny dorobek. O samej de Araujo czy jej twórczości większej wiedzy nie miałem, natomiast seans jej najnowszego filmu skłania mnie do publicznej samokrytyki. Za jego sprawą udowadnia, że warto zwrócić na nią uwagę.

Tak trudna tematyka, jak w przypadku "Josephine", wywołuje pewne ryzyko. To film, który stawia czoło bardzo wielu pułapkom w postaci nadmiernego epatowania okrucieństwem, kierowania się w stronę misery porn (przesadne skupianie się na szoku/cierpieniu/traumie), albo z drugiej strony - uśmieszniania całości, zwalając to na perspektywę dziecka, z założenia inaczej odbierającego pewne rzeczy. De Araujo jednak wykazała się niezwykłą zwinnością i w żadnym momencie nie uległa tym pokusom.

Właśnie to czyni jej film tak świetnym - niezależnie w które emocjonalne rejestry uderza, praktycznie zawsze robi to na najwyższym poziomie.

Reżyserka bardzo szybko wrzuca widza w akcję i nie pozwala za bardzo rozczulać się nad uroczą, sportową więzią ojca z córką. Szybko stajemy się świadkami (niekiedy nawet dosłownie patrzymy na wydarzenia oczami Josephine) tego, co traumatyczny widok robi z dziecięcym umysłem. Znakiem czasów niech będzie to, że tak naprawdę jedną z pierwszych rzeczy, które dziewczynka robi po wszystkim, jest wpisanie słowa na "g" w Google. Reżyserka jednak nie oskarża tu nikogo - wręcz przeciwnie. Pochyla się nad Jo, która jest wyraźnie zagubiona - zadaje trudne (w jej mniemaniu proste) pytania bez łatwych odpowiedzi, zachowuje się wyraźnie inaczej. Prawdopodobnie nie zna znaczenia słowa "paranoja", ale niewątpliwie jej doświadcza - hoduje w sobie gniew, niejednokrotnie wyładowuje go w przekraczający granice sposób.

Nieświadomie pozwala by to, co domyślnie ma być jej mechanizmem obronnym, stało się jej sposobem funkcjonowania. Częścią tego procesu są również jej rodzice, którym realnie niewiele da się tu zarzucić - oboje troszczą się o córkę, zapewniają przestrzeń do rozmowy i chcą zrobić wszystko, by Jo przeszła tę sytuację z jak najmniejszą szkodą psychiczną. De Araujo z imponującą płynnością pokazuje ewolucję ich zachowań - początkowo Claire jest tym głosem rozsądku, który mówi mądre rzeczy, a Damien fałszywie zapewnia, że na pewno wszystko będzie dobrze. Im dalej w las, tym role się odwracają. Do Damiena dochodzi trud, złożoność całej sytuacji i to, że składa córce obietnice bez pokrycia. Claire zaś jest rozdarta - nie chce dokładać do zniszczenia jej dzieciństwa, przez co nie jest w stanie mówić pewnych rzeczy wprost.

Choć Josephine i jej perspektywa pozostaje centralnym elementem filmu, to spirala bezradności dotyczy jej całej rodziny.

Nie każde pytanie dziewczynki spotyka się ze zrozumiałą odpowiedzią, a i rodzice nie są realnie przygotowani by wytłumaczyć córce, jak okrutne i straszne jest to, co zobaczyła. De Araujo jako reżyserka nie oszczędza widza. Trzeba mieć niezwykle dobre wyczucie, by najpierw zaserwować widzowi wstrząsające i uwalniające wielką złość minuty przesłuchania Jo przez adwokatkę zwyrodnialca, by chwilę później rozładować to zabawnym tekstem wypowiedzianym przez dziewczynkę na temat gry Liverpoolu. Reżyserka udanie aplikuje też zabieg artystyczny rodem z horroru - mężczyzna, którego zobaczyła, staje się niczym jej wymyślony towarzysz, koszmar, z którym mierzy się, zanim spokojnie zaśnie.

To wszystko jednak nie byłoby tak przemawiające, gdyby nie świetna obsada. Największe brawa bez wątpienia należą się debiutującej, młodziutkiej Mason Reeves w tytułowej roli. Dziewczynka z niezwykłą naturalnością pokazuje nam zmienne, a zarazem niezwykle spójne zachowania bohaterki. Po tym, gdy na jej oczach dochodzi do zbrodni, nierozumiejąca jej kalibru Jo robi się ciekawska, drąży pewne tematy, przetwarza słowa i zachowania dorosłych przez swój wciąż uczący się umysł, a nierozróżnianie pewnych zachowań wyraźnie jej szkodzi. To intensywna i bardzo trudna rola, zwłaszcza dla dziecka.

Ekranowi partnerzy dziewczynki nie ustępują jej talentem. Zwłaszcza mowa tu o Channingu Tatumie, którego wielu lata temu zdążyło zaszufladkować, przestać podchodzić do niego poważnie. Gdyby "Josephine" liczyła się w sezonie nagród, w idealnym świecie aktor mógłby liczyć na oscarową nominację za męski drugi plan. Wciela się w ojca, który najchętniej obroniłby córkę przed całym złem świata i jest wystarczająco naiwny, by myśleć, że to możliwe. Im bardziej jednak widzimy, że maskuje swój strach i brak kontroli, tym lepiej ogląda się Tatuma - to z pewnością jedna z najlepszych ról w jego karierze, o ile nie najlepsza. Gemma Chan jest wyraźnie krócej na ekranie, ale i film uczciwie oddaje jej perspektywę na wydarzenia, i sama aktorka spisuje się bardzo dobrze.

Nie skłamię, pisząc, że "Josephine" to horror. Nie gatunkowy, a emocjonalny. Beth de Araujo stworzyła film, który precyzyjnie trzyma za gardło i wie, kiedy dać widzowi nieco powietrza, a kiedy go pozbawić. To kameralne, mocne kino, które zderza dziecięcą perspektywę z brutalnym, niesprawiedliwym, dorosłym światem i zostaje z widzem na długo po seansie.

Recenzja opublikowana w związku z pokazem filmu na 26. MFF Tauron Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Polska premiera jest zaplanowana na 22 stycznia 2027 roku.

Czytaj więcej w Spider's Web:

Adam Kudyba
Redaktor

W serwisie zajmuje się przede wszystkim recenzjami filmowymi i informacjami ze świata kina. Student dziennikarstwa i politologii. Miłośnik kina grozy, który na maratony horrorów chodzi rzadziej, niż chciałby. Wielbiciel musicali, z których piosenki wypełniają większość playlisty na Spotify. Wcześniej publikował w Ostatniej Tawernie oraz Movies Room.