Kino grozy cieszy się wielką popularnością w branży. Nie brakuje przykładów horrorów, które niezależnie od tego, czy są wspierane przez wielkie studia, czy nie, zasługują na docenienie przez mainstream. Oscary przyzwyczaiły nas do długotrwałego ignorowania tego gatunku, ale zdaje się to już coraz mniej możliwe.

Co nas przyciąga do horrorów? Odpowiedź jest prostsza, niż się wydaje - nie chodzi o to, że jako widzowie jesteśmy zachwyceni widokiem okrutnie powyginanych przez demona ciał, czy że kręci nas patrzenie na brutalność, krew, mięso i zabijanie. Lubimy się bać, zasłaniać oczy i uszy. To uczucie, które równie przeraża, co ekscytuje. Horror był częścią kina od praktycznie samego jego początku. "Nosferatu - symfonia grozy" nie bez przyczyny ma opinię jednego z najważniejszych filmów w historii.
Horrory niechcianymi kuzynami. Czasy się zmieniają, a rodzina?
Gdyby w momencie premiery oryginalnego "Nosferatu" wręczano Oscary (po raz pierwszy przyznano je 7 lat po premierze tego filmu), mógłby zgarnąć sporo. W przeciwieństwie do współczesnych horrorów, które często pełniły funkcję niezbyt chcianych kuzynów, których warto raz na jakiś czas zaprosić, ale nie poświęcać im wiele uwagi. Aby jednak być uczciwym, należy zaznaczyć, że bywały takie momenty w historii, że Akademia dostrzegała kino grozy w stopniu nieco nadprogramowym. W latach 70. chociażby nagrodzono "Egzorcystę" (2 statuetki) i "Szczęki" (3), w latach 90. Kathy Bates zmiażdżyła konkurencję i odebrała pierwszego w historii Oscara dla aktorki pierwszoplanowej za rolę w "Misery", "Drakula" popisał się w kategoriach technicznych. Gdyby zaliczyć również wydane w tej epoce "Milczenie owiec" (choć dla mnie to bardziej thriller psychologiczny), mielibyśmy tego sporo.
W zasadzie ciekawe jest to, że tak naprawdę odważniej nagradzano horrory w poprzednim stuleciu, niż teraz. Przyczyn może być wiele i zapewne ciężko je realnie zweryfikować, tym bardziej, że XXI wiek dostarczył wielu kandydatów do nagród. Horrory także ewoluowały - wydaje się, że dzisiejsze kino grozy nieco częściej próbuje straszyć, ale mając do tego podbudowę w postaci tematyki społecznej. "Uciekaj!" Jordana Peele'a z 2017 roku, nagrodzone Oscarem za najlepszy scenariusz oryginalny, to koronny przykład, że da się opowiedzieć mrożącą krew w żyłach i pełną niepokoju historię, która zarazem jest obudowana silnymi kontekstami dotyczącymi rasizmu i uprzywilejowania.
Decyzja o przyznaniu tej nagrody była czymś ważnym, ale jak się z czasem okazało, członkom Akademii nie dała ona zbyt mocno do zrozumienia, że horrory coraz mocniej budują się jako równorzędny gatunek, który potrafi uniwersalnie opowiadać, używając do tego innych środków. Jedną z największych kradzieży ze strony gremium przyznającego nominacje do Oscarów było pominięcie Toni Collette, która w "Hereditary" dała życiowy aktorski popis, prawdopodobnie jeden z najlepszych w historii gatunku. O Lupicie Nyong'o ("To my"), Florence Pugh ("Midsommar"), czy zwłaszcza Mii Goth ("Pearl") - doskonałych kreacjach w znakomitych, odważnych artystycznie i wychodzących poza ramy gatunku filmach - już w ogóle zapomniano.
Ciocia Gladys łączy siły z wampirami i potworem. To nadzieja dla gatunku
Zeszłoroczna gala oscarowa również postawiła tamę dla kina grozy. Rewelacyjna i rewolucyjna "Substancja" musiała się zadowolić pięcioma nominacjami, w tym statuetką za charakteryzację. Tytaniczna, niezwykle wymagająca i będąca dowodem wielkiego warsztatu kreacja Demi Moore, choć długo typowana do zwycięstwa, przegrała z młodszą i - z całym szacunkiem dla aktorki - słabszą od swojej starszej koleżanki, Mikey Madison. To był moment, w którym może nie zadawano sobie pytań o przyszłość horroru na Oscarach, natomiast niewątpliwie rozgorzała dyskusja na temat tego, jak traktuje się ten gatunek.
Czy tegoroczny skład Akademii śledził te dyskusje? Nie mam pojęcia, ale moja naiwność pozwala mi wierzyć, że tak. 98. gala wręczenia Oscarów jest dla kina grozy jedną z najlepszych od lat. Mamy w stawce aż trzy filmy kwalifikujące się jako horror: "Grzesznicy", "Zniknięcia" oraz "Frankensteina". Wielu zapewnie uzna za "prawdziwy horror" wyłącznie drugi z wymienionych, natomiast pozwolę sobie, mimo wszystko, nie zgodzić się z tym. Faktem jest jednak, że Amy Madigan dzierży w swoich rękach wielką odpowiedzialność. Jest blisko, by ją urzeczywistnić - choć ma mocną konkurencję, zdobyła ostatnio Critics Choice Awards, co absolutnie nie wyklucza jej z walki o Oscara. Gdyby Madigan się udało, byłaby to spora sztuka - tym bardziej, że "Zniknięcia" mają tylko jedną, wspomnianą właśnie, nominację.
W moim wymarzonym scenariuszu po statuetki za obie drugoplanowe role sięgnęliby Madigan oraz Jacob Elordi, który genialnie wcielił się w Potwora Frankensteina. Choć póki co jego szanse są mniejsze, niż równie wspaniałych Stellana Skarsgarda czy Seana Penna, nominacja dla Elordiego jest jedną z aż dziewięciu, które otrzymał film Guillermo del Toro. O ile nie zaskakują te techniczne (horrory nawet częściej zdają się dostawać wyróżnienia w tych, niż w aktorskich), o tyle cieszą również dla "Najlepszego filmu" oraz "Najlepszego scenariusza adaptowanego".
Nie łudzę się, że w tych kategoriach "Frankenstein" cokolwiek ugra. Pomarzyć jednak można, a tym bardziej cieszyć się, że lubiany przez Akademię del Toro rośnie w siłę i stara się, by jego film został jak najszerzej pokochany. Sama kreacja Jacoba Elordiego też wychodzi poza typowe "straszenie" - to rola dwojaka, przerażającego i nadnaturalnie silnego monstrum, oraz świeżo narodzonego, uczącego się świata i przerażonego nim, dziecka.
Całkowicie bank jednak rozbijają "Grzesznicy" Ryana Cooglera, którzy pobili rekord Oscarów jeszcze przed galą, będąc nominowanymi w aż 16 kategoriach. Historia pokazała, że nie oznacza to 16 statuetek, wielu również twierdzi, że kiedy fabuła zmierza w klimaty typowe dla horroru, traci na jakości. Musiałbym zapewne napisać podwójnie dłuższy artykuł, by się z tym szczegółowiej nie zgodzić, natomiast ta ewolucja jest dla mnie nie tylko płynna i konsekwentna, ale przede wszystkim, piekielnie dobrze zrealizowana.
"Grzesznicy" z jednej strony szanują prawidła i ograniczenia wampirzego kina, z drugiej nie odjeżdżają w rejony jakiejkolwiek jego parodii - to rzeźnia pełna mięsa, a scena irlandzkiego tańca chyba nigdy i nigdzie nie była tak przerażająca, jak tu. Coogler pokazał wiele: że horror potrafi być immanentną częścią pozornie "zwyczajnej" historii, że potrafi on uniwersalnie opowiadać o ludzkich grzechach i słabościach. Jest również sprawnym sztukmistrzem - od początku dawkuje nastrój i potęguje niepokój tak, by widz czuł, że zło prędzej czy później odwiedzi braci Smokestack.
Gdybym miał kierować się sercem, jestem zdania, że "Grzesznicy" zgarną na Oscarach sporo - w tym nagrodę za najlepszy film, najlepszą pierwszoplanową rolę męską (Michael B. Jordan). Zwłaszcza ta pierwsza nagroda byłaby sporym kamieniem milowym dla produkcji z tego gatunku. Mam dobre zdanie o drugoplanowej roli Wunmi Mosaku (także "Grzesznicy"), ale w tej kategorii moje serce będzie przy Amy Madigan. Podobnie jest z Jacobem Elordim, choć on zdaje się mieć na nagrodę jeszcze mniejsze szanse w swojej kategorii, niż Madigan. Oscarowa noc z niedzieli na poniedziałek dołoży swój kamyczek do dyskusji o pozycji kina grozy w tzw. "mainstreamie". To, w jaki sposób to zrobi, zależy tylko i wyłącznie od członków Akademii. Pytanie brzmi: czy jest sens im ufać?
Czytaj więcej:



















